NASZE IMPREZY Aktualności | Sieradz biega
Strona główna
Regionalny Weekend Sportu
Aktualności
Najbliższe starty
Nasze wyniki
Stowarzyszenie
Galerie
Sylwetki zawodników
Porady biegowe
Trenuj z nami
Kalendarz biegów
Ultrabieganie
Triathlon
Odżywianie
Trening
Kontakt
NASZE IMPREZY

PARTNERZY
CZŁONKOWIE
WSPIERAJĄCY
PATRON MEDIALNY






Aktualności

Aktualności z roku: 2017 2016 2015 2014 2013

31 grudnia 2014 r.
Mija pierwszy rok działalności naszego Stowarzyszenia – grupy ludzi, którzy z większym lub mniejszym uzależnieniem uprawiają tę wspaniałą dyscyplinę sportu, jaką jest bieganie.
Kilka podsumowań i statystyk na koniec roku.
Liczba członków naszego Stowarzyszenia wynosi 30, w tym 6 kobiet i 24 mężczyzn.
Przekrój wieku -17-67 lat.

I. Treningi otwarte
W 2014 r. zorganizowaliśmy 19 otwartych treningów biegowych w parku koło stadionu MOSIR. Celem było i będzie propagowanie biegania wśród Sieradzan i nie tylko. W 2015 r. zamierzamy kontynuować ten pomysł z nadzieją, że uda nam się zarazić bieganiem jeszcze większa ilość osób.

II. Starty
W 2014 r. liczba startów wszystkich biegaczy naszej Grupy wyniosła 300
Krótkie podsumowanie dotyczące poszczególnych biegaczek i biegaczy:

Jakub Antosik - przystąpił do Grupy w grudniu, rozpoczyna swoją przygodę z bieganiem. Pierwszy start planuje w 2015 r. na dystansie 5 km we Wrocławiu

Jędrzej Bartnicki - zaliczył w 2014 r. 25 startów. Debiut w półmaratonie (Wrocław), na dystansie 5 km (Konstantynów), zaliczył biegi na dystansie 30 i 36 km (Kalisz) oraz bieg górski na Śnieżkę. W planach na 2015 pierwszy w życiu maraton
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 21.52 (54. Bieg Ulicami Sieradza 2014)
10 km - 46.37 (IV Bieg Fabrykanta 2014)
półmaraton - 1.46.42 (X Półmaraton Kościański 2014)

Rafał Błaszczyk - w 2014 r. zaliczył 12 startów, życiówki w półmaratonie (Ciechocinek), maratonie (Kraków) oraz na dystansie 50 km (Ozorków). W 2015 r. w planach powrót do biegania po poważnej kontuzji i start w Łodzi na dystansie 10 km
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 22.10 (XXXIV Półmaraton Wiązowski)
10 km - 44.26 (IV Maraton Dbam o Zdrowie - 10 km)
półmaraton - 1:35:04 (III Półmaraton Ciechocinek 2014)
maraton - 3.36.45 (XIII Cracovia Maraton 2014)
50 km - 4.29.35 (VI Ogólnopolski Supermaraton Ozorków 2014)

Artur Ciepłucha - 16 startów w 2014 r., życiówki na 10 km (Koło), w półmaratonie (Kościan), maratonie (Warszawa).
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 20.37 (54. Bieg Ulicami Sieradza 2014)
10 km - 41.07 (34 Bieg Warciański 2014)
półmaraton - 1.29.32 (X Półmaraton Kościański 2014)
maraton - 3.18.01 (36 Maraton Warszawski 2014)

Wiesław Florczak - 4 starty w 2014 r.
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 22.24 (54. Bieg Ulicami Sieradza)
półmaraton - 1.47.17 (II Nocny Wrocław Półmaraton)
maraton - 4.24.06 (XXXVI Maraton Warszawski)

Jacek Gnysiński - 12 startów w 2014 r. Zaliczył 100 maraton w życiu podczas startu w XXXVI Maratonie Warszawskim, ma na koncie wszystkie edycje maratonu warszawskiego.
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 22.00 (I Biegi Strażackie w Zapuście Wielkiej)
10 km - 44.27 (XXV Biegi Niepodległości, Turek)
półmaraton - 1.37.34 (III. Półmaraton Termy Uzdrowisko Ciechocinek)
maraton - 3.47.03 (IV Maraton Dbam o Zdrowie)

Żaneta Gościmska - 3 starty w 2014 r., przystąpiła do Grupy w lipcu. Debiut w półmaratonie (Bydgoszcz)
Najlepsze wyniki 2014:
10 km – 51.59 (Jubileuszowy 30. Uliczny Bieg Sylwestrowy w Trzebnicy)
półmaraton - 1.58.33 (I Półmaraton ROCK’N’RUN)

Piotr Gościmski - 3 starty w 2014 r., przystąpił do Grupy w sierpniu. Debiut na 10- km (Trzebnica) i w półmaratonie (Wrocław). 2014 r. to jego pierwszy rok biegania.
Najlepsze wyniki 2014:
10 km - 57.44 (Jubileuszowy 30. Uliczny Bieg Sylwestrowy w Trzebnicy)
półmaraton - 2.13.21 (II Nocny Wrocław Półmaraton)

Klaudia Jadczak - 5 startów w 2014 r., życiówki na 5 km (Łódź) i 10 km (Łódź). III miejsce w kategorii K 16 podczas VIII Biegu Wdzięczności w Konstantynowie Łódzkim.
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 29.02 (Bieg po lotnisku, LCJRUN 5km Łódź)
10 km - 1.00.59 (12. Bieg Ulicą Piotrkowską 2014)

Zbigniew Jasianek - 4 starty w 2014 r. Powrót do biegania po problemach zdrowotnych to największy sukces Zbyszka.
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 56.22 (34 Międzynarodowy Bieg Warciański)
10 km - 1.10.07 (IX Ogólnopolski Bieg Uliczny Dobrodzieńska Dycha)

Tomasz Jasiewicz - 21 startów w 2014 r. Życiówki w maratonie (Warszawa), na dystansie 50 km (Ozorków). Debiut na dystansie 100 km (Krynica Zdrój), II miejsce open w I Biegu Maleńskim (10 km), IV miejsce open (II w kat. M-30) w Wycombe Rye parkrun (5 km), IV miejsce open w Ozorkowie (50 km), V miejsce open w VI Bieg Rekreacyjny w Bełchatowie (10 km)
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 18.59 (Wycombe Rye parkrun)
10 km - 38.20 (IX Ogólnopolski Bieg Uliczny Dobrodzieńska Dycha)
15 km - 59.38 (18 Bełchatowska Piętnastka 2014)
półmaraton - 1.34.57 (IV Pabianicki Półmaraton ZHP)
maraton - 3.07.37 (XXXVI Maraton Warszawski)
50 km - 3.44.02 (VI Ogólnopolski Supermaraton Ozorków 2014)
100 km - 14.18.05 (Festiwal Biegowy 2014 - Bieg 7 Dolin)

Tomasz Kłos - 16 startów w 2015 r., debiut w półmaratonie (Sobótka), maratonie (Wrocław), życiówki na 5 km (Sieradz), 10 km (Koło), w półmaratonie (Kościan), zdobywca Korony Półmaratonów Polskich
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 20.11 ((54. Bieg Ulicami Sieradza 2014))
10 km - 42.09 (34 Bieg Warciański 2014)
półmaraton - 1.35.15 (X Półmaraton Kościański 2014)
maraton - 4.46.06 (XXXII Wrocław Maraton 2014)

Sebastian Kłys - 20 startów w 2014 r., debiut w maratonie (Poznań) oraz na dystansie 15 km (Bełchatów), rekordy życiowe na 5 km (Warta), 10 km (Kalisz), w półmaratonie (Łowicz)
Najlepsze wyniki 2014:
5 km – 20.48 (I Bieg Warcki 2014)
10 km - 44.17 (34. Bieg Ptolemeusza 2014)
15 km - 1.11.30 (18 Bełchatowska Piętnastka 2014)
półmaraton - 1.42.15 (XXXIII Łowicki Półmaraton Jesieni 2014)
maraton - 4.15.55 (XV Poznań Maraton 2014)

Piotr Konieczny - 5 startów w 2014 r., debiut w półmaratonie (Bydgoszcz), życiówki na 5 km (Warta), 10 km (Uniejów). Największy sukces to chyba jednak bieganie mimo choroby. Szacunek
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 24.51 (I Bieg Warcki 2014)
10 km - 54.48 (VII Ekologiczny Bieg do Gorących Źródeł 2014)
półmaraton - 2.19.37 (I Półmaraton ROCK’N’RUN)

Magdalena Kuras-Smolnik - 6 startów w 2014 r., debiut w maratonie (Łódź), półmaratonie (Warszawa), przystąpiła do Grupy w czerwcu.
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 27.10 (54. Bieg Ulicami Sieradza 2014)
10 km – 1.03.19 (IX Ogólnopolski Bieg Uliczny Dobrodzieńska Dycha)
półmaraton - 2.15.14 (9 PZU Półmaraton Warszawski 2014)
maraton – 5.17.47 (Łódź Maraton Dbam o Zdrowie 2014

Kamila Latus - 8 startów w 2014 r., debiut na 5 km (Łódź), 10 km (Chorzów) i w półmaratonie (Toruń). rekordy na 5 km (Łódź), 10 km (Łódź), dołączyła do Grupy w sierpniu
Najlepsze wyniki 2014:
5 km – 29.07 (54. Bieg Ulicami Sieradza 2014)
10 km – 1.03.09 (12. Bieg Ulicą Piotrowską Rossmann Run)
półmaraton – 2.28.54 (XII Półmaraton Świętych Mikołajów 2014)

Witold Molski - 5 startów w 2014 r., debiut na 5 km (Warta) i w półmaratonie (Bydgoszcz). To jego pierwszy rok biegania, do Grupy dołączył w sierpniu
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 26.18 (I Bieg Warcki 2014)
półmaraton - 2.50.54 (I Półmaraton ROCK’N’RUN)

Szymon Obałka - 15 startów w 2014 r.; 4 miejsce w kat. M60 na dystansie 400 m oraz 5 miejsce w kat. M60 na dystansie 300 m ppł podczas XXIV Mistrzostw Polski Weteranów Radomiu. 4 miejsce w kat. M60 na 400 m oraz 6 miejsce w kat. M60 na 200 m podczas XXIII Halowych Mistrzostw Polski Weteranów w Lekkiej Atletyce w Spale
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 29.58 (I Bieg Warcki na rzecz dzieci z Zespołu Szkół Specjalnych w Warcie)
10 km - 1.00.54 (IV Bieg do Pani Fatimskiej, Oleśnica)

Krzysztof Olejniczak - 15 startów w 2014 r., debiut w 5 km (Łódź), 10 km (Łódź) i w półmaratonie (Wałbrzych), życiówki w 5 km (Łódź), 10 km (Malenia). W planach powrót do biegania w 2015 r. po wyleczeniu kontuzji
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 22.22 (Bieg charytatywny "Rak. To się leczy" w Łodzi)
10 km - 45.04 (IX Ogólnopolski Bieg Uliczny Dobrodzieńska Dycha)
półmaraton - 1.33.50 (XV Toyota Półmaraton Wałbrzych)

Wojciech Piekarczyk - 13 startów w 2014 r.
- III miejsce open w I Biegach Strażackich w Zapuście Wielkiej
- III miejsce open w IV Złoczewskim Biegu "Po Węgiel"
- I miejsce w kat. M60 - XXXIII Łowicki Półmaraton Jesieni o Puchar Burmistrza Miasta
- I miejsce w kat. M60 - 34. Międzynarodowy Bieg Ptolemeusza w Kaliszu
- I miejsce w kat. M60 - 54. Bieg Ulicami Sieradza
- II miejsce w kat. M60 - IX Ogólnopolski Bieg Uliczny Dobrodzieńska Dycha
- II miejsce w kat. M60 - III. Półmaraton Termy Uzdrowisko Ciechocinek
- II miejsce w kat. M60 - 34 Międzynarodowy Bieg Warciański 10 km
- II miejsce w kat. M60 - 18. Uliczny Bieg "Bełchatowska Piętnastka"
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 18.12 (I Bieg Warcki na rzecz dzieci z Zespołu Szkół Specjalnych w Warcie)
10 km - 38.34 (34 Międzynarodowy Bieg Warciański)
półmaraton - 1.25.29 (XXXIII Łowicki Półmaraton Jesieni o Puchar Burmistrza Miasta)

Jerzy Pluciński - 3 starty w 2014 r. Poważna kontuzja uniemożliwiła mu bieganie w trakcie 2014 r. W 2015 r. Jurka zobaczymy na trasach w nowej dla niego dyscyplinie - nordic walking
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 32.55 (I Biegi Strażackie w Zapuście Wielkiej)
10 km - 1.05.55 (IV Maraton Dbam o Zdrowie)

Monika Radziszewska - 15 startów w 2014 r., debiut na dystansie 5 km (Łódź), 10 km (Łódź) i półmaratonu (Bydgoszcz), zaliczone 33 km w Kaliszu. Życiówki na dystansie 5 km (Warta), 10 km (Łódź). W planach na 2015 r. ukończenie pierwszego maratonu
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 24.36 (I Bieg Warcki 2014)
10 km - 54.01 (IV Bieg Fabrykanta 2014)
półmaraton - 2.06.59 (I Półmaraton ROCK’N’RUN)

Aleksandra Tasarz-Spętana - 1 start w 2014 r., przystąpiła do Grupy w grudniu, rozpoczyna swoją przygodę z bieganiem. Zaliczyła start w Ruścu na dystansie 6 km. Pierwszy start w 2015 r. planuje na dystansie 10 km w Łodzi

Tobiasz Trojak - 1 start w 2014 r., debiut w maratonie (Warszawa), przystąpił do Grupy w październiku
Najlepsze wyniki 2014:
maraton - 3.59.37 (36 Maraton Warszawski)

Mirosław Urbański - 18 startów w 2014 r.; życiówki na dystansie 10 km (Warszawa).
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 20.11 (54. Bieg Ulicami Sieradza)
10 km - 41.37 (VII Bieg Marszałka)
półmaraton - 1.32.44 (IX Półmaraton Warszawski)
maraton - 3.36.41 (XXXVI Maraton Warszawski)

Marcin Walczuk - 9 startów w 2014 r., debiut na 10 km (Uniejów) i w maratonie (Łódź); życiówki w półmaratonie (Bydgoszcz), na 15 km (Bełchatów) i na dystansie 5 km (Sieradz)
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 22.12 (54. Bieg Ulicami Sieradza 2014)
10 km - 46.22 (XXX Bieg Sylwestrowy Łódź)
15 km - 1.24.25 (18 Bełchatowska Piętnastka 2014)
półmaraton - 2.00.00 (I Półmaraton ROCK’N’RUN)
maraton - 4.27.36 (IV Maraton Dbam o Zdrowie 2014)

Piotr Włochacz - 3 starty w 2014 r.; życiówka na dystansie 10 km (Warta)
Najlepsze wyniki 2014:
10 km - 50.26 (34 Bieg Warciański 2014)
15 km - 1.29.27 (XXIV Międzynarodowy Bieg po Plaży w Jarosławcu)

Mariusz Wieła - 33 starty w 2014 r. debiut na dystansie 100 km (Ultra Maraton DRTE) oraz 150 km (Łemkowyna), rekordy życiowe na dystansie 5 km (Sieradz), 10 km (Łódź), w półmaratonie (St. Monica) i maratonie (Warszawa), I miejsce open w półmaratonie Beach Fiesta St. Monica, IV miejsce w kat. M 20 w 10. Cross Maratonie Koleżeńskim im. A.M. Walczaka
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 18.57 (54. Bieg Ulicami Sieradza 2014)
10 km - 39.40 (I Łódzki Bieg Niepodległości 2014)
15 km - 1.05.33 (18 Bełchatowska Piętnastka 2014)
półmaraton - 1.34.30 (Beach Fiesta St. Monica 2014)
maraton - 3.32.45 (XXXVI Maraton Warszawski)
100 km - 17.16.50 (Ultra Maraton DRTE, USA, 100 km 2014)
150 km - 34.06.37 (Łemkowyna Ultra Trail 2014)

Daniel Wierzbanowski - 1 start w 2014 r., życiówka w maratonie (Warszawa)
Najlepsze wyniki 2014:
maraton - 3.43.27 - II Orlen Warsaw Marathon

Kacper Żórawski - najmłodszy biegacz (17 lat), przystąpił do Grupy we wrześniu, zaliczył 10 startów w 2014 r., zadebiutował w półmaratonie (Łowicz), na dystansie 5 km (Warta) i 10 km (Bełchatów) km. 2014 r. To jego pierwszy rok biegania.
Najlepsze wyniki 2014:
5 km - 21.26 (54. Bieg Ulicami Sieradza 2014)
10 km - 44.40 (34 Bieg Warciański 2014)
15 km - 1.11.30 (18 Bełchatowska Piętnastka 2014)
półmaraton - 1.55.51 (XXXIII Łowicki Półmaraton Jesieni 2014

III. Miejsca na podium
Klaudia Jadczak
- III miejsce w kategorii K 16 podczas VIII Biegu Wdzięczności w Konstantynowie Łódzkim
Tomasz Jasiewicz
- II miejsce open w I Biegu Maleńskim (10 km)
- II w kat. M-30 w Wycombe Rye parkrun (5 km)
Wojciech Piekarczyk:
- III miejsce open w I Biegach Strażackich w Zapuście Wielkiej
- III miejsce open w IV Złoczewskim Biegu "Po Węgiel"
- I miejsce w kat. M60 - XXXIII Łowicki Półmaraton Jesieni o Puchar Burmistrza Miasta
- I miejsce w kat. M60 - 34. Międzynarodowy Bieg Ptolemeusza w Kaliszu
- I miejsce w kat. M60 - 54. Bieg Ulicami Sieradza
- II miejsce w kat. M60 - IX Ogólnopolski Bieg Uliczny Dobrodzieńska Dycha
- II miejsce w kat. M60 - III. Półmaraton Termy Uzdrowisko Ciechocinek
- II miejsce w kat. M60 - 34 Międzynarodowy Bieg Warciański 10 km
- II miejsce w kat. M60 - 18. Uliczny Bieg "Bełchatowska Piętnastka"
Mariusz Wieła
- I miejsce open w półmaratonie Beach Fiesta St. Monica

IV. Sztafety/drużyny
W 2014 r. sztafety/drużyny wystartowały w 4 zawodach biegowych:
- 117 miejsce w II Nocnym Wrocław Półmaratonie w składzie: Artur Ciepłucha, Piotr Kielek i Wiesław Florczak
- 10 miejsce w IV Sztafetowym Maratonie Szakala w Łodzi w składzie: Monika Radziszewska, Żaneta Gościmska, Tomasz Jasiewicz, Mariusz Wieła, Jacek Cabaj, Wojtek Piekarczyk, Artur Ciepłucha
- 9 miejsce w IV Biegu Fabrykanta w Łodzi na dystansie 10 km w składzie: Monika Radziszewska, Mariusz Wieła, Jędrzej Bartnicki, Sebastian Kłys
- 1 miejsce w I Międzynarodowy Masowym Bieg Ulicznym MAKSY MILA w Zduńskiej Woli w składzie: Kamila Latus, Magda Kuras-Smolnik, Tomek Jasiewicz, Mariusz Wieła, Jacek Gnysiński, Marcin Walczuk

V. Plebiscyt
W plebiscycie na najpopularniejszego sportowca regionu udział bierze 3 naszych biegaczy – Mariusz Wieła, Jacek Gnysiński i Wojtek Piekarczyk (http://hermes.gratka-technologie.pl/glosowa…/…/31841,id.html). Wyniki na początku lutego.

VI. Podsumowanie
To był udany i pracowity rok. Niemal każdy z nas zrobił postępy, poprawił swoje wyniki, rozwinął się jako biegacz, biegaczka, ale również jako człowiek, kolega, koleżanka. Dzięki grupie osób w różnym wieku, z różnym doświadczeniem, różnym temperamentem, z różnym spojrzeniem na życie, każdy z nas nauczył się czegoś nowego. Skorzystał nie tylko sportowo, ale również towarzysko, znalazł nowych kolegów, przyjaciół.
Dziękuję Mirkowi i Jackowi, którzy postanowili rozstać się z nasz Grupą, życząc im wszystkiego najlepszego i wielu sukcesów sportowych i nie tylko. Oby kolejny rok było równie udany.
Wszystkim zaś życzę Szczęśliwego Nowego Roku!
Artur Ciepłucha
Prezes GB Sieradz biega
30 grudnia 2014 r.
Ola biega od niedawna, ale zaliczyła już udział w zawodach biegowych w Ruścu (6 km) i planuje wiosną start w Łodzi na dystansie 10 km w ramach Maratonu Dbam o Zdrowie

Serdecznie witamy :)

» więcej o Oli   
26 grudnia 2014 r.
Witamy w naszym Stowarzyszeniu nowego biegacza

Kuba jest młodym, początkującym zawodnikiem, który zaczyna dopiero swą przygodę z bieganiem. Wierzymy, że biegając z nami osiągnie zakładane cele i będzie czerpał przyjemność i satysfakcję z tej dyscypliny sportu.
Kuba zadebiutuje w zawodach i w barwach Grupy 28 marca w ramach CITY TRAIL na dystansie 5 km
» o Kubie   
21 grudnia 2014 r.
Zapraszamy do wysłuchania i obejrzenia utworu muzyczno-biegowego, autorstwa naszego biegacza - Jędrka Bartnickiego "Pobiec gdzieś daleko stąd"

Autor - Jędrek Bartnicki
Tekst i muzyka - Jędrek Bartnicki
W utworze wykorzystano fragmenty filmu "Forrest Gump", reż. Robert Zemeckis, Paramount Pictures
20 grudnia 2014 r.

Do Kalisza wybieram się już drugi raz w tym roku na imprezę organizowaną przez Kaliskie Towarzystwo Sportowe Supermaraton. Tym razem był to Bieg Wigilijny od Zmierzchu do Świtu na który wybieramy się w sześć osób. Cała zabawa polega na tym, że każdy zawodnik liczy sobie przebyty dystans i podaję go na sam koniec. W każdej dowolnej chwili można zejść z trasy, chwilę odpocząć, coś zjeść, a następnie powrócić na nią. Gdy przyjechaliśmy na miejsce wszyscy pozostali biegacze byli już gotowi przez co spóźniliśmy się na wspólne pamiątkowe zdjęcie, ale trudno. Równo o 15:45 ruszyliśmy na trasę. Była to nieco ponad 2km pętla po parku położonym przy kaliskim aquaparku. Trasa dość wymagająca, żeby nie powiedzieć bardzo. Od samego początku było sporo kałuż, nie wspominać już o tym, że praktycznie przez całą imprezę padał obfity deszcz, więc kałuże stanowiły potem już około 90% ścieżek, nie wliczając fragmentów asfaltowych. Problem stanowiła też ciemność i silny wiatr. Przezornie zabrałem ze sobą czołówkę, lecz biegło mi się zdecydowanie lepiej bez niej. Wzrok zaadaptował się już po jakimś czasie do ciemności przez co łatwiej było mi dostrzegać kałuże i w pewnym chociaż stopniu starać się je omijać. Początkowo biegłem z Kacprem, po 5 okrążeniach zrobiliśmy sobie mały pit stop i wtedy dołączyła do nas Monika oraz Jarek z Kamieńska (serdeczne pozdrowienia wariacie!). Kolejna przerwa zaplanowana była po kolejnych 5 okrążeniach. Gdy wróciliśmy na trasę zostałem sam na sam ze swoimi myślami, z deszczem, błotem i ciemnym parkiem. Reszta ekipy miała troszkę wyższe tempo od mojego planowanego, a nie chciałem biec szybciej z racji, iż wiedziałem ile km mnie jeszcze czeka. Wstępnie miało być to pokonanie 34km. W trakcie zawodów kilkukrotnie przez myśl przeszło mi przebiegnięcie dystansu maratońskiego, lecz czas zweryfikował moje zamiary. Po przebiegnięciu około 14km w samotności zszedłem na małą przerwę w wyniku wycieńczenia psychicznego. W tym momencie przydałaby mi się muzyka jako jeden z bodźców zewnętrznych, który mógłby mnie wyrwać z umysłowej walki. Niestety, musiałem sobie poradzić. To jest chyba ta ściana, prawda? Po kilku minutach wyszedłem znów na trasę. Najbardziej ulewny moment biegu. Pokonałem jeszcze niecałe 2km i doszedłem do wniosku, że 36,5km wystarczy i mogę być z siebie bardzo zadowolony. Nogi jeszcze były w stanie na pokonanie tych kilku kilometrów, lecz głowa miała dosyć samotnej walki. Przemoczony do suchej nitki szybko się przebrałem i poczekałem dosłownie kilkanaście minut na resztę ekipy. O godzinie 21 miejsce miała krótka kolacja wigilijna oraz podzielenie się opłatkiem. Dodatkowo okazało się, że Monika przyjechała z tortem z okazji swoich urodzin, jeszcze raz dużo zdrówka! Około godziny 21:30 wyruszyliśmy w drogę powrotną. Pokonałem kolejny krok ku byciu lepszym człowiekiem i czuję się doskonale. Po około 24h po zakończeniu swojego biegu zaczynam odczuwać zmęczenie. Nie jest to zmęczenie mięśniowe, a raczej psychiczne.
Do zobaczenia na kolejnych zawodach!
» o Jędrzeju   
8 grudnia 2014 r.
kilka zdań o moim Toruniu

Początek mojej historii z Półmaratonem Mikołajów sięga rok wstecz. Wtedy się o nim dowiedziałam, zobaczyłam cudny medal i wiedziałam, że kolejna edycja beze mnie się nie odbędzie. I tak się stało. Choroba, zabiegi pod narkozą, leki, a co za tym idzie bardzo mało biegania nie zniechęciły mnie – choćbym miała przejść ten dystans. I tak nastał 07.12.2014r.
Odbiór pakietów, sprawy organizacyjne – bez zarzutu. Na starcie stanęło ponad 3 tysiące mikołajów, wyobrażacie sobie tyle ludzi w czerwonych strojach i czapeczkach? Bajkowy widok. Wspaniała atmosfera. Nie tylko na starcie, ale i podczas całego biegu. Trasa wiodła głównie przez las i tam było zdecydowanie jesiennie, dużo liści i mniej lub bardziej ubitych ścieżek, a mimo to, biegnąc tempem pozwalającym chłonąć atmosferę biegu nie wiadomo kiedy z powrotem wróciłam do miasta i przekroczyłam metę. Nie planowałam, a okazało się, ze pobiegłam szybciej niż w poprzednim półmaratonie.
Tym bardziej się cieszę z biegu. Było kapitalnie.
Była mowa, że biegamy w strojach grupowych – no tutaj nie mogłam sobie odmówić biegu w stroju od organizatorów, nawet za cenę kary Zarządu ;P Ale żeby nie było, koszulkę miałam pod spodem
Kamila
» profil Kamili   
22 listopada 2014 r.
W związku z zaliczeniem w 2014 r. 100 maratonu przez Jacka Gnysińskiego, przestawiamy II część zdjęć, w tym wybranych dyplomów z okresu 1976-2001.
Mamy nadzieję, że już niedługo Jacek zakończy prace nad opisaniem każdego ze swoich 100 maratonów i podzieli się z nami swoimi relacjami.
21 listopada 2014 r.
W dniu dzisiejszym - 21 listopada - odbyło się sprawozdawcze Zgromadzenie Członków naszego Stowarzyszenia, zawierające podsumowanie organizacyjne i sportowe mijającego sezonu oraz omówienie planów na 2015 r.
10 listopada 2014 r.
Sobota. Dzień przed zawodami.
Jestem dość spokojny. Staram się nie myśleć o chyba najważniejszym moim starcie jak dotychczas. Dlaczego najważniejszym? Pierwszy raz będzie to coś więcej niż bieg. Przygotowywałem się do startu dość intensywnie dzięki poradom Artura, Mirka i Tomka, za co im serdecznie dziękuję. Przez ostatnie dwa miesiące starałem się wpaść również w cykl treningów pobocznych. Mam tu na myśli przede wszystkim wzmacnianie górnej partii mięśniowej jak i wzmacnianie mięśni brzucha. Przez ostatnie problemy z plecami korzyść powinna być podwójna. Odpuściłem również dwa starty, na które pierwotnie miałem jechać: Uniejów oraz szybką trasę w Kole. Wszystko za sprawą treningów pod Kościan. To był mój główny cel. Dałem z siebie tyle ile mogłem, starając się nie odpuścić żadnego treningu. Zyskałem mnóstwo doświadczenia, zyskałem jako biegacz. Czy jutro się to wszystko zwróci? Nawet jeśli nie, to i tak jestem innym człowiekiem. Teraz jeszcze tylko spora dawka makaronu i czekamy na jutro. Czasu na sen zbyt dużo nie będzie ze względu na walkę Adamek vs. Szpilka w nocy, ale grunt to pozytywnie nastawienie!
Niedziela. Dzień zawodów.
Plan był taki – porządnie się wyspać przed wyjazdem. Górę jednak wzięła chęć obejrzenia ze szwagrem walki Adamek vs. Szpilka, przez co w łóżku wylądowałem jakoś ciut przed drugą w nocy po dwóch wysączonych piwkach. Mało profesjonalne podejście, prawda? Ale mniejsza z tym, wstałem o 7 rano, bułeczka z miodem, dżemem do tego za radą Tomka sok z buraków i lecimy. Do Kościana jest około 180km, przez co droga była dość długa i męcząca, przynajmniej dla mnie, gdyż nie przepadam za nieruchomym siedzeniu przez dłuższy okres czasu. Na miejscu meldujemy się gruuubo przed czasem, nawet mała kontrola drogowa nie skróciła oczekiwań na start.
Na termometrach około 7-8 stopni, lekka mgła, a potem również lekka mgiełka. Jak zapewniał Artur – pogoda idealna do życiówek! Jeszcze lekka rozgrzewka i ustawiamy się na linii startu. Moim założeniem po przygotowaniach było zejście poniżej 1:50, czyli i tak ponad 5 minut więcej od dotychczasowej życiówki. Jednak moje plany zostały zmiecione z powierzchni ziemi przez szanownych kolegów, którzy proponowali śmiało próbować 1:45. Starszych należy słuchać, a więc niechaj tak będzie. Rozpocząłem spokojniej, chciałem zobaczyć jak wbiję się w rytm. Udało się rewelacyjnie i trzymałem równe tempo. Biegło się nad wyraz dobrze, niestety do 17km… Zaczął się lekki kryzys, tempo nieco siadło. Nie jakoś znacznie, lecz wiedziałem, że 1:45 oddala się ode mnie już raczej na dobre. Nie zamierzałem panikować z tego powodu. Przecież 1:46 też będzie cudowne! Lecz każdy kolejny kilometr stawał się dłuższy i głównie walczył umysł oraz serce dając ciału nieźle popalić. Jeszcze tylko ostatnia prosta, gaz do dechy i wlatuję z czasem 1:46:42 – dla mnie bomba! Prawie o 9 minut szybciej niż w sierpniu! Czyli jednak porządne treningi zaowocowały. W większości dałem z siebie wszystko, o czym może świadczyć moje samopoczucie po biegu – ospały i wymordowany. Choć może miało na to wpływ niewyspanie i te dwa piwka? Czas mógłby być lepszy, czuję niedosyt. Troszkę za sprawą, która ciągnie się ze mną na prawie każdych zawodach, a mianowicie odciski… Obuwia wina to raczej nie jest, obwiniałbym skarpetki. Od piątego kilometra krok był już nie ten sam, wszystko by nie czuć tego piekącego bólu i jakoś dotrwać.
Do organizacji nie mogę się przyczepić. Wszystko na odpowiednim poziomie, naprawdę warta polecenia impreza. Jeśli ktoś myśli o szybkiej trasie, o próbie walki z własnymi słabościami i z lepszym czasem, to zapraszam do Kościana. Jestem z siebie zadowolony bardzo. Z chłopaków również, którzy pobili swoje życiówki. Gratulacje!
PS. Kolejnym aspektem wartym wspomnienia są wyjazdy grupowe. Przez te wszystkie godziny spędzone w samochodach, w niewygodnych pozycjach i wielu przebytych kilometrach nauczyłem się mnóstwo o bieganiu. W sumie to nie tylko o bieganiu. Jestem strasznie szczęśliwy z faktu, iż mogę być częścią tak świetnej ekipy. Do zobaczenia!
Poniedziałek – dzień po zawodach.
Dzień po zawodach jest idealnym dniem na przemyślenia. Jestem nadal niewyspany i obolały. Kilkukrotnie budziłem się w nocy przez bóle. Cóż tak naprawdę człowiek jest w stanie zrobić dla osiągnięcia dobrego wyniku, który tak naprawdę przekłada się tylko na walkę za samym sobą. Rozmawiałem dzisiaj z Tomkiem i spytał czy było warto. Ależ pewnie, a dla lepszego wyniku mógłbym nawet ciut bardziej pocierpieć. Wciąż jestem z siebie dumny z uzyskanego wczoraj rezultatu. Jednak Kościan był dla mnie zakończeniem sezonu. Organizmowi należy się teraz trochę odpoczynku, by od grudnia zacząć ‘budować bazę’ na kolejny sezon. Cieszę się bardzo z tego, że takim akcentem zakończyłem swój pierwszy biegowy sezon. Moje życie zmieniło się diametralnie, zaczynając od utraty zbędnych kilogramów, a na podejściu do życia kończąc. Również wiele się nauczyłem. Zarówno na treningach poznając własnego siebie, na zawodach poznając możliwość przesuwania granic, czy na rozmowach, czerpiąc wiedzę od kolegów i koleżanek. Na prawdziwe podsumowanie jeszcze nadejdzie czas, niemniej chciałbym bardzo wszystkim podziękować za wsparcie! Dzięki!

Jędrek
10 listopada 2014 r.
Ciężko nazwać ten bieg przełomowym, choć do małego przełomu doszło. Kolejna granica została osiągnięta. Jakoś szczególnie jednak nie cieszy, może dlatego, że jest - mam nadzieję - etapem w drodze do celu, którym jest bycie jeszcze lepszym niż byłeś wczoraj.
Ale po kolei
Kościan to mój ulubiony półmaraton w sezonie i na dziś chyba ulubiony bieg w ogóle. Jeżdżę tam sobie trzeci rok z rzędu – dokładnie odkąd mam przyjemność startować w zawodach biegowych. Od 3 lat trafiam tam na idealne biegowe warunki – temperatura nie przekroczyła wczoraj 10 stopni, zero słońca, lekki wiaterek. Nic się tam nie zmienia, jakby warunki pogodowe były gwarantowane w pakiecie startowym. I trasa. Kręta, z ostrymi zakrętami, nawrotami, a mimo tego – szybka. Tak szybka, że by być w pierwszej 100 należało w tym roku nabiegać lekko powyżej 1.26! Widać, że nie tylko ja lubię tu biegać. Poziom, jak co roku bardzo wysoki.
Podróż z Sieradza z przygodami (pozdrawiamy policjantów z Kalisza), ale dotarliśmy w trójkę ok. 2,5 h przed zawodami. Podczas podróży nieco motywujących rozmów i prób przekonania kolegów – Tomka i Jędrka, by pobiegli o kilka minut szybciej niż planowali. Odpowiednio dobrane argumenty zrobiły swoje  Poszło im rewelacyjnie.
Pakiety odebrane. Cukier zmierzony (a co, czas był – warto było sprawdzić). 125. To chyba za dużo, ale dieta kilku dni przed startem swoje zapewne zrobiła.
Plan – złamanie 1.30. Ten sezon poświęciłem w całości maratonom, więc miałem świadomość, że będzie ciężko biegać szybko, ale po Maratonie Warszawskim ile się dało, próbowałem tę szybkość znaleźć na treningach. Koło pokazało, że coś tam się udało zbudować (życiówka na 10 km – 41.07), więc nadzieja była. Liczyłem po cichu na złamania 1.29.
Na starcie spory tłum, bo te 1600 osób to rekord frekwencji. Pierwszy kilometr, dwa - ciasno, trzeba się przepychać, walczyć o pozycję , pilnować pięt, bo nie stracić buta, czy nie wyłożyć się na dzień dobry.
Zające na 1.30 przede mną, ale po 1 km ich wyprzedzam i podejmuję ryzyko biegu przed nimi. To nieco stresujące, co jakiś czas oglądam się, jak daleko im uciekłem. Jakoś nie mogą się za bardzo oderwać, ale widzę, że ta różnica z każdym kilometrem rośnie. Biegnie się ciężko, bo jednak na granicy. Pierwsze kilometry w tempie 4.05-4.17. Wpadamy w strefę dymów. To jest miejsce w Kościanie, które przebiegamy dwukrotnie, gdzie znajduje się osiedle domków jednorodzinnych i zawsze czuję tam, że sezon grzewczy rozpoczęty w pełni. Czuję też, że w naszym kraju minie jeszcze sporo czasu, nim ludzie przestaną palić w piecach śmieci, folie i inny syf.
No nic, wiedziałem, że tak będzie, więc walczę mimo smrodu. 8 km i nawrotka. Zerkam kątem oka. Jestem około 25 s przed zającami na 1.30. Zmęczenie jest już duże. 10 km – 42.15. Liczę szybko – bo jeszcze jestem w stanie – lecę na 1.28.40. Mijamy metę, zaczynamy ostatnie okrążenie. Dołączam do grupy ok. 10 biegaczy i biegnę z nimi ok. 2 km. W grupie leci się przyjemnie, nieco odpoczywam. Od mniej więcej 14 km zaczynają się schody. Walczę, ile mogę, ale czuję, że słabnę. Zacząłem jednak za szybko. Im bliżej mety, tym częściej szukam za sobą zająców na 1.30. Są coraz bliżej. Ostatnie 2 kilometry to dramatyczna walka, by mnie nie doszli. Zaczyna się ostatni kilometr, ostatnie 500 m. Odcina mi prąd. Nogi nie chcą biec, szum w uszach, mroczki przed oczami. Wytracam zupełnie tempo. W takim momencie! Kątem oka widzę, jak wyprzedza mnie zając na 1.30. Z nim kilka osób. Lecą niewyobrażalnie dla mnie szybko. Próbuję dotrzymać im kroku. Nie ma szans. W głowie strzępki myśli „nie teraz, k…, nie teraz, nie 200 przed metą!”. Jakoś dobiegam, padam na 1-2 minuty bez ruchu, próbuję złapać oddech, przekonany, że się nie udało. Patrzę w końcu na zegarek – 1.29.31. A jednak!
Okazało się, że zające na 1.30 podzielili się i jeden biegł ok. 40 s przed czasem na 1.30. Dobiega Tomek (życiówka poprawiona o 8 minut), Jędrek (poprawa o 9 minut).
Misja „Kościan” zakończona pełnym sukcesem.
Kolejna granica złamana. Sezon zakończony. Po naprawdę ciężkim biegu mam „dwójkę z przodu”. Co dalej? Dalej praca nad tym, by być jeszcze szybszym.
Artur
» profil   
30 października 2014 r.
Łemkowyna Ultra Trail , czyli 150 km po Beskidzie Niskim. Nie wiem jak to się stało, ale jednak zapisałem się. Pewnie odruch bezwarunkowy na samą myśl Ultra Trail i 150. Aby móc tam wystartować, należy mieć już doświadczanie w biegach górskich lub odpowiednia ilość punktów UTMB, co również jest doświadczeniem :) Tutaj nie miałem problemu - punkty były, doświadczenie było, chociaż jestem kompletnym amatorem, jeśli chodzi o takie biegi i większość wiedzy pochodzi z książek, youtube, blogów. Mam też na swoim koncie biegi stu kilometrowe, które mnie najwięcej nauczyły. Tak przynajmniej mi się zdawało do czasu ŁUT150.
Biegi ultra stały się moją pasją. Dystans 150 km troszkę mnie niepokoił, ale chyba powinien był. Myślałem, że jeśli pokonałem setkę, to 50 będzie tylko dołożeniem. Jednak kilka dni przed startem coś od środka mi mówiło, że będzie ciężko. Z jednej strony fajnie, musi być ciężko – 5300 m przewyższenia to musi zniszczyć, zostawić ślad w głowie. Sam bieg daje 4 punkty UTMB. Z tego, co wiem, jest to maksymalna ilość dla zawodów, tak wiec sprawdzian przed Ultra Trail Mont Blanc idealny (piszę to zmyślą, że mnie wylosują :)
Trasa Biegu ŁUT150 prowadziła czerwonym szlakiem GSB. Start był usytuowany na deptaku w Krynicy Zdrój, początek w piątek o północy, meta zaś w Bieszczadach w miejscowości Komańcza. Limit 35 godzin wydawał mi się na początku wygórowany. Jak się okazało później, jednak myliłem się - limit był odpowiedni (za dużo filmów ultra o bieganiu na youtube, czasem warto zejść na ziemie (100 mil one day)). Po drodze kilka punktów kontrolnych z pomiarem czasu, jedzeniem i punkt kluczowy w Chyrowa SKI 80 km - tam znajdował się przepak na dalszą drogę.
Zaczynamy - odbiór pakietu, sprawdzenie wyposażenia obowiązkowego i dopiero wtedy dostajemy numer. Wszystko dla mnie rewelacyjnie zorganizowane. Przygotowałem przepak oraz rzeczy na linie mety z myślą, że mi się przydadzą, przecież skończę w nocy po około 25-26 godzinach, wezmę karimatę i śpiwór. Wszystko nadałem na punkty i poszedłem szukać deptaka w Krynicy. Zaszedłem jako 3 zawodnik, pośmialiśmy się, że miejsca na podium rozdajemy miedzy sobą, bo nie ma nikogo. Jednak za chwile pojawiali się kolejni zawodnicy na starcie, w sumie ok. 150-160 supermaratończyków. Troszkę chłodno, tak więc zakładam dodatkową kurtkę, rękawiczki czapka. Wszystko, aby było jak najcieplej :)
Kilka słów od organizatora i ruszamy w 150 kilometrową przygodę. Częściowo przez miasto, aż wchodzimy na szlak. W głowie radość, zaczyna się podejścia jedno za drugim zbiegi. Jestem uradowany, jest noc, chłodno, góry lasy i jeszcze biegniemy, za mną sznur białych lampek wchodzących na szczyt, przede mną sznur czerwonych - rewelacyjny widok. Wspaniale, patrzę na zegarek, a tu już 10 km, rewelacyjnie. Jednak coś pod stopami robi się mokro, mówili że będzie błoto, tak więc spoko, przecież jest mrozik, to złapie. Jednak nic bardziej mylnego - po jakimś czasie byłem już po kolana w błocie. Teraz sobie uświadomiłem dlaczego Beskid Niski nazywają "Beskid Śliski", lecz to nie koniec - dopiero 2 godziny od startu.
Wybiegliśmy z lasu wzdłuż polany pastwiska i nasz szlak zatrzymuje się przed strumieniem górskiej wody, kilku zawodników zdezorientowanych szuka mostka, ale tu nie chodziło, oto aby mieć sucho w butach, bo tak to możemy sobie po asfalcie pobiegać. Bez chwili zastanowienia wskakuje w strumień z zimną wodą i przechodzę na drugą stronę. Pierwsza myśl bardzo orzeźwiająca – dobrze, że kry lodowe nie pływają. Jeszcze troszkę błota i pierwszy punkt kontrolny. Ciepła herbata zaspokoiła mnie, kilka minut odpoczynku i lecimy dalej. Fajnie, kolejne strumienie do pokonania, kolejna dawka błota już tym razem wzdłuż całej trasy. O suchej leśnej ścieżce mogłem sobie pomarzyć. Czekałem na niebezpieczny odcinek, gdyż według organizatorów należało tam bardziej uważać. To Kozie Żebro, bardzo strome i śliskie zejście, dla mnie prawie pionowe. W taki sposób odezwało się też kolano i skończyła się moja radość. Było mi wszystko, jedno miało być ciężko i było, tak wiec walczyłem do samego rana.
Zrobiło się widno, biegłem z dwoma innymi zawodnikami. Z nocy przypominam sobie widok, kiedy podeszliśmy na wzgórze (nie wiem który kilometr), była mgła, a przed oczami w świetle czołówki stary Łemkowski cmentarz - scena jak z filmu. Ciśniemy dalej, kolejne strumienie i łąki, udało się asfalt niedużo, ale nogi bardzo odpoczęły. Z radością witam 48 km i punkt kontrolny ze śniadaniem. Jedzenie, dużo jedzenia - to dla mnie podstawa. Pomidorówka, banany, kartofle zapiekane, herbata - były moim paliwem na dalszą drogę. I nagle słyszę głoś "ej młody, czy ty startujesz wszędzie tam gdzie ja". To znajomy z biegów w łódzkim. Miło spotkać znajome osoby na trasie.
Napieram dalej w górę, zaczyna się robić, jak z bajki, z drzew opadły liście, a na gałęziach lód i promienie słońca przenikające przez las. Chciało by się zostać, poprosiłem o zdjęcie jednego z zawodników. Po drodze kolejny niebezpieczny punkt, strome zejście - tutaj już musiałem usiąść. Poprosiłem dwóch zawodników, z którymi biegłem wspólnie, aby nie czekali na mnie. To był pierwszy kryzys, straszny ból kolana podczas zejścia i na dodatek coś zaczęło bardzo doskwierać przy kostce. Musiałem usiąść i przemyśleć. Nazwałem to rozmową ze sobą, bardzo ważne dla mnie :) Po chwili zebrałem siły i dobiłem do 64 km. Jedzenie, znów jedzenie – kanapki, herbata i w drogę. Ten kawałek trasy sam pokonywałem przez dłuższy czas, ciężko - dopiero po wyjściu z lasu złapałem zasięg w telefonie, zadzwoniłem do rodziny, ucieszyłem się, zmotywowało mnie to do dalszej drogi. Po chwili na trasie spotkałem Macieja – osobę, z którą już do końca łamaliśmy kryzysy i wspieraliśmy się na trasie.
Punkt Chyrowa SKI 80 km. Sporo ludzi zrezygnowało właśnie na tym punkcie. Postanowiliśmy sobie, że nie zejdziemy z tej trasy, choćby nie wiem co. Zrobiliśmy drużynę - siedem osób, które wyruszyły z Chyrowej Przełamywaliśmy kryzysy, wszystko, nawet jeśli 10 km pokonujesz w 3 godziny i się z tego cieszysz, bo idziesz do przodu. W ultra, jak w życiu - nikt nie da ci twoich nóg. ale może cię wesprzeć mentalnie. Chyba dlatego teraz w końcu zrozumiałem, bardziej poczułem w głowie - po co tak na prawdę jest pacemaker . Sporo biegaczy w biegach 100 milowych korzysta z tego wsparcia, u nas było podobnie - motywowaliśmy się nawzajem.
Napieraliśmy do przodu, przekroczyliśmy granice 100 km. Punkt kontrolny, uzupełnienie zapasów i w drogę. Było już ciemno, niebo bez żadnej chmurki, gwiazdy wydawały się bliżej niż zawsze, a my bliżej mety. Ciężko opisać teraz kolejne kilometry, ale po wyjściu z lasu mieliśmy kolejny odcinek asfaltu bardzo zimny, przynajmniej ja byłem na wycieczeniu. Po dojściu do punktu kontrolnego 119 km myślałem już o zejściu z trasy, miałem straszne zawroty głowy, chociaż walczyłem z samym sobą. Troszkę, bo na 5 minut, położyłem się, ale jednak nie pogodziłbym się z zejściem z trasy. Zupa dyniowa z imbirem, shot z kofeiną, bcaa, plus shot z magnezu i witaminy z minerałami postawiły mnie na nogi :) To był chyba najcięższy kryzys, jaki przełamałem.
W dalszą drogę wyruszyliśmy w trójkę, dalej byliśmy zgrani, oczywiście to wszystko dalej odbywało się w błocie. Tabletki przeciwbólowe załatwiały na chwile problem ze spuchniętymi nogami i kolanem, Druga noc w lesie, już prawie 30 godzin na nogach, już starałem się nie liczyć czasu. Podejścia mam wrażenie były cały czas, teraz już wiedziałem, skąd wzięło się 5300 m przewyższeń. Mogę przyznać, że to bardzo dużo.
Zrobił się ranek, mgła leżąca w dolinach. Kiedy patrzy się z góry, robiła wrażenie. Pierwszy raz byłem w tym rejonie Polski, ślicznie. Rozmyślając i prosząc już o przedostatni punkt po dość stromym zejściu, zobaczyłem światełko. Tak, to był punkt kontrolny, po nim jeszcze około 16 km i meta. Dobijamy, uzupełniamy zapasy i w drogę. Wszystko przebiega jak cała noc, czyli lasy i błota, cisza. Kilometry lecą pomału, na punkcie kontrolnym dostaliśmy informacje, że po wyjściu z lasu będzie około 3 km asfaltu i meta - najpiękniejsza wiadomość w ostatnich 30 godzinach. Przed nami ostatni las, las który zapamiętam do końca życia, Czekając za asfaltem, w twojej głowie buduje się obraz aglomeracji, a twoje oczy to widzą, a kiedy dobijasz do miejsca - widzisz paprocie. Mam wrażenie, że ten odcinek lasu to jakiś magiczny przeklęty las. W wyczekiwaniu na asfalt, widziałem tam go wszędzie, tylko nie pod nogami. Niestety to były halucynacje. Pierwszy raz doświadczyłem tego podczas wysiłku. Organizmu doprowadziłem do takiego stopnia. Teraz to nazywa się walka z własnymi słabościami. Przychodzą tylko jedne słowa na myśl. "Jest coś magicznego w bieganiu, po pewnej odległości to przerasta ciało. Następnie nieco dalej, to wykracza poza umysł. Nieco jeszcze dalej, i to, co masz przed sobą, pokazuje dusze (Kristin Armstrong).
Na szczęście wygrałem ze sobą i nogi postawiłem na asfalcie tym prawdziwym. Wspólnie z Maciejem przekraczamy linie mety. To, co się czuje po takim wysiłku pozostanie w głowie chyba na zawsze. Nigdy nie miałem tak ciężko. Wydaje mi się, że to jednak trasa błotna dała najwięcej w kość. Cieszę się niesamowicie, że to ukończyłem, chociaż z wyniku nie jestem zadowolony. Na nic innego nie zwale winy, tylko na siebie. Nie znaczy to, że zrezygnuje z takich biegów, wręcz przeciwnie - chce jeszcze więcej. Nie nauczę się na treningu tego, co przeżyłem podczas biegu. Najlepszym treningiem są dla mnie zawody.
Dziękuje osobom z którymi przebyłem te 150 km. Tym, którzy trzymali za mnie kciuki. Dwa tygodnie regeneracji i kolejna przygotowania do przełamania bariery tym razem 100 mil (166 km). Nie znaczy ze przestane oglądać ultra na Youtube :) Motywacja i wyobraźnia podczas takiego biegu daje siłę.
Mariusz
» o Mariuszu   
14 października 2014 r.
Początkowo miała to być relacja samego debiutu maratońskiego. Jednak w związku z tym, że maraton jest zwieńczeniem mojej dotychczasowej „kariery” biegacza, postanowiłem opisać całe moje dotychczasowe bieganie.
Rok 2013 zaczął się w sumie normalnie, nic nie zapowiadało rewolucji. Coś tam mi świtało, żeby zacząć sobie truchtać, bo może waga by trochę spadła. Oczywiście pozostawało to w sferze myślenia życzeniowego. Ale jak to mówią „bieganie zaczyna się w głowie” więc powoli coraz więcej o tym myślałem. W drugiej połowie maja mój syn ma urodziny i wtedy postanowiłem że zaczynam. Uraczyłem się tortem, ciastami i innymi smakołykami czując, że długo nie będę sobie mógł na nie pozwolić. Waga pokazywała 120 kg. Myśl stała się czynem.

Truchtacz:

Zacząłem czytać w sieci, ściągnąłem sobie plan na 30 minut biegu i naprzód. Z diety wywaliłem słodycze, przestałem pić 2 litry coli dziennie, jeść naraz całe pudełko ptasiego mleczka itp. oraz trzymałem się zasady niejedzenia wieczorem. Do pierwszego treningu podszedłem ubrany jak na 20 stopniowy mróz ;). Koszulka, bluza z kapturem, długie spodnie i jakieś stare buty. Zrobiłem 4 x 2 min truchtu i 4 x 2 min marszu. Byłem mokry jak po wyjściu z wody, płuca czułem w okolicy pępka albo i niżej. Ale radość niesamowita. I jak to zwykle bywa, chciałem za dużo i za mocno. Po 2 tygodniach przetruchtałem swoją pierwszą „piątkę” w 40 minut. I wysiadło lewe kolano. Totalne załamanie, nerwy, rehabilitacja. Jedyną pociechą było to, że waga nadal spadała. Po wyleczeniu kontuzji stwierdziłem, że dopóki nie schudnę to będę chodził z kijkami. I tak w sumie zeszło do połowy lipca. Któregoś dnia wyszedłem z kijkami , ale czułem się jakoś mocno i pobiegłem. Zrobiłem 5 km i noga nie bolała. Euforia wróciła !!!
Znowu mogłem biegać. Waga spadała bardzo szybko, nawet moja żona była zaniepokojona tempem gubienia kilogramów. Ale badania pokazywały, że wszystko jest w porządku. Biegałem co drugi dzień po 5 km. Później 6, 7 i w końcu pokonałem swoje pierwsze 10 kilometrów.

Biegacz:

Wraz z polepszaniem się kondycji i poszerzeniu mojej wiedzy na temat biegania, zapragnąłem wziąć udział w zawodach. Wybór padł na 53 biegi ulicami Sieradza. Dystans 5 km. Ważyłem 96 kg, ubrania na mnie wisiały. Stres był spory a jedyną rzeczą którą chciałem osiągnąć w tym biegu to ukończyć i nie być ostatni... Udało się. Kiedy medal zawisł na mojej szyi, wiedziałem, że „jestem stracony”. Na fali radości zapisałem się na bieg w Uniejowie na 10 km. To już była większa impreza, około 1000 biegaczy, profesjonalna oprawa, trasa z atestem. Tam już jechałem z myślą „poniżej godziny”!!! Metę minąłem po 56 minutach i 57 sekundach. Tam też po raz pierwszy zobaczyłem zawodników z grupy „Sieradz biega”. Ale zamiast normalnie podejść i powiedzieć, że jestem z Sieradza, pomyślałem, że przecież z takim cieniasem jak ja nie będą chcieli nawet gadać. Tym bardziej, że wyglądali profesjonalnie w jednokolorowych strojach, „wypaśnych” butach itp. Oczywiście jak czas pokazał takie myślenie było kompletną bzdurą. Wtedy jednak jeszcze nie wiedziałem, że stając na linii startu z innymi ludźmi, którzy mają ten sam cel, różnicę między nimi znikają. No nic, biegałem dalej, zima była łaskawa, dystanse rosły , waga szła nadal w dół.

Zawodnik:

Przyszedł nowy rok. Byłem w stanie przebiec już 15 km w 1:20. Napisałem do Artura i poszedłem na trening otwarty organizowany przez grupę „Sieradz Biega”. No i „popłynąłem” już całkowicie :) Zacząłem startować w ramach naszej już grupy, poznałem ludzi do których 3 miesiące wcześniej wstydziłem się podejść. W marcu zaliczyłem swój pierwszy półmaraton. W Pabianicach zawsze już będę startował, jeżeli tylko będę mógł. 21.097 km to mój ulubiony dystans. Trenowałem dalej, poprawiałem swoje czasy. Waga ustabilizowała się na poziomi 85 kg. Zawody stały się dla mnie esencją biegania. Radość ze startów pozwala wychodzić na trening, kiedy się nie chce. Uwielbiam oczekiwanie na strzał startera i finiszowanie z rękami w górze. Bieg z innymi ludźmi. W końcu nieśmiało pojawiła się myśl o zmierzeniu się z królewskim dystansem. Początkowo miało to nastąpić na wiosnę 2015 r. Jednak postanowiłem zmierzyć się z maratonem już jesienią. Wybrałem Poznań Maraton głównie ze względu na to że jest w sumie najpóźniej i liczyłem że będzie chłodno. Letnie starty nauczyły mnie, że wysoka temperatura wybitnie mi nie służy.

Maratończyk !!!!

„Nadejszła wiekopomna chwila” jak mówił Kazimierz Pawlak. Do stolicy wielkopolski udałem się w sobotę, razem z moimi najwierniejszymi kibicami - Asią i Mikołajem. Poznań przywitał nas piękną pogodą i wysoką jak na październik temperaturą. Na niedzielę jednak prognoza była łaskawsza- pełne zachmurzenie. Biuro maratonu usytuowane było na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Odebrałem pakiet , pochodziliśmy sobie po stoiskach producentów sprzętu, wrzuciłem kupon na losowanie Volvo ( niestety nie wygrałem;) i do hotelu. Rano pobudka o 5:30, 2 bułki z dżemem i banan i jedziemy na start. Przebieram się , lekka rozgrzewka i ustawiam się na starcie. Punktualnie o 9:00 ruszamy, w tle lecą „Rydwany Ognia” Vangelisa, mam gęsią skórkę. Biegniemy i cały czas powtarzam sobie - nie przyspieszaj. Biegnę tempem 5:20-5:25. jest super. Po 6 km wbiegamy na stadion, bieg na skos przez murawę to rewelacja, kibice robią ogłuszający hałas. Następne kilometry mijają bez żadnych sensacji. Na 10 i 20 km zjadam żel , piję na każdym punkcie, jak się później okazało chyba zbyt mało. Półmetek mijam z uśmiechem na ustach. Niestety debiutant musi swoje zapłacić, inaczej nie będzie szanował tego dystansu. Po 24 kilometrze poczułem, że jakby się zacinam, tracę płynność biegu. Na punkcie wypijam więcej płynów i jakość w miarę docieram do 30 km. Zjadam ostatni żel, 2 połówki pomarańczy i prę do przodu już w mniej radosnym nastroju. Zaczynają łapać mnie skurcze, najpierw łydki później uda. Muszę się zatrzymywać ,rozciągać, trochę maszerować żeby rozruszać mięśnie i nie stanąć. Biję się pięściami po udach, trochę pomaga. Na 35 km kolejny punkt odżywczy, piję dużo, jeszcze więcej wylewam na siebie. Odżywam, nawet lekko przyspieszyłem. Na 39 km skurcze powracają, wykręcają nogi, muszę się zatrzymywać. Kibice zagrzewają do biegu, pomagają jak mogą. 40 km, punkt odżywczy , jem wszystko co mi wpadnie w ręce: cukier, banana, pomarańczę. Jeszcze 2 km, walczę ze sobą, tempo spada drastycznie. Wreszcie docieram do miejsca w którym widać już targi. Wiem, że już nic mi nie przeszkodzi. Kibice krzyczą że jeszcze 800 metrów do mety. Zrywam się do ostatniego wysiłku. Szczyt wzniesienia, teraz trochę w dół. Zakręt prawo, lewo i widać metę !!!. Podnoszę ręce do góry , kibice krzyczą . Przez linię mety przeskoczyłem drąc się na cale gardło YEAAAAAAAAAHH. Trzęsę się cały, wolontariusze okrywają mnie folią, a ja mam jedną myśl w głowie – gdzie mój medal ? Szukam wzrokiem wolontariuszek , są i już medal wisi na mojej szyi. Spaceruję trochę i idę szukać rodziny. Czekają, wyglądają, ściskam ich mocno. Zjadam całą czekoladę z orzechami. Smakuje wyśmienicie. Odpoczywam, przebieram się i idziemy na obiad. Pytam kelnera co ma najwięcej kalorii...

Co dalej ?

Odebrałem lekcję od maratonu, zapamiętam ją na długo. Planowałem w debiucie złamać 4 godziny, miałem nawet jakieś fantastyczne wizje lepszego czasu. Skończyłem z 4:15:55. Mam niedosyt, ale nauczyłem się trochę pokory. Cierpliwość i praca to teraz będzie moja dewiza. Najważniejsze, że już po chwili od zakończenia biegu wiedziałem, że na pewno będę biegł następne maratony.
Podsumowania nie będzie , bo jestem zbyt młodym biegaczem żeby się o takowe pokusić.
Starczy tego :)

I żeby nie było ,że to wszystko nieprawda, zgodnie z chińskim przysłowiem „Jeden obraz wart więcej niż tysiąc słów”, dołączam zdjęcie:

Sebastian
1 października 2014 r.
Tobiasz w zeszłą niedzielę zadebiutował w zawodach biegowych i był to od razu maraton (36 Maraton Warszawski), który ukończył poniżej 4 h.

Serdecznie witamy!


» więcej   
29 września 2014 r.
30.09.1979 Warszawa - czas: 4.13.13, miejsce - 1213, ukończyło - 1861
28.09.1980 Warszawa - czas: 3.59.54, miejsce - 1209, ukończyło - 2289
27.09.1981 Warszawa - czas: 4.52.50, miejsce - 1821, ukończyło - 2015
26.09.1982 Warszawa - czas: 3.51.55, miejsce - 772, ukończyło - 1727
25.09.1983 Warszawa - czas: 3.24.18, miejsce - 494, ukończyło - 1918
30.09.1984 Warszawa - czas: 3.52.22, miejsce - 969, ukończyło - 1914
08.06.1985 Wałcz - czas: 3.39.29, miejsce - 24, ukończyło - 46
21.07.1985 Toruń - czas: 3.12.38, miejsce - 81, ukończyło - 158
24.08.1985 Gorzów Wlkp. - czas: 3.50.51, miejsce - 66, ukończyło - 144
29.09.1985 Warszawa - czas: 3.17.32, miejsce - 373, ukończyło - 1603
20.04.1986 Świnoujście - czas: 3.17.52, miejsce - 65, ukończyło - 121
18.05.1986 Wrocław - czas: 3.36.32, miejsce - 223, ukończyło - 370
07.06.1986 Wałcz - czas: 3.20.11, miejsce - 7, ukończyło - 27
20.07.1986 Toruń - czas: 3.20.04, miejsce - 81, ukończyło - 147
23.08.1986 Gorzów Wlkp. - czas: 3.06.49, miejsce - 36, ukończyło - 72
28.09.1986 Warszawa - czas: 3.22.23, miejsce - 447, ukończyło - 1505
06.06.1987 Wałcz - czas: 3.08.50, miejsce - 5, ukończyło - 25
19.07.1987 Toruń - czas: 3.05.51, miejsce - 37, ukończyło - 110
30.08.1987 Gorzów Wlkp. - czas: 3.06.30, miejsce - 17, ukończyło - 63
27.09.1987 Warszawa - czas: 3.14.35, miejsce - 341, ukończyło - 1398
05.06.1988 Wałcz - czas: 3.07.06, miejsce - 16, ukończyło - 25
31.07.1988 Toruń - czas: 3.01.41, miejsce - 31, ukończyło - 145
28.08.1988 Gorzów Wlkp. - czas: 2.57.14, miejsce - 13, ukończyło - 94
25.09.1988 Warszawa - czas: 2.57.16, miejsce - 140, ukończyło - 1600
13.11.1988 Kędzierzyn Koźle - czas: 2.59.39, miejsce - 46, ukończyło - 193
30.07.1989 Toruń - czas: 3.19.21, miejsce - 60, ukończyło - 234
27.08.1989 Gorzów Wlkp. - czas: 3.00.00, miejsce - 9, ukończyło - 59
24.09.1989 Warszawa - czas: 3.08.15, miejsce - 115, ukończyło - 1222
12.11.1989 Kędzierzyn Koźle - czas: 3.00.13, miejsce - 48, ukończyło - 191
20.05.1990 Wrocław - czas: 2.56.13, miejsce - 47, ukończyło - 329
30.06.1990 Wolgast (Niemcy) - czas: 3.02.15, miejsce - 9, ukończyło - 30
29.07.1990 Toruń - czas: 3.41.13, miejsce - 66, ukończyło - 143
25.08.1990 Witnica k/Gorzowa Wlkp. - czas: 2.57.22, miejsce - 4, ukończyło - 26
30.09.1990 Warszawa - czas: 2.53.02, miejsce - 96, ukończyło - 1129
11.11.1990 Kędzierzyn Koźle - czas: 3.02.26, miejsce - 36, ukończyło - 127
19.05.1991 Wrocław - czas: 2.48.24, miejsce - 41, ukończyło - 400
29.06.1991 Szczecin - czas: 3.04.21, miejsce - 28, ukończyło - 102
22.09.1991 Warszawa - czas: 3.09.10, miejsce - 130, ukończyło - 852
11.11.1991 Kędzierzyn Koźle - czas: 2.53.47, miejsce - 33, ukończyło - 165
26.04.1992 Szczecin - czas: 3.04.43, miejsce - 11, ukończyło - 79
17.05.1992 Wrocław - czas: 2.54.39, miejsce - 86, ukończyło - 431
28.06.1992 Lębork - czas: 2.56.55, miejsce - 32, ukończyło - 126
26.07.1992 Toruń - czas: 3.04.14, miejsce - 46, ukończyło - 173
06.09.1992 Wolgast (Niemcy) - czas: 3.00.44, miejsce - 11, ukończyło - 102
20.09.1992 Warszawa - czas: 2.49.28, miejsce - 52, ukończyło - 794
18.04.1993 Hannover (Niemcy) - czas: 2.52.26, miejsce - 62, ukończyło - ok. 3000
16.05.1993 Wrocław - czas: 2.57.37, miejsce - 96, ukończyło - 416
26.06.1993 Puck - czas: 2.46.12, miejsce - 12, ukończyło - 72
04.09.1993 Wolgast (Niemcy) - czas: 3.00.44, miejsce - 16, ukończyło - 128
26.09.1993 Warszawa - czas: 2.57.28, miejsce - 40, ukończyło - 520
25.09.1994 Warszawa - czas: 3.13.59, miejsce - 145, ukończyło - 782
14.05.1995 Hannover (Niemcy) - czas: 2.59.22, miejsce - 108, ukończyło - ok. 3000
24.09.1995 Warszawa - czas: 3.01.00, miejsce - 99, ukończyło - 779
29.09.1996 Warszawa - czas: 3.14.12, miejsce - 188, ukończyło - 658
20.10.1996 Kędzierzyn Koźle - czas: 3.11.30, miejsce - 58, ukończyło - 179
05.10.1997 Warszawa - czas: 2.59.23, miejsce - 62, ukończyło - 700
30.05.1998 Toruń - czas: 3.45.28, miejsce - 92, ukończyło - 184
05.09.1998 Wolgast (Niemcy) - czas: 3.24.18, miejsce - 47, ukończyło - 201
04.10.1998 Warszawa - czas: 3.09.23, miejsce - 180, ukończyło - 867
25.04.1999 Wrocław - czas: 2.52.34, miejsce - 67, ukończyło - 603
22.05.1999 Toruń - czas: 4.15.13, miejsce - 143, ukończyło - 220
04.09.1999 Wolgast (Niemcy) - czas: 3.33.32, miejsce - 71, ukończyło - 308
03.10.1999 Warszawa - czas: 3.35.22, miejsce - 221, ukończyło - 693
07.05.2000 Warszawa - czas: 3.17.47, miejsce - 114 , ukończyło - 587
15.10.2000 Poznań - czas: 3.13.04, miejsce - 174, ukończyło - 716
30.09.2001 Warszawa - czas: 3.03.30, miejsce - 103, ukończyło - 564
14.04.2002 Dębno - czas: 3.05.48, miejsce - 66, ukończyło - 261
11.05.2002 Kraków - czas: 3.25.35, miejsce - 165, ukończyło - 718
26.10.2002 Warszawa - czas: 3.14.04, miejsce - 42, ukończyło - 309
13.04.2003 Dębno - czas: 3.40.21, miejsce - 293, ukończyło - 500
10.05.2003 Kraków - czas: 3.54.11, miejsce - 378, ukończyło - 740
20.07.2003 Szczytno - czas: 3.16.16, miejsce - 29, ukończyło - 123
14.09.2003 Warszawa - czas: 3.44.39, miejsce - 371, ukończyło - 1063
25.10.2003 Złotoria k/Torunia - czas: 3.14.18, miejsce - 10, ukończyło - 59
08.05.2004 Kraków - czas: 3.22.00, miejsce - 141, ukończyło - 747
23.05.2004 Łódź - czas: 3.15.17, miejsce - 63, ukończyło - 334
19.09.2004 Warszawa - czas: 3.29.37, miejsce - 205, ukończyło - 934
10.10.2004 Poznań - czas: 3.14.06, miejsce - 357, ukończyło - 1973
10.04.2005 Dębno - czas: 3.06.49, miejsce - 125, ukończyło - 520
18.06.2005 Bełchatów - czas: 3.25.14, miejsce - 64, ukończyło - 252
18.09.2005 Warszawa - czas: 3.31.55, miejsce - 457, ukończyło - 1689
24.06.2006 Bełchatów - czas: 4.06.56, miejsce - 89, ukończyło - 133
17.09.2006 Warszawa - czas: 3.47.41, miejsce - 652, ukończyło - 1860
22.04.2007 Wrocław - czas: 3.18.46, miejsce - 199, ukończyło - 1199
13.05.2007 Łódź - czas: 3.28.12, miejsce - 60, ukończyło - 214
23.06.2007 Bełchatów - czas: 3.26.21, miejsce - 38, ukończyło - 173
23.09.2007 Warszawa - czas: 3.51.42, miejsce - 812, ukończyło - 2121
14.10.2007 Poznań - czas: 3.32.58, miejsce - 689, ukończyło - 2327
28.09.2008 Warszawa - czas: 3.45.26, miejsce - 875, ukończyło - 2640
12.10.2008 Poznań - czas: 3.52.40, miejsce - 970, ukończyło - 2640
17.05.2009 Łódź - czas: 3.42.10, miejsce - 179, ukończyło - 516
27.09.2009 Warszawa - czas: 3.42.37, miejsce - 773, ukończyło - 3164
26.09.2010 Warszawa - czas: 3.49.33, miejsce - 1019, ukończyło - 3323
05.06.2011 Łódź - czas: 4.13.18, miejsce - 258, ukończyło - 494
25.09.2011 Warszawa - czas: 3.47.42, miejsce - 1009, ukończyło - 4068
30.09.2012 Warszawa - czas: 3.46.20, miejsce - 1661, ukończyło - 6796
29.09.2013 Warszawa - czas: 4.02.54, miejsce - 3816, ukończyło - 8506
13.04.2014 Łódź - czas: 3.47.03, miejsce - 702, ukończyło - 1638
18.05.2014 Kraków - czas: 3.54.51, miejsce - 2308, ukończyło - 5368
28.09.2014 Warszawa - czas: 4.24.42, miejsce - 4444, ukończyło - 6675
22 września 2014 r.
28.09.2014 r. stanę na starcie 36 Maratonu Warszawskiego, maratonu, który będzie setnym w mojej karierze biegacza amatora. Jednocześnie należę do grona 12-stu biegaczy, którzy ukończyli wszystkie poprzednie 35 edycji tego maratonu. Z tego też powodu chciałbym nieco napisać o moim, że tak powiem biegowym nałogu…
A zaczęło się to w 1979 r. za sprawą znanego i bardzo popularnego w tamtych czasach dziennikarza sportowego Tomasza Hopfera, który wiosną tegoż roku w wiadomościach sportowych głównego wydania DTV poinformował o organizacji Maratonu Pokoju dostępnego dla wszystkich chętnych od lat 6 do 106, w dzisiejszych czasach taka informacja byłaby szokiem, zważywszy na granicę wieku jaką uczestnik musiał spełnić…Ostatecznie najmłodszym zawodnikiem, który przemierzył dystans ponad 42 km i zmieścił się w limicie czasowym 8 godzin był 9-letni chłopczyk …
Ja wówczas miałem 19 lat i po tej wiadomości wiedziałem jedno: ja tam muszę być i przebiec ten maraton! Czasu na przygotowania nie było zbyt wiele, ledwie pół roku, co mi tam, że nie miałem zielonego pojęcia o metodach treningowych, najważniejsze że chciałem i biegałem po swoich leśnych ścieżkach w rodzinnych stronach w Puszczy Drawskiej od kilku do kilkunastu km średnio 2 razy w tygodniu.
Nadszedł wreszcie ten długo oczekiwany dzień 30.09.1979 r. Krótko przed startem u podnóża stadionu X-lecia (był tam taki stadion – obecnie Narodowy) spotkało się ponad 2 tys. biegaczy ubranych jakoś tak na szaro, jednobarwnie, chyba socjalistycznie…Ja sam miałem na sobie białe buty koszykarskie o 2 numery za duże(kupowało się wtedy to co było a nie to co się chciało), spodenki piłkarskie a koszulkę dyskotekową.
Wreszcie start, w założeniach jak się później okazało zupełnie nierealnych, myślałem przebiec ten maraton w granicach 3 godzin…Jak się okazało optymizm mój był mocno przesadzony ale ostatecznie po ponad czterogodzinnej męczarni doczłapałem się do upragnionej mety z oficjalnym czasem 4.13.13 i 1213 miejscem spośród 1861 sklasyfikowanych. Przy okazji odparzone stopy, zakwaszone mięśnie, z białych trampków koszykarskich od krwi zrobiły się czerwone, zmęczenie niemiłosierne, przez kilka dni chodziłem jak kaczka czy też marynarz po okręcie…z jednej nogi na drugą, ale wiedziałem już co to znaczy przebiec maraton. Satysfakcja z jego ukończenia była wielka.
Jednakże nie przypuszczałem wówczas, że dam się namówić na następny maraton, czas jednak goi rany i po okresie ok. miesiąca wiedziałem, że za rok znów pobiegnę i musi być zdecydowanie lepiej!
Nie bez wpływu na moje bieganie były skłonności do tycia (chyba genetyczne), w wieku 21 lat mój ciężar ciała dochodził do 70 kg przy wzroście 168 cm – aktualnie ok. 55 kg. Mozolnie więc powoli, coraz częściej, więcej i mądrzej biegałem a to dzięki nowo poznanym doświadczonym maratończykom.
I tak po okresie ok. 7-8 lat systematycznego treningu złamałem w końcu barierę 3 godzin a okres w latach 1988- 1999 należał do najlepszych, w tym czasie ustanowiłem swój rekord życiowy w maratonie z wynikiem 2.46.12 (Puck 1993).
Czas jednak nieubłaganie leci, wyników swych już nie poprawię, ale wiem, że biegać będę dopóty, dopóki starczy mi sił i zdrowia. Czasami sam nie dowierzam, że za mną już 99 maratonów, maratonów, który każdy był inny, były takie gdzie było „umieranie” na trasie ale też i takie gdzie na ostatnich kilometrach mijałem konkurentów jak furmanki…Gdybym chciał opisać te moje maratony stare i nowe to moje wspomnienia byłyby stutomowe…, może kiedyś?
A póki co to należę do Stowarzyszenia Grupa Biegowa „Sieradz biega”, tworzymy coraz bardziej zgraną i wesołą „paczkę”, zachęcam wszystkich do biegania, truchtania, w ogóle do ruszania się, bo:
Ruch może zastąpić każde lekarstwo
Ale żadne lekarstwo nie zastąpi ruchu
Ze sportowym pozdrowieniem
Jacek Gnysiński
21 września 2014 r.
XXXIII Łowicki Półmaraton Jesieni przeszedł już do historii – relacja Jędrzeja
To już mój trzeci w tym roku i w końcu zakończył się tak, jak sobie to wcześniej zaplanowałem. Po pierwsze: chciałem pobić życiówkę, która dotychczas wynosiła 1.56.52. Po drugie, chciałem zacząć spokojnie i stopniowo przyspieszać. Po trzecie, od 17 kilometra zacząć biec najszybciej, co w ostatnich dwóch podejściach niestety kończyło się „ścianką” i znacznym spowolnieniem.
Sprawdzałem prognozę pogody już od tygodnia, śniła mi już po nocach… Jedyne czego chciałem to brak uporczywego słońca. Zajechaliśmy na miejsce i było super. Około 16 stopni, całkowite zachmurzenie, brak wiatru. Idealne pogoda do biegania jak dla mnie. Poszliśmy się przebrać, odebrać pakiety, ale hola hola! Dostaliśmy tylko numerki, pakiety dopiero po biegu. No cóż, niech tak będzie. Jeszcze przed samym biegiem z Krzyśkiem i Kacprem postanowiliśmy sprawdzić skład swojego ciała na jednym ze stoisk. Jestem zdrów jak ryba, a mój wiek metaboliczny to całe 12lat. Dobrze, że mi Wojtek nie musiał podpisywać zaświadczenia J Do startu niecałe 20 minut, więc na szybko zaniosłem jeszcze wyniki do auta i ustawiliśmy się wszyscy na rozgrzewce, a następnie na linii startu. Końcowe odliczanie i start.
Ruszyłem tak jak to sobie wcześniej zaplanowałem, czyli około 5’35’’. Początek trasy wiódł po jednym okrążeniu tartanu Łowickiego OSiRu, następnie wybiegaliśmy na kolejno cztery pętle po mieście. Trasa była bardzo ciekawa, trochę asfaltu, trochę kostki prowadzącej przez stare miasto. Możliwość przebiegania kilkukrotnie tymi samymi uliczkami pozwoliła ‘rzucić’ okiem na architekturę miasta. Po każdym ukończonym okrążeniu trzeba było ponownie zrobić rundkę na stadionie. Nigdy nie przepadałem za pętlami, jakoś mnie to strasznie nużyło gdy myślałem, że jeszcze będę tędy przebiegał kilka razy. Tym razem było inaczej, może to była kwestia nastawienia?
Całą trasę przebiegłem z Kacprem, który debiutował w oficjalnych zawodach na tym dystansie. Umilaliśmy sobie czas rzucanymi uwagami i wspieraniu się nawzajem. Na ostatnim okrążeniu zgodnie z wcześniejszymi założeniami postanowiłem przyspieszyć i nadać nam szybszy rytm. Udało się, bo od 15 kilometra z każdym następnym nasze tempo wzrastało, nawet do 5’05’’. Gdy dotarliśmy do 20 kilometra, wspólnie podjęliśmy decyzje, że razem przebiegamy przez linię mety bez ścigania się kto pierwszy. Na ostatnim wirażu zaczęliśmy finiszować i przekraczamy metę z wynikiem 1:55:31. Ja łamię swoją życiówkę o minutę i 21 sekund, a Kacper realizuje swój plan zejścia poniżej godziny i szczęśliwe ukończenie biegu. Wielkie gratulacje chłopie, jesteś wielki!
Organizacja biegu na bardzo wysokim poziomie jak dla mnie. Na każdym okrążeniu były dwa punkty z płynami, dla mnie rozmieszczone idealnie. Mogę jedynie przyczepić się do faktu, iż trzeba było zdać numerek startowy przy odbieraniu pakietu, który sam w sobie był bardzo specyficzny i na pewno długo o nim nie zapomnę. Na szczęście ‘urok osobisty’ pozwolił zachować numerek i otrzymać pakiet. Więcej szczegółów nie zdradzę, by nikt nie stracił pracy jak to powiedziano
Wydaje mi się, że powoli zaczynam nabierać pokory, systematyczności i wiedzy biegowej. Podchodzę do wszystkiego spokojniej i sam start planuje rozsądniej przez co wyniki są jakie są. Chęci są większe, kolejny półmaraton 9 listopada w Kościanie i może tam uda się urwać te 31 sekund. Teraz po sporej ilości startów nadszedł długo oczekiwany wolny weekend od zawodów.
Pozdrawiam!
Jędrzej
20 września 2014 r.
Witamy w naszym Stowarzyszeniu nowego, młodego biegacza -Kacpra Żórawskiego
Kacper ma 17 lat, trenuje z nami od kilku miesięcy, a od dziś jest formalnie członkiem naszego Stowarzyszenia.
Jego marzeniem jest przebiegnięcie maratonu.
Już w najbliższą niedzielę wystartuje w nowych barwach w XXXIII Łowickim Półmaratonie Jesieni o Puchar Burmistrza Miasta, który to start będzie również jego debiutem na dystansie półmaratońskim.
Witamy serdecznie!
17 września 2014 r.
Obserwowałem, zapisałem, wystartowałem. Jednym słowem bieg wpadł mi od razu w oko, uwielbiam biegać w terenie, a tutaj przekonywało do tego wszystko- malownicze okolice jeziora sulejowskiego, bieganie wzdłuż wybrzeża, lasy. Naprawdę długo się nie zastanawiałem z zapisem.
Następnie cierpliwie czekałem na dzień startu. Bieg można zaliczyć do ultramaratonów. Dystans 50 km w terenie nie jest tym, co zwykły maraton. Tutaj troszkę więcej energii i czasu należy poświęcić na ukończenie biegu. Start nie był dla mnie tak bardzo ważny, chciałem bardziej, aby to był trening w terenie - dobry i mocny.
Nadszedł dzień startu, przybywam na teren Opactwa Cystersów w Sulejowie - tutaj znajdowało się biuro zawodów. Pierwszy raz byłem w Sulejowie i mogłem zobaczyć tak urokliwe stare miejsce, części budowli pochodzą z XII wieku, naprawdę coraz bardziej się cieszyłem ze startu. Odebrałem numer startowy, troszkę rozmów przed starem, dużo znajomych twarzy z innych zawodów.
Zawody organizował Bike Orient, w planie był maraton rowerowy MTB, który wystartował jako pierwszy. Ultramaraton Biegowy 50 km startował jako drugi, zaś bieg na 10 km w ostatniej kolejności. Przebrałem się, napełniłem bukłak wodą, w plecak kilka żeli, fiolka magnezu, batonik. Po trasie był jeden punk kontrolny na 28km. Tam również można było uzupełnić zapas wody, zjeść.
Wystartowaliśmy. Cześć trasy prowadziła przez miasto, trasa była bardzo dobrze zabezpieczona przed ruchem drogowym. Następnie skierowani zostaliśmy już do lasu. Początek trasy pokonywaliśmy wspólnie z Michałem, zawodnikiem Korony Pabianice oraz Asią z Łodzi, która ma również zamiłowanie do ultra (zajęła 2 miejsce wśród kobiet). Wspólnie dotarliśmy do około 20 km, tam troszkę się rozproszyliśmy na trasie, zrobiło się gorąco, ja zatrzymałem się w ośrodku wypoczynkowym napić zimniej coli :) Bardzo pomogła. Wyruszyłem dalej w trasę, dogoniłem Michała i tak dotarliśmy do 28 km. Było naprawdę ciepło, na tyle, że w przydrożnej budce zakupiliśmy lody z automatu (troszkę to bardziej rekreacyjnie wyglądało:), ale jednak pomogło).
Na punkcie kontrolnym zostałem kilka minut i wyruszyłem już sam w dalszą drogę. Zaczęło się lekkie zmęczenie, ale w sumie na to nie ma co patrzeć, jeszcze tylko 20 km i meta. Truchtałem sobie i co chwile można było spotkać kogoś maszerującego. Zawsze tak jest – 30 km rozlicza, zwłaszcza w takiej temperaturze. Na około 35 km dołączyłem do kolejnego zawodnika - Tomka z Radomia i tak na zmianę się motywowaliśmy, po drodze zebraliśmy kolejnych zawodników i plan był prosty - 500 metrów marszu, 1,5 km biegu. Tak się trzymaliśmy do końca do samej mety, i chociaż na samą metę dotarliśmy tylko we dwoje z Tomkiem z naszej grupki, to należą się ukłony dla pozostałych. Wśród zawodników były osoby, które tydzień wcześniej kończyli setkę w Krynicy. Na mecie wspaniały medal wykonany z drewna, takiego nie mam jeszcze w swojej kolekcji.
Bardzo duże podziękowania dla organizatorów, trasa super oznaczona, po raz pierwszy spotkałem się z tabliczkami, które do połowy trasy pokazują dystans przebyty, a od połowy trasy dystans, jaki pozostał do mety - ciekawe rozwiązanie. Smaczny makaron z kurczakiem :) W taki sposób przebyłem swoje 50 km, szybko minęło 5.40, idealnie, rekreacyjnie, bez kontuzji. Teraz szybka regeneracja i za kilaka dni kolejne wyzwanie Maraton Warszawski.

Pozdrawiam
Mariusz Wieła
17 września 2014 r.
Jeśli po niecałym roku startów dochodzisz do wniosku, że zwykłe asfaltowe bieganie to już za mało, to wiedz, że coś się dzieje. Tak też postanowiłem zadebiutować w swoim pierwszym biegu z przeszkodami, a mianowicie II Crossie Zapaleńców w Mykanowie na dystansie 10km.
Może to wszystko wynika z wieku, może z małej ilości doświadczenia, a może zwyczajnie chęci poznawania, sprawdzenia samego siebie, czy też pokonywaniu nowych granic. Może kierowałem się tymi wszystkimi podpunktami zapisując się na bieg z przeszkodami. Nie wiedząc co mnie czeka byłem lekko zestresowany przed samym startem. Nietypowym elementem ubioru biegacza dziś zostały rękawiczki, które miały ułatwić pokonywanie przeszkód. A jakich? Po kolei.
Wraz ze startem na samym początku zostały odpalone świece dymne, tzw. „Pogromcy duchów”, co miało dać ciekawy efekt, a zarazem wywołać nastrój na całym biegu. Po pokonaniu kolejnego wzniesienia ujawnił się „Chochoł”, czyli stos snopków, które pokonałem w zupełnie innym sposób niż wszyscy. Nie byłbym chyba sobą . Następnie trasa wiodła w stronę lasu, gdzie uprzednio trzeba było pokonać dwie równoważnie. Tutaj tempo jeszcze było jak na zwykłym biegu, bo utrzymywane w granicach 5’15’’. Ale tylko do momentu. Droga skręca w leśną drogę i zaczyna się jazda. Błoto za kostki, krzaki uderzające w każdą możliwą część ciała i nierówności nadają powoli charakteru zawodom. Z daleka już słyszę jakieś dziwne krzyki i hałasy. Pomyślałem, że to kolejna przeszkoda „Szalony sen wariata”. Nie myliłem się, ale wyszło coś nie tak. Bo zamiast przestraszyć mnie, chyba ja bardziej wystraszyłem ich  Wybiegamy z lasy po paru potknięciach się i zadrapaniach. Drzewa przestają kryć przed słońcem, które tego dnia dawało mocno do pieca. Moim oczom ukazuje się kolejna przeszkoda, „Kocur”, czyli około 3m ściana ze szczebelkami, którą trzeba pokonać, nic trudnego. Dobiegam do kolejnej przeszkodzi, „W matni”, czyli siatce zawieszonej między drzewami około 1,5-2m nad ziemią. Tutaj można złapać lekko oddech, bo jest kolejka… Ale liczyłem się z tym od samego początku. Ostrożnie stawiany każdy kolejny krok i lecimy dalej. Wąwozik, nad którym zawieszona została siatka następnie należy pokonać jak „Janosik” z jednego krańca na drugi, wspinając się za każdym razem, w końcu gubiąc drogę. Dobrze, że nie byłem osamotniony i wraz z grupą odnajdujemy za chwilę właściwą drogę. Ale najpierw trzeba pokonać jeszcze jedną pojedynczą linę, „Linoskoczek’, zawieszoną znów między drzewami. Utrudniało to strasznie błoto, którym moje buty zostały pokryte całkowicie. Kolejne metry biegną pod znakiem tony błota, kolein i walki z równowagą. Kolejną przeszkodą było „Alcatraz”, czyli pokonanie zasieków z drutu kolczastego, poszło zadziwiająco sprawnie. Dalej znów dobrze poznane mi błoto. Nawet nie patrzę już na kałużę, nie staram się ich omijać, bo po co? Brudne dziecko to szczęśliwe dziecko! Następnie do pokonania jest 5 kolejno umiejscowionych belek, które należy pokonać na zmianę górą i dołem, „Bring sally down bring sally up”. Tuż za zakrętem napotykamy na „Czarną rozpacz”, która brzmiała tylko strasznie, bo była to sterta opon, pokonana raz dwa, następnie „Zjeżdżalnia” czyli drewniano podobna konstrukcja. Przyszedł czas jak się później okazało na najbardziej wymagającą przeszkodę, czyli „Zielony mosteczek”. Na wysokości około pół metra zawieszona była drabinka, a nad nią sznur. Pojęcia równowaga nie wypadało nawet tam używać, gdyż zwyczajnie jej tam nie było. Dwukrotnie zaliczona gleba, konsternacja, ale jakoś wybrnąłem. Tutaj straciłem chyba najwięcej siły. Czułem, że nogi nie przebierają już tak jak wcześniej, a do mety jeszcze troszkę. Kolejną przeszkodą był bunkier, czyli pokonanie siatki położonej nad ziemią. Zauważyłem, że wszyscy w tym momencie oszukiwali, gdyż nikt nie kontrolował tej przeszkody. Z racji mojej uczciwości i przejechania 100km po to by się dobrze bawić, postanowiłem pokonać bunkier i lecieć dalej.
Następnie do pokonania była ściana z siatki, „tarantula”, nie było się już nawet co śpieszyć, bo miałem sporą przewagę nad osobami za mną, a i przed sobą nie miałem nikogo poza dwojgiem znajomych, których poznałem na trasie i biegłem prawie cały dystans. Zauważyłem już wzgórze, na którym wcześniej byliśmy, wiedziałem, że meta jest już blisko, jeszcze tylko parę przeszkód. Kolejną była „dżdżownica”, czyli tunel wykopany na polu, który trzeba było pokonać na czworaka. Ktoś z klaustrofobią miałby raczej problem. Potem już ostatni podbieg, „Karoca teściowej”, czyli przyczepa i przeszkoda, której obawiałem się najbardziej, choć jak się potem okazało niesłusznie. „Wally”, około 3m ściana ze sznurem, na którą należało się wspiąć. Potem już tylko „Pan samochodzik”, czyli dwa wraki do pokonania i ostatnia prosta, na której pościgałem się jeszcze z kolegą Jankiem.
Ogółem wyjazd jak najbardziej udany. Ciekawe doświadczenie i na pewno nie ostatnie. Wszystko jeszcze przede mną. Natomiast spory minus za organizację, choć nie mogę mieć do tego jakichś większych pretensji. Były osoby, które wracały z trzema nagrodami, open, kategoria wiekowa i najlepszy zawodnik. Jednak nagrody open i kategorii wiekowych nie powinno się łączyć.
Jędrzej
10 września 2014 r.
Pomysł, by wystartować w biegu 7 Dolin na dystansie 100 km narodził się rok temu, zaraz po nie do końca udanym starcie w Beskid Ultra Trial.
Jeszcze w styczniu wysłałem swoje zgłoszenie i opłaciłem opłatę startową. Miałem ponad pół roku do przygotowania się do tego startu i zebrania odpowiedniego sprzętu na bieg. W tym roku impreza po raz pierwszy rozgrywany był w randze Mistrzostw Polski w Biegach Górskich. Trasa przebiegała w Beskidzie Sądeckim trudnymi szlakami z licznymi podbiegami i zbiegami z przewyższeniami +/- 4500 m. Bieg był też eliminacją do najsłynniejszego na świecie ultramaratonu Ultra-Trail du Mont-Blanc.
Osiągając w limicie 17 h metę w Krynicy-Zdroju, można było jednocześnie uzyskać 3 punkty kwalifikacyjne do UTMB – biegu, gdzie uczestnicy muszą pokonać 168 kilometrów, a łączne przewyższenie to 9600 m. Trasa wiedzie malowniczymi szlakami Alp i przebiega przez trzy państwa: Szwajcarii, Francji i Włoch.
Do Krynicy przyjechałem w czwartek pod wieczór na dwa dni przed startem. W piątek w ramach rozgrzewki przed biegiem udałem się zielonym szlakiem na Jaworzynę Krynicką. Stąd powrót do Krynicy po odbiór pakietu startowego, zwiedzanie targów biegowych oraz udział w warsztatach biegowych. O 19.00 udałem się na obowiązkową odprawę przed biegowa oraz oddałem worki na punkty przepakowe w Rytrze (36km), Piwnicznej (66km) oraz Wierchomli (77km). Potem szybko do hotelu i ostatnie przygotowania sprzętu i posiłków na bieg.
Budzik zadzwonił o 1:30 i się zaczęło. Na śniadanie miałem ciasto energetyczne i herbatę, następnie ubrałem się w wcześnie przygotowany strój oraz jeszcze raz sprawdziłem, czy mam w plecaku wszystko, co potrzebne. Szybka toaleta i udaje się na start na deptak główny w Krynicy, gdzie przybywam na 5 min przed startem. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie i punktualnie o 3:00 startujemy. Jest wystarczająco ciepło, dlatego szybko zdejmuje wiatrówkę i biegnę tylko w koszulce z rękawkami.
Od początku biegniemy w zwartej grupie, większość z zapalonymi czołówkami. Staram się biec ostrożnie, by nie zaliczyć jakiegoś upadku i nie zakończyć przedwcześnie zawodów, szczególnie na błotnistych, kamienistych i stromych zbiegach. Niestety kilka razy się potykam i zaliczam niegroźne upadki. Raz omijając wielką kałużę, odbijam ze szlaku, nie zauważam ściętego drzewa i uderzam w niego całym impetem prawym kolanem. Kilka niecenzuralnych słów i biegnę dalej.
Jak już zaczyna się przejaśniać dołączam do kilkuosobowej grupy i wspólnie pokonujemy trudny techniczny zbieg do pierwszego przepaku w Rytrze. Pierwsze oznaki zmęczenia przyszły zaraz po wyjściu z przepaku wraz z rozpoczęciem podejścia na najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego czyli Radziejową. Na bufecie na 45 km zrobiłem zbyt krótki postój, bo chciałem nadrobić czas stracony na poprzednim podejściu na zbiegu do kolejnego przepaku do Piwnicznej (66km).
Nie wiem, kiedy się pojawiła ściana, ale przez chwile myślałem, że mogę tego biegu nie ukończyć. Wysoka temperatura i pałace słońce sprawiło, że na tym etapie zawodnicy mijali mnie jeden za drugim. Najważniejsze wtedy było tylko dotrzeć do przepaku, gdzie czekała na mnie upragniona puszka Pepsi, napój energetyczny, żele i baton energetyczne oraz wszystkie dobrodziejstwa punktów żywieniowych. Byłem tak zmęczony, że prawie usnąłem, kładąc się w cieniu na trawie z nogami uniesionymi do góry.
Po około 30 min od dotarcia do punktu żywieniowego, po naładowaniu baterii ruszyłem dalej. Na tym etap biegu zaczynam nadrabiać, to co straciłem wcześniej szczególnie na zbiegach, gdzie wiedziałem, że jestem mocny. Po wyjściu z ostatniego przepaku z Małej Wierchomli został mi ostatni trudny odcinek, czyli prawie pionowe podejście pod narciarska trasę zjazdową. Po dotarciu na szczyt odetchnąłem z ulgą i rozpocząłem zbieg do Szczawnika.
Mimo że do mety zostało około 20 km, poczułem niesamowitą radość i cos wewnątrz mi mówiło „chłopie ukończysz ten bieg”. Nic nie było już w stanie zmienić stanu, w jakim się wtedy znalazłem - ani ulewa na ostatnim podejściu pod Runka, przez którą zmokłem do ostatniej nitki, ani upadek na zbiegu kilka kilometrów przed metą - wszystko to nie miało znaczenia. Najważniejsze było to, że po 14 godzinach, 18 minutach i 5 sekundach walki ze sobą i trasą ukończyłem ten bieg i jest to dla mnie wielki sukces.
Podczas całego biegu nie brakowało na trasie malowniczych krajobrazów, ale najpiękniejszy był widok gór pokrytych mgła zaraz po wschodzie słońca - ten widok zostanie mi w pamięci na długo. Co bym poprawił z perspektywy czasu? Na pewno więcej jadł i wolniej zaczął, bo gdy się zorientowałem, było już za późno, kryzys zwalił mnie z nóg. Mimo że liczyłem na lepszy czas, to i tak jestem z siebie bardzo dumny i wiem, że nie liczy się czas i miejsce na mecie, ale to, że robię to co lubię, robię to dla siebie, dla pokonywania kolejnych granic, poznawania siebie i to jest dla mnie najważniejsze
Pozdrawiam
Tomek ultra maratończyk :)
8 września 2014 r.
„Rock is deader than dead” śpiewał ongiś Marlin Manson. Nie jest to do końca prawdą, nie mniej jednak coś w tym jest. Chyba każdy lubi muzykę, chociaż pewnie połączenie muzyki z bieganiem półmaratonu nie znalazło by już tylu amatorów.
Niemniej jednak na starcie I Rock&Run półmaratonu w Bydgoszczy stawiło się około 500 osób. Zupełnie przypadkowo dowiedziałem się tym biegu. W trakcie wakacji w górach przeglądając stronę naszego Stowarzyszenia, zobaczyłem, że kilka osób się zapisało. Po kilku minutach było już 10 osób. No to ja też jadę :). Z Sieradza do Bydgoszczy jest ponad 200km, więc kilkoro z nas pojechało już w sobotę. Meldujemy się w hotelu, kolacja na Starym Rynku, trochę rozmów i spać. Rano trzeba być wypoczętym, tym bardziej, że prognoza pogody nie nastrajała optymistycznie. I faktycznie w niedzielę na niebie ani jednej chmurki. Czułem, że będzie ciężko, więc postanowiłem nie forsować się zbytnio, nie myśląc o życiówce i pobiec na złamanie 1:50.
No dobra, idziemy na start. Ubrani jednakowo i z przypiętymi numerami, ściągamy na siebie spojrzenia przechodniów. Spotykamy resztę grupy oraz chłopaków z Kamieńska, biegnących jako Blues Brothers (szacunek za bieg w taki upał w garniturach i kapeluszach). I start... Początek zabójczy około 1,5 km zbieg w dół pod sporym nachyleniem, wszystkich niesie tłum i założę się, że każdy przegiął z tempem na pierwszym kilometrze. Ja miałem 4:38 czyli o wiele za szybko. Ale zaczynamy pierwszą pętle i sytuacja się normuje. Do boju zagrzewa nas 9 zespołów. Dają chłopaki czadu!! Początek biegnę z Marcinem, ale około 6­7 km zaczynam się od niego oddalać. Lwią część dystansu biegnę z poznanym na trasie Łukaszem, dla którego jest to debiut na tym dystansie. Trzymamy się razem, tempo mamy w miarę równe i okazało się, że była to dobra strategia na środkową część biegu. Łukasz jednak miał trochę więcej siły i około 17 km zaczął przyspieszać, zostawił mnie z tyłu i zaliczył imponujący debiut plasując się na 85 miejscu.
Wolontariusze przy trasie rozdają dmuchane gitary. Wpadam na metę trzymając „instrument” jak prawdziwy rockman, w głowie mając pierwsze takty „Smoke on the Water” Udaje się załamać 1:50 co przy tej aurze uważam za dobry dla mnie wynik. Jestem zmęczony, ale na szczęście na Wyspie Młyńskiej jest ogromny trawnik na którym można poleżeć. Trawa jednak to jest to!!!
Sam bieg był trudny, kocie łby, pagórki. Nie przepadam za pętlami, zdecydowanie wolę trasę w jednym kawałku. Brak oznaczeń trasy i tylko jeden punkt nawadniający to spory minus. Nie wiem ile osób zrobiło dodatkową pętle. Ja ustrzegłem się tego tylko dlatego że kontrolowałem dystans z zegarkiem i w odpowiedniej chwili krzyknąłem do wolontariusza, czy to już skręt w stronę mety. Potwierdził, ale nie tak to powinno wyglądać. Na plus były oczywiście zespoły i doping mieszkańców Bydgoszczy, którzy tłumnie wylegli na ulicę swojego miasta, aby nas wspierać.
Jako, że minus i plus się niwelują, bieg w sumie był ok. Małe poprawki organizacyjne i druga edycja będzie lepsza. Brawo dla naszych debiutantów, wyrazy współczucia dla Mariusza który stracił szansę na świetny wynik, życzenia szybkiego powrotu do zdrowia dla Rafała. Specjalny i głęboki ukłon w stronę Witka za odważną decyzję zmienienia się z kibica w półmaratończyka.
Pozdrowienia
Sebastian
3 września 2014 r.
Zamykamy biegowy sierpień. Okres letni też powoli mija, więc szybka dyszka w ostatni weekend wakacji jest idealnym rozwiązaniem. Choć ja wakacje mam jeszcze przez miesiąc :)
Same zapisy na Bieg Fabrykanta skończyły się po bodajże 3 dniach. Na szczęście nie tylko mnie się udało zapisać i nawet wystartowaliśmy jako drużyna.
Jechałem do Łodzi z cichym zamiarem pobicia dotychczasowej życiowi, czyli 48:27. Rozgrzewka troszkę inna niż zwykle w moim wykonaniu, do której namówił mnie Mariusz. Tak naprawdę nie musiał mnie długo namawiać i teraz jestem mu strasznie wdzięczny. Cały czas się czegoś uczę, a sobotnia lekcja zakończyła się morałem: porządna rozgrzewka jest bardzo istotna. Pozostało około 30 minut do startu, spokojnym tempem pokonane 2 km i wnet… zaczęło lać. No po prostu super… Przycina ostro i nie widać końca, a do startu coraz mniej czasu. Przemoczeni schowaliśmy się w budynku i z cichą nadzieją czekamy na koniec. 5 minut do startu, troszkę jeszcze kropi, ale ustawiam się na starcie. 3 minuty do startu. CUD! Przestaje padać, na niebie pojawia się tęcza, powietrze oczyszczone i już czuję, że będzie to dobry bieg, ja to po prostu wiem!
Trasa składała się z dwóch pętli po 5 km urozmaiconymi drogami. Trochę asfaltu, trochę kostki, trochę parku. Pierwszy kilometr rozpocząłem dość szybko, coś w granicach 4:16. Głównym zadaniem było utrzymanie równego tempa i nieprzejmowanie się tak naprawdę wynikiem. Na cały bieg złożyły się cztery podbiegi, omijanie cholernych kałuż i ogólnie walka z samym sobą. Trasa nie przypadła mi do gustu, bo nie będę ukrywał, była dość trudna. Może wynikało to poniekąd z aury jaka panowała jeszcze 30 minut wcześniej. No, ale ok, lecimy dalej. Po pierwszym okrążeniu miałem poniżej 24 minut, a więc plan na razie był realizowany bardzo dobrze. Tempo cały czas równe, kolejne osoby wyprzedzane. Rozpędzam się jak to zawsze po jakich 40% dystansu.
Bez owijania, ostatnia prosta. Zbieram ostatnie cząsteczki energii w sobie i przebiegam przez metę. Wynik? 46:37, a więc super. Jestem mega szczęśliwy! Cały bieg poszedł po mojej myśli, tak jak sobie to wcześniej zaplanowałem. Zapoznałem się częściowo z nową techniką biegu na wyższych obrotach, a mianowicie lądowanie na śródstopiu, a nie na pięcie. Z czasem będzie tylko lepiej, jestem tego pewien.
Wielkie podziękowania dla całej ekipy wyjazdowej. Cała otoczka biegu jest równie świetnym przeżyciem co sam bieg. Dziękujemy Tomkowi, który choć nie biegł, to pojechał z nami, by nas wspierać. Dla takich chwil naprawdę warto żyć. Klisze w moich soczewkach zapamiętają obraz w głowie na zawsze. Nikt nie jest w stanie mi tego odebrać.
Do zobaczenia na kolejnych imprezach!
Jędrzej
30 sierpnia 2014 r.
Trening otwarty za nami

Zapraszamy na kolejny za 2 tygodnie - 13 września
26 sierpnia 2014 r.
Piotr został zarażony bieganiem przez żonę w 2012 r.
Do tej pory startował w II Nocnym Połmaratonie we Wrocławiu. Najbliższy start Piotra to Kill the Devil Hill w Karpaczu - sprint na szczyt Skoczni Narciarskiej "Orlinek".
Witamy serdecznie!
» profil Piotra   
23 sierpnia 2014 r.
Kolejny trening otwarty za nami

Zapraszamy na kolejny za tydzień, w sobotę, 30 sierpnia o godz. 11
22 sierpnia 2014 r.
Witamy w naszym Stowarzyszeniu kolejną biegaczkę - Kamilę

Kamila biega od listopada 2012 r. Ma na swoim koncie starty w 10 zawodach biegowych na dystansach od 5 km do półmaratonu. W szeregach naszej Grupy zadebiutuje 5 października w Kaliszu w Biegu Ptolemeusza (10 km).
20 sierpnia 2014 r.
Dystans Ultra to około 57 km, sam bieg obserwowałem już od jakiegoś czasu. Zainteresował mnie z kilku powodów. Trzykrotne zdobycie Śnieżki jest równe zdobyciu "Dachu Europy" - szczytu Mont Blanc. Kolejny powód to punkty UTMB, ale o nich na końcu oraz sprawdzenie siebie.
Ostatni raz na Śnieżce byłem 10 lat temu. Po zejściu z góry skończyło się to dla mnie fatalnie - wylądowałem w szpitalu w Jeleniej Górze. Wtedy jeszcze nie biegłem, moja kondycja nie była najlepsza. Wspomnienia gdzieś zostały, trzeba z nimi wygrać. Tak wiec zapisałem się, czułem się przygotowany na to wyzwanie, miałem za sobą kilka startów ultra. Udało mi się również namówić kolegę z Grupy Biegowej „Sieradz Biega” - Jędrzeja, który wystartował na dystansie Mini (17 km) oraz Tomka, który pobiegł ze mną dystans Ultra.
Razem z Tomkiem założyliśmy, że potraktujemy bieg jako przygotowanie do jesiennych startów, tak wiec zależało nam, aby go ukończyć bez zbędnych problemów. Dzień wcześniej wystartowaliśmy jeszcze w innym biegu górskim blisko Karpacza, a dokładnie w Kowarach na dystansie 10 km. Był to nasz górski "Weekendowy Pakiet Biegowy"
Dzień przed startem odebraliśmy numery startowe, wszystko bardzo fajnie zorganizowane. Przyszła sobota, odprawa przed biegiem, przekazanie najważniejszych informacji. Następnie ustawienie się na linii startowej i o 9:05 ruszamy w trasę. Postanowiliśmy z kolegami pierwszą pętle zrobić wspólnie i wspierać młodszego kolegę Jędrzeja. To był jego debiut w górskich biegach.
Każda z 3 pętli miała w sobie coś, za co można jeszcze bardziej polubić bieganie górskie. NA pierwszej najmilej wspominam odcinek grani przez Czarną Kopę aż po Śnieżkę. Odcinek, na którym wąskim szlakiem granicznym po prostu lecieliśmy. Warunki pogodowe na szczycie pozostawiały wiele do życzenia, ale nie można na to narzekać, ponieważ na wszystkich 3 pętlach było słońce, deszcz i wiatr, było wszystko, co potrzeba w długich biegach. Zbiegaliśmy za każdym razem szerokim kamienistym szlakiem. Tutaj były odcinki dla mnie rewelacyjne, zwłaszcza wąska piaskowa ścieżka za punktem żywieniowym, umiejscowionym w Domu Śląskim. Jak tu jej nie lubić po takich podejściach. Za to najniebezpieczniejszy odcinek moim zdaniem był na zbiegu po wąskich bardzo śliskich kamieniach (czarny szlak), zwłaszcza podczas deszczu. Naprawdę trzeba się skoncentrować na postawieniu bezpiecznie stopy. W pewnym momencie miałem chwilę zawahania, na szczęście udało mi się uniknąć niebezpiecznego upadku. Widziałem zawodników, którym nogi ślizgały się i zakończyło się to upadkiem.
Kolejna cześć trasy to odcinek przez prowadzący przez las Droga Śląska aż do miasta, gdzie zostaliśmy pokierowani do punktu kontrolnego. Niesamowita atmosfera, kiedy wbiegaliśmy a turyści doceniali nasz wysiłek oklaskami, natomiast spiker wyczytywał nazwiska zawodników, dodając im jeszcze więcej energii na dalszą drogę. W taki sposób skończyliśmy pierwszą pętle. Już po tym odcinku wiedziałem, że nie będzie łatwo po pierwszym założeniu, że kończymy w około 7 godzin. Wiedzieliśmy, że aby było jak najbezpieczniej, zakończymy bieg jednak w dłuższym czasie.
Druga pętla to Czerwony Szlak, początek to lekki trucht ciągle pod górę. Dowiedzieliśmy się że, zaraz po wyjściu z granicy lasu lepiej nie patrzeć do góry. Zastanawiałem się o co chodzi, dowiedziałem się później:) Nic innego mi nie przyszło do głowy, jak Manifest Skyrunnera. Wiecie o co chodzi - trzeba było troszkę postękać, na dokładkę po tym ciężkim podejściu kolejne już za punktem żywieniowym - mianowicie wejście czarnym szlakiem. Piszę to teraz, kiedy nie mogę się ruszyć z krzesełka. Chyba wiem już, dlaczego.
Drugi raz zdobyliśmy Śnieżkę i zbiegamy Niebieskim Szlakiem, dalej Czarnym i do miasta. Już było lepiej, jeśli chodzi o odcinek z śliskimi kamieniami, brak deszczu słonecznie, bezpiecznie.
Ostatnia pętla to zdobycie Śnieżki żółtym szlakiem. Standardowo ile się dało to truchtamy, resztę podchodzimy. To był szlak, którym 10 lat temu wchodziłem, najbezpieczniejszy, dość szeroki, chociaż teraz strasznie się ciągnął. Po drodze jednak mamy siłę na żarty z innymi zawodnikami i tak naprawdę skurcze zamiast w łydkach, były na policzkach :)
Docieramy do Strzechy Akademickiej, były zaproszenia na piwo od turystów, ale zostawimy to na koniec. Kontynuujemy bieg szlakiem niebieskim, punkt żywieniowy i ostatnie podejście czarnym szlakiem, było zimno było wietrznie - 4 stopnie na szczycie, ale była moc. Zdobyliśmy ostatni raz Śnieżkę, szczęśliwi zbiegamy do mety, wspaniałe oklaski na mecie, gratulacje od organizatora Radosława Jęcka. Jednak to jemu się należą gratulacje za tak wspaniałą organizacje biegu. Jednym słowem było wszystko, czego oczekiwałem
Dzięki ukończeniu 3xŚnieżka = 1 Mont Blanc mam ostatni punkt, który potrzebuje do UTMB CCC 2015, jestem mega szczęśliwy, teraz tylko zimowe losowanie. Również mieliśmy okazję poznać człowieka, który potrafi inspirować - Piotra Hercoga. Do tej pory zastanawiam się, jak on zbiegał po tych stromych śliskich kamieniach na czarnym szlaku w drodze powrotnej ze Śnieżki.
Wynik końcowy to 8 godzin 29 minut, a uczucie, kiedy zdobywasz Śnieżkę trzykrotnie w jeden dzień - bezcenne. To by było na tyle teraz szybka regeneracji i kolejne długie wyzwania już we wrześniu.

Mario Wieła
18 sierpnia 2014 r.
Niezapomniany weekend, niezapomniany bieg, niezapomniane chwile - nieograniczona i nie do opisania ilość wszystkich wspomnień i przeżyć.
Jakiś miesiąc temu, no może dwa, Mariusz przesłał mi ciekawą stronę internetową o biegu 3 x Śnieżka = 1 Mount Blanc. To co niespełna rok temu wydawało się czystą abstrakcją, powoli nabiera kształtu. Bieg rozgrywano na trzech dystansach: 17,33 i 57km. Staż mam póki co krótki, więc zdecydowałem się na ten najkrótszy, ale nie oznacza to, że łatwy. Zaplanowaliśmy z Mariuszem i Tomkiem wspólny wyjazd na weekend w Góry. Chyba muszę powoli zacząć się przyzwyczajać do takiej formy spędzania wakacji... Ale szczerze? Odpowiada mi taka formuła :)
Piątek, godzina 3:30 wyjeżdżamy z Sieradza w kierunku Karpacza, tfu, Kowar. A czemu? Tomek i Mariusz postanowili jako rozgrzewkę potraktować I Bieg Górski w Kowarach na dystansie 10 km. Jak się okazało suma przewyższeń wynosiła 600m, a cały bieg rozgrywano w stylu alpejskim. Ciekawa rozgrzewka przed biegiem 57km, nieprawdaż? Gdy chłopaki ruszyli w podróż przełęczą do Małej Upy znajdującej się w Czechach, ja postanowiłem zapoznać się z terenem górskim, a przy okazji ponapawać się przepięknymi widokami. Gdy chłopaki skończyli bieg udaliśmy się już do Karpacza, by zameldować się w hotelu. Rzeczy zostawione, czas iść coś zjeść i odebrać pakiety startowe. Suma przewyższeń między naszym hotelem, a miejscem rozgrywania imprezy wynosiła 240m, które pierwszego dnia pokonaliśmy raz, a następnego ja osobiście chyba ze trzy razy... :) Wszystko poszło pięknie i sprawnie, więc wracamy do hotelu i zaczynamy regenerować siły na jutrzejszy bieg.
Sobota, godzina 6:50 pobudka, pożywne śniadanie i... patrzymy za okno, leje... No super. Ale nie ma czasu, ubieramy się i ruszamy na rozgrzewkę polegająca na dobiegnięciu na linię startową. Z takimi przewyższeniami rozgrzewka była dość intensywna i naprawdę wystarczająca. Godzina 9:05 i ruszamy! Pierwsze kilometry lecą dość spokojnie. Mimo, że chłopaki muszą potem wbiec na Śnieżkę jeszcze 2 razy to decydują się na wspieranie mnie na pierwszym okrążeniu, które pokonywaliśmy wspólnie. Po jakimś 1,5km zaczyna się to na co wszyscy czekali, 'wspinaczka'. Bieg górski na początku ma tyle biegania co nic. Gdzie się tylko dało to oczywiście biegliśmy, ale sporo czasu na wejściu to szybki marsz z wysokim unoszeniem nóg. Po około 4-6km zaczynam czuć uda, ale cholerstwa palą... mimo, że aura iście spartańska. Leje, wieje, i tak na przemian. Dobrze, że była mgła to przynajmniej nie wiedziałem ile mnie jeszcze czeka.
Na wejściu znajdował się jeden punkt kontrolny, na którym trzeba było podać swój numer startowy GOPRowcom. Trasa? Oznaczona rewelacyjnie, nie było po prostu możliwości zgubienia się. Widoki? Jakie widoki :) ? Widziałem tylko swoje nogi, plecy chłopaków i panującą dookoła mgłę. Nieopisanym przeżyciem dla mnie okazała się wąska ścieżka z małymi drzewami iglastymi po bokach, gdzie nie wiadomo kiedy zaczęliśmy biec jeden za drugim w niesamowitym po wspinaczce dla mnie tempem. Wiedziałem, że szczyt jest coraz bliżej.
Drugi punkt kontrolny, znany mi szlak jeszcze z dzieciństwa, co oznaczało, że to już ostatnia 'prosta' na sam szczyt. JEST! ŚNIEŻKA ZDOBYTA! Szybkie zdjęcie, znów podanie numeru startowego i po około godzinie i niecałych czterdziestu minutach zaczynamy zbieganie. Teraz to się dopiero zaczyna. Prędkość wzrasta, co jest chyba logiczne. Trzeba uważać, żeby nie pogubić butów. Ze zbiegu nawet dużo się nie pamięta, bo zwracało się tylko uwagę na to, by się nie wypierdzielić.. :) Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na punkcie odżywczym (znów rewelacyjnie wyposażonym!), jeszcze parę zdjęć i lecimy dalej.
Nagle zaczęło lać, chyba w najmniej odpowiednim momencie. Dlaczego? Zaczęła się tak zwana ściana płaczu, strome zejście z wielkimi głazami, które pod wpływem deszczu stały się strasznie śliskie. Skupienie jeszcze większe, jeśli to tylko możliwe, i jakoś się udało.
Jeszcze raz naprawdę wielkie podziękowania z mojej strony dla chłopaków. Momentami musieli chwilę na mnie czekać. Nie chciałem ich spowalniać, przecież mają jeszcze dwa wejścia na Śnieżkę! Ale nie słuchali mnie i wspierali dalej. Pokonana liczba w kilometrach wyniosła niecałe 18km, a przewyższenia wyniosły 1000m. Niesamowite wrażenia. Gdybym miał opisać wszystko, to było by to zwyczajnie niemożliwe. Ale jedno jest pewnie, to wszystko pozostanie już na zawsze w mojej pamięci.
Cała organizacja imprezy była niesamowita, przywiązanie do szczegółów również. Organizator się spisał najlepiej jak tylko potrafił. Po w biegu na metę odebrałem ciężki i bardzo ładny medal, napiłem się coli, która po takim biegu jest rewelacyjna i odszedłem na bok złapać oddech. 'Chłopaki! Powodzenia!' jeszcze tylko krzyknąłem i sieradzka dwójka poleciała dalej. Ja postanowiłem jakoś spróbować i dotrzeć do hotelu. Jakoś się udało, szybki prysznic, chwila odpoczynku i znów na dół. Zabrałem czyste ubrania dla ultrasów, by po biegu mogli się na spokojnie przebrać. Na miejscu jeszcze uzupełniłem węglowodany ogromną porcją makaronu zapewnioną przez organizatora i spędziłem resztę czasu na rozmowach z innymi uczestnikami biegu i czekałem na chłopaków aż ukończą bieg.
Reszta czasu po ich przybyciu minęła nam na rozmowach i na oczekiwaniu na zakończenie całej imprezie. Po godzinie 21 zamówiliśmy taksówkę i wróciliśmy do hotelu. Jeszcze tylko piwko w nagrodę i sen.
To co czuję po tym wyjeździe jest zaraz bolesne i niesamowite. Bolesne, bo mam strasznie zakwaszone uda, w końcu nigdy takiego wysiłku nie miały. Niesamowite, bo cały wyjazd zostanie mi na długo w pamięci, to jest coś co kocham i coś co dodaje mi sił.
Podziękowania i gratulacje dla Tomka Dudziaka z Sieradza, który również biegł na dystansie 17km i większość czasu na trasie spędził z nami. Może będzie jeszcze okazja do wspólnego biegania :) Mimo iż był to najkrótszy z możliwych do wyboru dystansów to i tak jestem z siebie dumny. Nie każdy byłby w stanie, w takim czasie, w takich warunkach i z takim krótkim stażem pokonać tę trasę (17 km, 1000 m przewyższeń).
To by było chyba na tyle. Jeśli tylko się uda, to do zobaczenia za rok, tym razem na dystansie średnim, czyli 33 km :)
Pozdrawiam!!
Jędrzej
13 sierpnia 2014 r.
Witamy w naszym Stowarzyszeniu nowego biegacza. Witek rozpoczął swą przygodą z bieganiem niedawno - w lipcu 2014 r. Ma już za sobą debiut w zawodach na dystansie 5 km w ramach III Malutkie Run. W planach kolejne starty w Złoczewie i Sieradzu

Życzymy sukcesów i dobrej zabawy w naszym towarzystwie :)
12 sierpnia 2014 r.

III edycja biegu w Malutkim wypadła na 10 sierpnia. Na pierwszej edycji był Rafał, a na drugiej Krzysiek. Z racji tego, iż za tydzień szykuje się Bieg na Śnieżkę, postanowiłem znaleźć jakiś bieg i potraktować go typowo rekreacyjnie. Biegać i tak bym biegał, chociażby na treningu, więc lepiej pojechać na jakieś zawody. Chętnych zebrało się troszkę więcej, bo aż 9 osób, w tym 2 osoby spoza stowarzyszenia. Jako, że Sieradz Biega ma pełną listę znajomości i kontaktów to wynajęliśmy busa od Piotrka Włochacza– Piotrek, dzięki wielkie!
Zbieramy się wszyscy o godzinie 7 rano w niedziele i wyruszamy Wesołym Busem do Malutkiego w około 80km podróż. Co się działo w Busie, w Busie pozostanie :) ! A tak na poważnie, podróż mija nam bardzo miło i sympatycznie, kto był ten wie, reszta niech żałuje. Docieramy na miejsce tuż przed godziną 9 – Krzysiek driver! Jak na elitę przystało, odbieramy początkowe numery i idziemy się na spokojnie przebrać. Czas umilamy sobie standardowo rozmowami i dowcipami.
Teraz troszkę a propos planu. Padła propozycja, zresztą zaakceptowana przez wszystkich, że lecimy całą ekipą w zwartym szeregu jako zające wyprowadzając Monikę i chroniąc ją przed konkurencją. Przed samym startem jeszcze troszkę gry psychologicznej z naszej strony i można ruszać. Przekraczamy start, a raczej staramy się, w jednej linii. Osoby na przedzie co jakiś czas się zmieniały i narzucały tempo biegu. Znalazło się oczywiście miejsce, bo jakże by inaczej, na chociażby śpiew czy śmianie się. Droga przebiegała głównie przez las, choć nawet ścieżkami ciężko to nazwać. Raczej wytyczaliśmy nowe szlaki. Trochę podbiegów, piachu, nierównej nawierzchni, ale dla mnie taki teren jest odpowiedni. Do pokonania były 2 pętle po około 5km. Cały czas biegliśmy w zwartej grupie, co przyjęło się dość dobrze wśród innych biegaczy. Po pierwszym kółku odpadł Witek, gdyż biegł tylko na 5km – wielkie brawa dla niego za pierwszy start w swoim życiu! Drugie okrążenie pokonaliśmy w mniej więcej podobnym czasie co pierwsze, ale nie o czas tu chodziło, a o dobrą zabawę i zaciśnięcie relacji w grupie.
Oho, widać już metę i Monika wystrzeliła, a zaraz za nią ja i Krzysiek. Wbiegamy całą grupą głośno wiwatując, w niemalże jednym momencie. Różnice wszystkich sięgają 4 sekund. Pierwszy zgrzyt, brak medali. Z tego co zrozumiałem to po prostu zamówienie nie zostało zrealizowane i doślą nam je pocztą. No cóż, trudno się mówi.
Niektórym z nas było jeszcze mało, więc jakiś szybki posiłek i lecimy dalej. Wystartowałem z Krzyśkiem, Tomkiem Kłosem oraz Rafałem. Niestety, ja po jednym kółko (5km) dałem sobie spokój. Krzysiek przebiegł 20km łącznie, Tomek półmaraton, a Rafał 25km. Takie było założenie. Jedziemy na zawody i biegniemy wszyscy razem, a zaraz po przebiegnięciu mety każdy robi sobie treningowo tyle ile uznaje za słuszne.
Członkowie stowarzyszenia znów mieli szczęście w losowaniu nagród. Najpierw Mariusz wygrał okulary przeciwsłoneczne, a chwilę później ja wygrałem frotki na nadgarstki. Zawsze to jakaś wygrana!
Ogólnie wyjazd zaliczam do jak najbardziej udanych. Kto wie, może i wybiorę się na IV edycję, z taką grupą to na pewno możemy jechać na koniec świata i pokazać się z jak najlepszej strony!
Wspomnień nikt mi nie zabierze :) !

Jędrzej
12 sierpnia 2014 r.
Julian Goater – znakomity brytyjski biegacz radzi: ”bądźcie ostrzy jak brzytwa”. Jego słowa, przez kilka wakacyjnych tygodni poświęconych przygotowaniom naszej ekipy do tego startu, wyznaczały cel i kierunek. Wszyscy znacie bieg długi, interwały, tempówki, biegi mieszane, przebieżki, rytmy itp. A znacie „bieg towarzyski”? Jak wyczerpujący to element tygodniowej harówy profesjonalnego amatora? Każdy mięsień twarzy wykonuje gigantyczną pracę, że o przeponie nie wspomnę.
Wreszcie niedziela, dzień startu, dzień prawdy. Droga, którą pokonaliśmy busem należącym do wspierającej nas firmy „Włochacz”, upłynęła pod znakiem wzajemnej mobilizacji, pełnym skupienia oczekiwaniem na rywali, lekkim strachem przed morderczym dystansem.
Na miejscu klasyka: opłata, numery (organizatorzy zadbali, żeby elita tzn. my, biegła z jednocyfrowymi, no ostatecznie 10, 11 i 12). Kiedy przebrani wychodzimy, aby zacząć „towarzyską rozgrzewkę” w oczach rywalek i rywali pojawia się lekki (jeszcze) niepokój.
Niektórzy maskują go ciemnymi okularami, inni odbiegają do lasu, by tam zaznać ostatnich chwil spokoju, inni zdają się rozumieć, że dalszy opór jest bezcelowy. Kiedy na kilka minut przed startem omawiamy i powtarzamy, znane już i tak na pamięć założenia taktyczne, niepokoju rywalek i rywali nic już nie może ukryć.
Wreszcie start. Pierwszych kilkadziesiąt metrów pokazuje, że jesteśmy mocni i wszystko idzie (może nawet czasem biegnie) zgodnie z planem. Rywalki i rywale już tego nie widzą, są daleko z przodu. Dariusz Szpakowski byłby zachwycony naszą: „żelazną realizacją założeń taktycznych”.
Pierwsze kilometry za nami. Zmęczenie narasta lawinowo (zwłaszcza wśród ultrasów), ale odnajdujemy w sobie wzajemnie wsparcie. Mistrzowski trening „biegu towarzyskiego” przynosi rezultaty, błyskawicznie zmieniamy ustawienia: 3-1-3, 1-2-2-2, 1-1-1-1-1-1-1, a na skrzydłach Witek i Kamila. Błyskawiczne zmiany ustawienia dezorientują kompletnie innych biegaczy, którzy mijają nas i nikną gdzieś z przodu. Co tracą? Spokojne nawadnianie na punktach, fotki, bezcenne chwile wytchnienia, poznawanie wolontariuszek i wolontariuszy. I warto tak się spieszyć?
Kiedy pokonaliśmy kryzysy i słabości, kiedy twarze pełne zmarszczek mimicznych zwróciliśmy w kierunku nieuchronnie zbliżającej się mety już wiedzieliśmy: tam brakuje tylko NAS. To na NAS wszyscy czekają. Nie muszę chyba pisać, co działo się z nami w tej magicznej chwili. Inny komentator sportowy, Tomasz Zimoch, gdyby miał szczęście widzieć tę scenę, jak zwykle wzruszony, krzyczałby do mikrofonu: „oni nie biegną, bo płyną po prostu, ich błękitne koszulki zlewają się z bezchmurnym niebem, które otwiera przed nimi ostatnie metry trasy tego morderczego biegu, dadzą radę i już nikt im nie zagrozi, bo wszyscy już skończyli i są na mecie, wy też już kończcie, kończcie ten bieg”.
Medali na mecie faktycznie nie było. Ważniejsze jednak, że od obserwującego nas kolegi biegacza, z innej części Polski, usłyszałem: „u nas takiej fajnej grupy nie ma”.

Rafał
29 lipca 2014 r.
Według rankingu sporządzonego przez amerykańskiego statystyka Johna Seto biegacz nasz Grupy - Szymon Obałka klasyfikowany jest aktualnie na 24 miejscu na listach światowych (7 wynik w Europie) w kategorii M60 w biegu na 300 m przez płotki.

Poniżej pełen ranking:

1 46.48 Tadeusz S. Wilson USA
Winston-Salem, NC, USA w dniu 17/07/2014 - 20/07/2014
2 46.52 David Ortman USA
Seattle, Waszyngton, USA w dniu 19/07/2014
3 46.65 George Haywood USA
Columbia, MD, USA w dniu 28/06/2014 - 29/06/2014
4 47.28 Rick Lapp USA
Lakewood, NJ, USA w dniu 14/06/2014
5 47.47 Horacy Hudson USA
Toronto, ON, CAN od 27.06.2014 - 29.06.2014
6 48.83 Dionizy Godos Pl
Radom, Pl dnia 05/07/2014 - 06/07/2014
7 48.86 David McConnell Aus
Hobart, AU-TA, Aus dnia 07/03/2014 - 10/03/2014
8 49.62 Bill Cheadle USA
Charlotte, NC, USA w dniu 12/04/2014
9 50.24 Graham Ford Aus
Bendigo, AU-VI, USA od 04.01.2014 - 12.01.2014
10 51.27 John Lamb Aus
Hobart, AU-TA, Aus dnia 07/03/2014 - 10/03/2014
11 51.58 Juliusz Kuschill Pl
Radom, Pl dnia 05/07/2014 - 06/07/2014
12 51.62 Rick Easley USA
Winston-Salem, NC, USA w dniu 17/07/2014 - 20/07/2014
13 52.42 Bill Poncjusz USA
Toronto, ON, CAN od 11.07.2014 - 13.07.2014
14 52.51 Tom Tinsman USA
Winston-Salem, NC, USA w dniu 17/07/2014 - 20/07/2014
15 53.29 Lamar Galloway Jr USA
Winston-Salem, NC, USA w dniu 17/07/2014 - 20/07/2014
16 53.40 Jan Suski Pl
Radom, Pl dnia 05/07/2014 - 06/07/2014
17 53.52 Ross Jones USA
Santa Ana, Kalifornia, USA w dniu 3.05.2014
18 54.05 Ernie Snodgrass USA
Winston-Salem, NC, USA w dniu 17/07/2014 - 20/07/2014
19 54.45 Aurelian Virgil Pacri Rum
Bucuresti, Rum od 14.06.2014 - 15.06.2014
20 57.32 Ken Kamień USA
Winston-Salem, NC, USA w dniu 17/07/2014 - 20/07/2014
21 57.70 Douglas Boehr USA
Lincoln, NE, USA w dniu 19/07/2014 - 20/07/2014
22 59.05 Janos Molnar Rum
Bucuresti, Rum od 14.06.2014 - 15.06.2014
23 1:01.34 Stefan Twarogowski Pl
Radom, Pl dnia 05/07/2014 - 06/07/2014
24 1:03.98 Szymon Obalka Pl
Radom, Pl dnia 05/07/2014 - 06/07/2014
25 1:06.14 Nikola Miletic Aus
Hobart, AU-TA, Aus dnia 07/03/2014 - 10/03/2014
26 1:07.14 José Ribeiro POR
Pombal, POR na 12.07.2014
27 1:10.51 Patrick Thomas Pittman USA
Pasadena, Kalifornia, USA w dniu 17/05/2014
28 1:25.90 David Friedman USA
Lakewood, NJ, USA w dniu 14/06/2014

» żródło   
28 lipca 2014 r.
Tempo startów w zawodach biegowych zwolniło nieco, mamy niemal sierpień. Czas może co nieco z pierwszej części sezonu podsumować:

Generalnie cieszy przede wszystkim zaangażowanie biegaczek i biegaczy zarówno w naszą stowarzyszeniową działalność, jak i, a właściwie - przede wszystkim - w treningi i pokonywanie kolejnych barier. Dla jednych przekroczeniem bariery było rozpoczęcia biegania, przyjście na trening, dla innych bicie rekordów życiowych, dla jeszcze innych – pierwsze podium czy to w kategorii wiekowej, czy to w klasyfikacji ogólnej. Są też wśród nas tacy, którzy pokonywali granice swych możliwości na dystansach 50 km czy 100 km. Należy wspomnieć również o tych, dla których bieganie to forma terapii w walce z uzależnieniami. Wszystko to cieszy i daje nadzieję na przyszłość.
Jednocześnie mamy za sobą bardzo udaną wiosnę i początek lata. Kilka słów podsumowań i nieco statystyk:

Starty zaczęliśmy już w styczniu (Bieg Chomiczówki) i do dziś 28 lipca było ich w sumie 146 indywidualnych i 1 bieg sztafetowy. Najczęściej startowali w zawodach: Mariusz Wieła (14 startów), Jędrzej Bartnicki (13 startów) oraz Tomek Jasiewicz (11 startów).

Sukcesem był każdy start każdego biegacza i biegaczki, każda meta na zawodach, niemniej należy wspomnieć o czołowych miejscach, jakie zajęły nasze biegaczki i nasi biegacze w pierwszej części sezonu biegowego. I tak:
- 3 miejsce w kategorii M20 Klaudii Jadczak w VIII Biegu Wdzięczności w Konstantynowie Łódzkim na dystansie 5 km
- 1 miejsce open Mariusza Wieły w półmaratonie w Santa Monica
- 2 miejsce open Tomka Jasiewicza w I Biegu Maleńskim na dystansie 10 km
- 4 miejsce open Tomka Jasiewicza w VI Supermaratonie w Ozorkowie na dystansie 50 km
- 3 miejsce open Wojtka Piekarczyka w I Biegach Strażackich w Zapuście Wielkiej na dystansie 6 km
- 5 miejsce open Tomka Jasiewicza w VI Biegu Rekreacyjnym w Bełchatowie na dystansie 10 km
- 10 miejsce w debiucie sztafety GB Sieradz biega w 4 Sztafetowym Maratonie Szakala w Łodzi
- 2 miejsce w kategorii M60 Wojtka Piekarczyka IX Ogólnopolskim Biegu Ulicznym Dobrodzieńska Dycha

Te wyniki świadczą o postępie, jaki czynią biegacze naszej Grupy i pokazują, że warto ciężko pracować. Równie ważne, jak nie ważniejsze są sukcesy związane z biciem własnych rekordów życiowych. I tak (podsumowując) na dystansie 5 km rekordy bito 2 razy, na dystansie 10 km – 15 razy, w półmaratonie – 5 razy, w maratonie – 4 razy i na dystansie 50 km – 1 raz.

Część z nas po raz pierwszy pokonała dystanse od 5 do 100 km. I tak, po raz pierwszy przebiegli na zawodach:
- dystans 5 km - Jędrzej Bartnicki (VIII Bieg Wdzięczności, Konstantynów), Klaudia Jadczak (VIII Bieg Wdzięczności, Konstantynów), Krzysztof Olejniczak (Bieg charytatywny "Rak. To się leczy), Monika Radziszewska (Bieg charytatywny "Rak. To się leczy)
- dystans 10 km - Monika Radziszewska (IV Maraton Dbam o Zdrowie)
- półmaraton - Jędrzej Bartnicki (II Nocny Wrocław Półmaraton), Tomek Kłos (VII Półmaraton Ślężański), Sebastian Kłys (V Pabianicki Półmaraton ZHP ), Magdalena Kuras-Smolnik (IX Półmaraton Warszawski), Marcin Walczuk (IV Pabianicki Półmaraton ZHP )
- maraton - Magdalena Kuras-Smolnik (IV Maraton Dbam o Zdrowie) i Marcin Walczuk (IV Maraton Dbam o Zdrowie)
- dystans 100 km – Mariusz Wieła (Ultra Maraton DRTE)

Nasz skład osobowy wynosi aktualnie 28 biegaczy (24 mężczyzn i 4 kobiety). Od stycznia do naszego Stowarzyszenia przystąpiło 5 nowych członków.

Należy też wspomnieć o treningach otwartych, które prowadzimy od wiosny co sobotę w parku koło stadionu MOSiR. Ich organizacja okazała się trafionym pomysłem – na każdy przychodzi od kilku do kilkunastu osób. To okazja dla wielu osób do tego, by odważyć się biegać. Wiadomo, że jak się raz zacznie – ciężko się od tego uwolnić :)

Mamy więc 28 lipca, przedsionek sierpnia. Większość z nas jest w trakcie przygotowań do startów jesiennych i pracuje w pocie czoła. Nie sprzyja temu panująca od dłuższego czasu aura – upał to nie jest to, co biegacze kochają najbardziej. Czas więc na ciężką pracę, górskie treningi, interwały, podbiegi itd. Wszystko podparte odpowiednią dietą, zdrowym trybem życia i samodyscypliną. To moment, kiedy po treningach ma się biegania dość niemniej niż po maratonie :)
Kończąc, życzę wszystkim udanej biegowej jesieni, udanych debiutów i bicia rekordów, a przede wszystkim – przyjemności z biegania!

Artur Ciepłucha
Prezes GB „Sieradz biega”

23 lipca 2014 r.
Marka ALE - Active Life Energypowstała z myślą zarówno o amatorach, jak i profesjonalnych sportowcach. Jej celem jest dostarczenie najwyższej jakości suplementów, które wspomogą i uzupełnią dietę osób aktywnych fizycznie, przechodzących rekonwalescencję lub pragnących uzupełnić niedobory witamin i minerałów w organizmie.
» strona www   
22 lipca 2014 r.
Po raz pierwszy dowiedziałem się o tym biegu ponad rok temu i praktycznie stał się on dla mnie priorytetem. Miał to być mój pierwszy start na dystansie 100 km, ale nie wytrzymałem i niecałe 2 miesiące wcześniej ukończyłem pierwszą setkę. Nie znaczyło to, że straciłem z oczu bieg, który był czymś więcej niż tylko 100 km wyścigiem. Oprócz biegania interesuje się bardzo pewnymi rozdziałami historii, tak więc połączenie to było dla mnie podwójną radością ze startu. - ze względu na trasę biegu, która liczy sobie na odcinkach prawie 5000 lat.
Start odbył się w miejscowości Chinnor, a z kolei meta usytułowana była w Avebury, a ostatnie kilometry przebiegały przez jedne z najstarszych monolitów kamiennych. Przez całe 100 km można poczuć cześć niesamowitej tajemniczej historii, odcinki dróg wapiennych, po drodze Biały Koń z Uffington. Krótki odcinek trasy prowadził przez cmentarzysko celtyckie, usytułowane przy starym kościele. Wcześniej zapoznałem się z tym, co mnie czeka po drodze i aby pobudzić jeszcze bardziej wyobraźnie przygotowałem sobie ponad 7 godzin celtyckiej muzyki do słuchania na drogę. Trasa trasą, ale to jest ultramaraton - wyzwanie przez najbliższe kilka godzin. Cześć zawodników pokonywała trasę 100 km w jeden dzień, inni dzielili na 2 dni - po 50 km na każdy. Była też spora liczba osób z kijkami. Razem na starcie ponad 1500 zawodników.
Start zaplanowany na godz. 8.10, wcześniej odebrałem numer i chip startowy. Jak na taką liczbę zawodników. wszystko bardzo ładnie i sprawie. Nie oddawałem żadnej żywności na punkty kontrolne, zdałem się na to, co będzie na trasie, zabrałem może z 3 żele i 2 batony, plus wodę oraz niezbędne tabletki przeciwbólowe. Parę dni przed startem rozmawiałem z osobą, która rok wcześniej skończyła ten bieg i zostałem zapewniony, że na trasie jest wszystko, tak wiec do dzieła..
Na zegarku wybiła 8.10, wszyscy zawodnicy ruszyli. Warunki pogodowe angielskie - dzień wcześniej bardzo gorąco, całą noc burze i rano oczywiście zaczęło padać. I tak przez 2 godziny po starcie przemierzaliśmy szlak w deszczu i błocie. Początek szybki, troszkę mnie to zaskoczyło, jednak 100 km to nie maraton. Utrzymywałem tempo około 6 minut na km i tak dobiegłem na pierwszy punkt kontrolny, który mnie lekko rozczarował - oprócz wody nie było nic. Bałem się wyobrazić kolejne, przegryzłem swoim batonikiem i ruszyłem w drogę, kolejny punkt za około 11 km.
Po trasie widać, jak zawodnicy ślizgają się po błocie - źle dobrane obuwie, kilka osób zaliczyło groźne upadki. Podziwiam osoby, które zdecydowały się na bieg w japonkach minimalistycznych albo fivefingers - było kilku takich. Trasa z błota i kamienia, no nie wiem - jakoś nie przemawiało to do mnie, sam założyłem obuwie do biegania w terenie, które nabrało w bieżnik tyle błota, zamiękło, że był z 10 razy cięższe - ogólnie delikatny dyskomfort. Na szczęście deszcz ustał, trasa wiodła przez pastwiska owiec, kierowała się do pięknego lasu.
Sumując, było troszkę podbiegów, ale aby nie tracić siły - podchodziłem. W taki sposób przyszedł 20 km, wyszło słońce, kolejny punkt kontrolny, na którym było już wszystko, co potrzebowałem (dużo kanapek). Zjadłem drugie śniadanie, uzupełniłem wodę, trochę czekolady i Wyruszyłem w drogę. I tak czas leciał, kilometry z nim, tempo ani nie rosło, ani nie spadało. Trasa wychodziła na plac starego kościoła, na którym było cmentarzysko - niesamowity widok, krótki odcinek wzdłuż rzeki i tak kolejny punkt kontrolny. Co się dało - przekąsiłem.
Niestety od 33 - do 39 km miałem już dość biegania, naprawdę to było straszne. Trasa ciężka, same wzgórza i pastwiska z krowami, do tego pogoda, przelotne deszcze. Wziąłem ze sobą kurtkę przeciwdeszczową, tak wiec co jakiś czas jej używałem. Zaczęło się poprawiać po 40 km i tak przez kolejne 8 km do najważniejszego punktu w połowie trasy. Biegło mi się rewelacyjnie, słońce wyszło za chmur, a nawet bardzo przygrzewało, co mi nie przeszkadzało, tylko dodało energii. Buty i ubrania obeschły, dotarłem na 48 km, pomiar czasu, bardzo duży punkt kontrolny, na którym mogłem zjeść spokojnie obiad. Wielką porcje makaronu przepiłem colą. Złapałem oddech odpocząłem. Średnio na poprzednich punktach spędzałem około 15 minut. Byłem zadowolony, miałem dużo siły chciałem skończyć przed zachodem słońca.
Wyruszyłem więc dalej. Po drodze piękne wzgórza, doliny, biegło się bardzo przyjemnie, na całej trasie rozciągnięci biegacze w odstępie kilku metrów. Jednak na niebie pojawiła się bardzo martwiąca mnie wielka czarna chmura i zbliżała się w stronę trasy, słychać było nadciągającą burze. Dość szybko zaczęło znów padać. Założyłem kurtkę przeciwdeszczową, bo widzę, co się szykuje. Nie myliłem się - zaczęło się oberwanie chmury. Była tak wielka ulewa, że drogą płynął nurt deszczówki. Już mi było wszystko jedno - powtarzałem sobie: lubię deszcz. Burza i pioruny - można poczuć, że to prawdziwe ultra z spartańskimi warunkami pogodowymi. Lecz na tym ssie nie skończyło - doszedł wiatr i gradobicie, kule lodu średnicy 3 cm uderzały z taką siłą, że nie dało się biec, skryliśmy się z kilkoma zawodnikami na dobre kilka minut pod drzewami, aby jak najmniej odczuć skutki gradu.
Tutaj nic innego nie przyszło mi do głowy, jak kawałek w ostatnio przeczytanej książce "Sekret nie tkwi w nogach. lecz w tym, by zmusić się do wyjścia z domu i biegania, kiedy pada deszcz, śnieg i wieje wiatr; kiedy błyskawice rozświetlają mijane drzewa; kiedy śnieżki albo lodowe kamienie trafiają w twoje nogi i bezbronne ciało, powodując że płaczesz".
Tak to było - to 20-minutowe gradobicie zamiast zniechęcić dodało mi czegoś, czego jeszcze na trasie do biegania nie przeżyłem - strach przed piorunami, kiedy jesteś schowany pod drzewem, endorfiny w głowie, motywacja, aby iść do przodu. I tak postanowiliśmy wyruszyć z kilkoma zawodnikami, kiedy tylko grad ustał. Biegliśmy równym tempem, woda nie przeszkadzała. Kolejny punkt kontrolny - tutaj postawiłem na mocną kawę, byłem już zmęczony, zjadłem kilka batoników z punktu, ale wciąż chciałem dalej biec, aby zakończyć przed zachodem słońca, Niestety zaczęło się wycieńczenie. Od 70 km ciężko szło, trasa sprawiała coraz więcej przeszkód. Zmęczone i obolałe stopy, które oberwały na kamienistych odcinkach. Do 81 km dotarłem już naprawdę wykończony. Dziwne, wszystko tak szybko zmienia się na trasie, że chyba ciało miało już dość.
Na przedostatnim punkcie kontrolnym 89 km robił się już zmrok. Wiedziałem że nie dobiegnę, nie było siły, postanowiłem już nie ryzykować. Bardzo łatwo ze zmęczenia postawić na śliskiej trasie stopę tak, aby narazić się na kontuzję, która mogła by mi nie pozwolić na zakończenie wyścigu. Maszerowałem, zrobiło się ciemno, dołączyłem do innego zawodnika i w wspólnie szliśmy z latarkami czołowymi. To były najdłuższe kilometry, jakie chyba miałem w życiu, było strasznie ciemno, a moje oczy musiały cały czas patrzeć przed nogi. Głębokie koleiny sprawiały, że trzeba było się tylko i wyłącznie skoncentrować na jak bezpieczniejszym położeniu stopy.
Czas się ciągnął okrutnie, kilku zawodników o większej sile wyprzedzało nas, ostatni 2 km to droga wśród gigantycznych kamieni, które jednak mają w sobie coś. Niestety, zobaczyłem je przy świetle latarki. Przed metą nie wypadało iść, tak wiec wbiegłem o ostatnich siłach z czasem 15:47:24, powitali mnie rodzina i znajomi, dziękuję im za wsparcie na mecie. Oto w taki sposób zakończyłem swoją drugą setkę. Teraz po głowie chodzi setka, ale ta mierzona w milach :)

Pozdrawiam
Mariusz
20 lipca 2014 r.
Udział w półmaratonie II Wielka Pętla Izerska wydawał mi się prostym połączeniem dwóch pasji: biegowej i górskiej. Dodatkowo doskonałym rozpoczęciem kilkudniowego pobytu w Szklarskiej Porębie (nominalnie urlopowego, faktycznie treningowego).
Podobnie jak w przypadku biegu po plaży mogłem sobie tylko wyobrażać jak się biegnie górski półmaraton. Wiedziałem że będzie...ciężko (tym razem nie mogłem jednak zapytać Prezesa). I tak było od 1 kilometra. Mocny podbieg zaraz po starcie, dalej 3 kilometry w górę, najpierw drogą asfaltową, później kostką i kamienistym szlakiem, który skręcił do lasu. Później dla odmiany w górę. Teraz przede mną proste wyzwania: zacząć jakoś w końcu oddychać, próbować nadać biegowi rytm i logicznie sobie uzasadnić sens wbiegania paru kilometrów, skoro zaraz trzeba je zbiegać, i tak w kółko.
Mijam nieczynny zakład obróbki kamienia, a ponieważ wybiegam z lasu i jestem coraz wyżej, więc widoki zaczynają powoli wynagradzać włożony wysiłek. Z profilu trasy wynikało, że najwyższy punkt będzie około 14. kilometra. Trzymam się tej myśli pokonując kolejne odcinki (kto jak kto, ale organizatorzy nie mogli się chyba pomylić). Wreszcie widać nieczynną kopalnię kwarcu, punkt odżywczy i niebo – 14 kilometr.
I właściwie można rozpocząć zbieganie. Teraz z dużą uwagą, bo tempo rośnie (no wreszcie), ale kamienisty szlak prowadzący w dół do mety, grozi upadkiem. Nie upadłem i w stanie dosyć stabilnym, pokonując ostatnie metry półmaratonu tartanową bieżnią miejskiego stadionu, znalazłem się na mecie.
Kiedy minęło pierwsze zmęczenie pomyślałem, że było warto wystartować „w takich okolicznościach przyrody”, ale warto było również pobiec dla Zoi – rocznej dziewczynki z genetyczną chorobą (zespołem Aperta). Fundacja PKO BP zobowiązała się do przekazania 20000 złotych na jej operację, jeśli pobiegnie dla niej przynajmniej 40 biegaczy.
Rafał

20 lipca 2014 r.
19 lipca 2014 r. Za oknem lejący się z nieba żar. Normalni ludzie przewracają się z jednego boku na drugi, a My? Jak to My, wybieramy się większą ekipą, a mianowicie 13 osób. Na tak licznym wyjeździe to jeszcze nie byłem. Jedziemy około 100 km do miejscowości Dobrodzień. Z tego co wiem, to parę osób od nas jeździ tam co roku od ładnych kilku lat. Moje nastawienie jak zwykle, nie do końca dobre, tym bardziej, że bieg zapowiadany był na godzinę 11, czyli najprawdopodobniej w największy upał. Zajeżdżamy do Dobrodzienia na jakąś godzinkę przed startem. Idziemy grupą, już godnie reprezentując Sieradzbiega.pl na koszulkach, odebrać pakiety startowe. Całość przebiega bardzo sprawnie, więc wracamy do samochodów, by się przebrać. Bo kto by w taką pogodę szukał szatni…
Rozgrzewki nie zrobiłem dosłownie żadnej. Nie miałem siły się ruszyć, a co dopiero biec 10km. Postałem więc z Sebastianem i Jackiem, umilając sobie ten czas rozmową. No ale dobra, wybija godzina jedenasta i trzeba lecieć. Wszyscy od samego początku mnie ostro odstawili. Myślę sobie „Cholera, żeby tu tylko 50 minut złamać, a oni już tyle przede mną.” Pierwszy raz postanowiłem pobiec bez patrzenia na wszelakie czasy, tylko wypróbować bieg równo tempowy na intuicję. Z każdym kilometrem niezła walka w głowie ze słabościami. Po około 2 km na trasie postawiona została kurtyna wodna (świetny pomysł). Ogólnie było ich trzy, z czego pierwszą ominąłem, a kolejne brałem po zewnętrznej stronie (nie przepadam za płytkim oddechem..). Cienia na trasie tyle co kot napłakał, no cóż poradzić. Sorry, taki mamy klimat…
Od 6km zacząłem się niejako rozkręcać. Do tej pory byłem wyprzedzany, lecz od tego momentu to ja zacząłem wyprzedzać innych. Jakoś tak mam, że zaczynam nabierać sił, kiedy inni je tracą. Tempo cały czas równe w granicach 4:40 – 4:50. Potem jeszcze jeden zakręt no i jest – ostatnia prosta! Dałem z siebie dosłownie wszystko, wyprzedzając na ostatnim odcinku chyba z 5 poddających się już osób, a jak walczyć to do końca! Dzięki Bogu, że na mecie dawali 1,5l wodę, uff..
Zaraz wyłapuję resztę ekipy, nawet nie mam siły gadać. Malutkie łyczki wody, spacer i już jest lepiej. Kończę zawody w Dobrodzieniu w upale 30 stopni Celsjusza z czasem 48:48, czyli tylko 21 sekund gorzej od życiówki. Jeszcze tylko wspólne zdjęcie, przebieramy się i coś zjeść. Wojtek zajął 2. miejsce w swojej kategorii wiekowej, wielkie gratulacje! Jakby tego było mało został szczęśliwym posiadaczem Garmina! Taki to pożyje.. Nie ma co zazdrościć, może też się kiedyś dorobię albo też dopisze mi szczęście.
Do zobaczenia na pewno za rok!
Jędrzej
15 lipca 2014 r.
Trochę o samych produktach spożywczych, które warto spożywać oraz teorii.


Mięso
Czerwone mięso ma fatalną reputację ze względu na dużą zawartość niezdrowych, nasyconych kwasów tłuszczowych. Ale badania dowodzą, że mięso zwierząt karmionych naturalną karmą (trawą, sianem itd.) jest chudsze i ma 3-4 razy więcej zdrowych kwasów omega-3 niż mięso zwierząt karmionych paszami. Mięso zwierzyny łownej, np. jeleni, też bywa zazwyczaj chudsze niż wołowina.

Najlepszy wybór: Dowolna polędwica, befsztyki z mięsa zwierząt z ekologicznych hodowli.
Jedz oszczędnie: Kiełbasy, bekon, rozbratel są bogate w nasycone kwasy tłuszczowe.


Drób
"Kurczak i indyk to doskonałe źródła białka dla biegaczy". To chude mięso, ale nie wierz w zapewnienia, iż wyrabiane z niego mielone, pasztety albo kiełbasy są równie dobre tylko dlatego, że są drobiowe. Do ich wyrobu używa się bowiem także skóry, która jest tłustsza.

Najlepszy wybór: Białe mięso bez skóry z drobiu z ekogospodarstw. Zdaniem badaczy, mięso tak chowanych kur i indyków jest bogatsze w witaminę A.
Jedz oszczędnie: Smażone skrzydełka z kurczaka i kurczaki w całości. Jest na nich skóra, a więc także niezdrowy tłuszcz.


Ryby
Dostarczają człowiekowi kompletny zestaw zdrowych kwasów omega-3, których nie znajdziesz w roślinnych produktach, takich jak np. siemię lniane. Dlatego dietetycy radzą jedzenie ryb 2 razy w tygodniu.

Najlepszy wybór: Dziki łosoś, dorsz, halibut oraz puszkowany tuńczyk.
Jedz oszczędnie: Tuńczyk (w całości sprzedawane są ryby starsze, w których kumulacja szkodliwych substancji, jak np. rtęć, jest wyższa), szczupak, bass morski, makrela królewska, rekin, miecznik - ich mięso może mieć podwyższony poziom toksyn.


Sery
Są napakowane wapniem. Ale sery, które mają wyraźny smak i zapach, jedz w niewielkich ilościach, ponieważ są bardziej kaloryczne. Czytaj etykiety, aby porównać ilość tłuszczu i kalorii w różnych gatunkach serów.

Najlepszy wybór: Feta, parmezan, mozzarella light, odtłuszczone sery żółte.
Jedz oszczędnie: Serki topione, które często są produkowane z dodatkiem oleju.


Oleje i inne tłuszcze
Tłuszcze dodają potrawom smaku, witamin i antyoksydantów. Ale wskazane jest oszczędne ich stosowanie. Postaraj się ograniczyć do minimum spożycie tłuszczów, które w temperaturze pokojowej są twarde. Wyobraź sobie, że tak twardo będą później blokowały Twoje naczynia krwionośne.

Najlepszy wybór: Oliwa z oliwek, olej canola i bogaty w kwasy omega-3 olej lniany to źródła zdrowych tłuszczów.
Jedz oszczędnie: Margarynę i tłuszcze do smarowania pieczywa, bo mogą zawierać rakotwórcze tłuszcze trans.

Organizm ludzki działa jak silnik samochodu - wraz ze wzrostem intensywności i długości jazdy potrzebuje on więcej paliwa. Gdy paliwo zostanie niedostarczone, samochód nie przejedzie więcej kilometrów. Tak samo w przypadku organizmu - wraz ze wzrostem intensywności i długości treningów potrzebujemy odpowiedniej ilości energii z pokarmów. Niedostarczenie jej spowoduje, że wyniki nie będą na poziomie, jakiego oczekujemy.


Węglowodany
Węglowodany dzielimy na proste (glukoza, fruktoza), dwucukry (sacharoza, laktoza) oraz wielocukry (skrobia, glikogen). Podstawową funkcją węglowodanów jest dostarczenie energii do mięśni i umożliwienie uwalniania energii z tłuszczów. Zapasy węglowodanów są ograniczone. Ich zapasową formą jest glikogen, który zawarty jest w mięśniach i wątrobie. Wyczerpanie się zapasów glikogenu podczas treningu prowadzi do szybkiego wzrostu zmęczenia, a następnie pobieraniu energii z tłuszczu, co jest mniej efektywne i prowadzi do rozpadu aminokwasów w mięśniach. Wartość energetyczna 1g węglowodanów wynosi około 4,1 kcal. Zaleca się by węglowodany stanowiły około 60% dziennego zapotrzebowania energetycznego, przy czym należy pamiętać, by uwzględnić długość treningu, wiek, wagę, wzrost oraz intensywność wysiłku. Innym przelicznikiem jest spożycie określonej ilości węglowodanów na kg masy ciała. Wynosi on w zależności od intensywności wysiłku fizycznego - 4 do nawet 8g/kg masy ciała.

Funkcje węglowodanów w przypadku wysiłku fizycznego:
- dostarczenie energii, zwłaszcza podczas aerobowych wysiłków długotrwałych o intensywności powyżej 65% VO2max (dostarczają energię 3 do 5 razy szybciej niż tłuszcze, w zależności od intensywności).
- dostarczają energię do biosyntezy białek oraz potęgują jej przebieg na drodze hormonalnej.
- pełnią funkcję budulcową.
- pełnią funkcję hormonalną
O szybkości przyswajania węglowodanów decyduje indeks glikemiczny, który informuje nas o szybkości zmian poziomu glukozy we krwi pod wpływem spożytych węglowodanów. Na jego wartość wpływa długość łańcucha węglowodanów. Sportowcom dyscyplin wytrzymałościowych zaleca się, aby 2/3 węglo­wodanów zawartych w ich menu miało umiarkowany lub wysoki indeks glike­miczny, dzięki czemu szybciej uzupełniają swoje zapasy węglowodanowe po treningu czy zawodach.
Produkty o umiarkowanym (poniżej 55) oraz średnim (od 56 do 69) indeksie glikemicznym

Orzechy smażone, prażone, solone - 14 IG (indeks glikemiczny)
Jogurt niesłodzony odtłuszczony (0%)- 14 IG
Soja suszona- 15 IG
Cebula - 15 IG
Czosnek - 15
Pomidory - 15
Soja z puszki - 18
Wiśnie - 22
Czekolada gorzka - 22
Orzechy świeże - 22
Grejpfrut - 25
Soczewica - 26
Pełnotłuste mleko - 27
Jabłka suszone - 29
Fasola czarna - 30
Marchew świeża - 30
Śliwki - 30
Suszone morele - 31
Fasola biała - 31
Odtłuszczone mleko - 32
Jogurt owocowy - 36
Jogurt naturalny, słodzony - 36
Makaron pełnoziarnisty - 37
Jabłka - 38
Gruszki - 38
Sok pomidorowy niesłodzony - 38
Sok jabłkowy bez dodatku cukru - 40
Truskawki - 40
Chleb pumpernikiel - 40
Otręby - 42
Brzoskwinie - 42
Baton Twix - 44
Pomarańcze - 45
Winogrona - 46
Sok pomarańczowy - 46
Groszek zielony - 48
Gotowana marchew - 49
Czekolada - 49
Kiwi - 52
Czipsy - 54
Kasza gryczana gotowana - 54
Banany - 55
Kukurydza - 55
Chleb żytni pełnoziarnisty - 55
Ryż brązowy (naturalny) - 55
Muesli płatki - 56
Ziemniaki gotowane - 56
Ryż długoziarnisty gotowany - 56
Rodzynki - 56
Chleb pita - 57
Ziemniaki młode - 57
Ryż basmati - 58
Miód pszczeli - 58
Chleb pełnoziarnisty żytni - 58
Ciastka cukiernicze pełnoziarniste - 59
Ciasto francuskie - 59
Ananas - 59
Pizza z keczupem - 60
Lody - 61
Pomidory młode - 62
Coca cola - 63
Morele w syropie w puszce - 64
Kasza kuskus - 65
Makaron - 65
Melon - 65
Chleb żytni - 65
Baton Mars - 65
Ananas świeży - 66
Croissant - 67
Mąka pszenna - 67
Cukier rafinowany - 68
Fanta - 68
Kukurydza, ziarno - 69

Jako urozmaicenie i dodatek do naszej diety możemy zastosować suplementy. Suplementacja węglowodanami może poprawić wytrzymałość tlenową przy wysiłkach długotrwałych. Suplementacja powinna być stosowana tylko jako dodatek do diety.
Istnieją różne przesłanki odnośnie spożycia węglowodanów przed startem. Ogólnie zaleca się spożycie 4g/kg masy ciała węglowodanów około 4 godziny przed wysiłkiem i około 1g/kg godzinę przed wysiłkiem. Jednak uważa się, że w wysiłkach o długości krótszej niż 60 min nie powinno podawać się węglowodanów.

Produkty żywnościowe o wysokim indeksie glikemicznym (powyżej 70)
Ziemniaki puree - 70
Chrupki pszenne - 70
Mąka kukurydziana - 70
Ryż biały gotowany - 70
Fasola szparagowa - 71
Arbuz - 72
Obwarzanek - 72
Płatki otrębowe - 74
Frytki - 75
Wafle ryżowe - 82
Płatki kukurydziane - 84
Bagietka - 95
Chleb biały - 95
Ryż biały gotowany - 98
Glukoza - 100
Daktyle suszone - 103
Maltoza - 110


Tłuszcze
Tłuszcze, nazywane inaczej lipidami, są związkami organicznymi o różnej budowie i nie rozpuszczają się w wodzie. Tłuszcze możemy podzielić na: nasycone (uważane są za szkodliwe dla naszego zdrowia, podnoszą one poziom złego cholesterolu w organizmie, a ich spalanie powoduje powstanie dużej ilości wolnych rodników) oraz nienasycone, które są bardziej wartościowe dla naszego organizmu. Dietetycy mówią o ograniczeniu ilości ich spożywania, nie należy jednak wyłączać je z diety całkowicie. Lipidy w organizmie człowieka pełnią funkcję budulcową, energetyczną oraz są rozpuszczalnikiem dla związków, które są nierozpuszczalne w wodzie np. niektóre witaminy. Lipidy stanowią około 10-15 % masy ciała u mężczyzn oraz 15-25% masy ciała u kobiet. Spadek ich zawartości poniżej podanych granic może być przyczyną różnych zaburzeń procesów zachodzących w organizmie, a ponadto odwołując się do badań amerykańskich naukowców, może być przyczyną osteoporozy na następne lata naszego życia. Uważa się, że dzienne zapotrzebowanie energetyczne pokryte z tłuszczów nie powinno przekraczać 30%. Dzisiejsze zalecenia dietetyków mówią o ograniczeniu spożycia tłuszczów przez sportowców.
Mięśnie ludzkie magazynują około 400 gram tłuszczów, które wykorzystywane są tylko w warunkach tlenowych. Lipidy są dla nas przydatne szczególnie podczas długotrwałych wysiłków, kiedy są dominującym paliwem dla naszego organizmu. W przemianach energetycznych występują jako wolne kwasy tłuszczowe i ich spalanie odbywa się w ogniu węglowodanów, co oznacza, że do ich spalania potrzebna jest obecność węglowodanów. W przypadku, gdy zasoby węglowodanów zostaną zużyte, to niemożliwe będzie spalanie wolnych kwasów tłuszczowych. Ponadto:
- 1g tłuszczów dostarcza dwa razy więcej energii niż 1 gram węglowodanów
- są źródłem witamin rozpuszczalnych w tłuszczach (A,D,E,K)
- pełnią rolę budulcową dla błon komórkowych

Procent zawartości tłuszczu w wybranych produktach żywieniowych:
Olej słonecznikowy - 100 %
Smalec wieprzowy - 99,7
Słonina - 88,8
Masło - 83,5
Majonez - 82,3
Margaryna- 78,4
Boczek - 65,0
Salami - 49,7
Wieprzowina tłusta - 42,0
Wątrobianka - 41,0
Czekolada mleczna - 32,8
Szynka wieprzowa (surowa) - 32,3
Żółtko jaja kurzego - 31,9
Gęś - 31,0
Ser ementaler - 30,0
Ser topiony (tylżycki) - 27,6
Węgorz wędzony - 26,4
Ser edamski - 23,6
Wołowina - 23,5
Śledź - 22,6


Białka
Białka są najważniejszym składnikiem budulcowym organizmu, a ich zawartość w organizmie dorosłego człowieka wynosi ok. 15-20%. Białka są także źródłem energii. Proteiny (inna nazwa białek) dzielimy ze względu na pochodzenie na zwierzęce i roślinne, i są one zbudowane z przeważnie 22 aminokwasów. Organizm ludzki może zsyntetyzować 11 aminokwasów tzw. aminokwasów endogennych. Pozostałe aminokwasy muszą być dostarczone z pożywieniem.
Na podstawie badań przyjmuje się, że dzienne spożycie białka przez sportowców powinno wynosić:
1 ,2-1,4 g/kg masy ciała- dla dyscyplin wytrzymałościowych ­
1,2-1,7 g/kg masy ciała- dla dyscyplin szybkościowo-siłowych
Udział energii z białek powinien wynosić 12-15% całkowitego zapotrzebowania.
Podaż:
Znane są różne metody podaży białek, jednak przedstawiam jedne z wielu i najbardziej sprawdzone:
- w przypadku suplementacji białkami uważa się, że najlepsze jest łączenie białka z węglowodanami (stosunek 1:4). Spożycie takiej mieszanki po treningu i w 2 godziny po jego zakończeniu, może zwiększyć wydzielanie insuliny i hormonu wzrostu.
- Gdy naszym celem jest przyrost masy i siły mięśniowej, musimy uzyskać dodatni bilans azotowy, jednak spożycie białka w ilości większej niż 2,5g/kg masy ciała nie poprawia bilansu azotowego.
- Ważne są proporcje między białkami roślinnymi i zwierzęcymi. Dla sportowców wystarczy ok. 50% udziału białek zwierzęcych

Źródło:
Dietetyka- Żywienie zdrowego i chorego człowieka- H. Ciborowska, A. Rudnicka
Runner’s World Praktyczny Poradnik Dla Biegaczy
Bieganie.pl

Jędrzej Bartnicki
http://jedzzdrowotrenujostro.tumblr.com/
15 lipca 2014 r.
Bieg odbędzie się 12 października 2014 r.
14 lipca 2014 r.
Jako Stowarzyszenie podjęliśmy współpracę z Fundacją "Dbam o Zdrowie", która wspiera Domy Samotnych Matek w całej Polsce. Jednym z nich jest Dom Samotnych Matek z Dziećmi w Turowie. Za pośrednictwem Fundacji "Dbam o Zdrowie" postanowiliśmy pomóc właśnie tej organizacji.
Dom w Turowie jest najbliżej Sieradza, stąd nasz wybór.

Bieg na 10 km w Dobrodzieniu (IX Dobrodzieńska Dycha), który odbędzie się już za kilka dni - 19 lipca, a w którym licznie wystartujemy, dedykujemy matkom i dzieciom w Turowie, a bieg będzie kontynuacją prowadzonej akcji charytatywnej, którą zakończymy 27 lipca.

Prosimy o wsparcie tej inicjatywy. Każda, nawet niewielka pomoc będzie mile widziana.

Wpłat można dokonywać:
1) poprzez stronę: http://www.siepomaga.pl/r/sieradzbiega

2) przekazem:
tytuł: Darowizna dla DSM w Turowie
Fundacja "Dbam o Zdrowie"

ul.Kupiecka 11, 03-046 Warszawa
91 1050 0086 1000 0023 2186 3413
prowadzony przez ING Bank Śląski S.A.
http://www.samotne-matki.pl/
9 lipca 2014 r.
Witamy w naszej Grupie kolejną biegaczkę.
Żaneta to była mistrzyni województwa oraz wicemistrzyni Polski na 800 m. Już w niedzielę zadebiutuje w naszej grupie startując w IV Sztafetowym Maratonie Szakala w Łodzi.
8 lipca 2014 r.
Znajomi, którzy wiedzieli, że wyjeżdżam do Jarosławca na bieg po plaży z reguły zadawali pytanie: „a jak się biega po piasku?”. Nigdy nie biegałem, ale jako doświadczony zawodnik robiłem minę wskazującą na głęboki namysł, lekkie ściągnięcie brwi i po małej przerwie odpowiadałem:”….ciężko”. Intuicja. Ale bez zbytniego wybiegania w przyszłość.
W tygodniu poprzedzającym zawody okazało się, że większość z biegaczy naszego stowarzyszenia deklarujących, od kilku miesięcy, chęć uczestnictwa w tym integracyjno-sportowym zdarzeniu, w piątkowe popołudnie stawi się w umówionym miejscu i busem należącym do firmy nas wspierającej -„Włochacz” – pojedzie do Jarosławca.
Od czwartku na miejscu był już Tomek Kłos i Prezes Artur, więc wiedzieliśmy, że wybrane i zarezerwowane domki są lokalizacyjnie i standardowo bez zastrzeżeń.
A w sobotę:….relaks, plaża, rozmowy o bieganiu ( i nie tylko), trening na trasie biegu, ryby smażone, ryby z pieca, piwo (przecież byliśmy nad Bałtykiem), biuro zawodów, numery startowe, nasze domowe pasta party (starałem się być Okrasą, Paskalem, Amaro
i Makłowiczem w jednej osobie – jeśli się nie udało wybaczcie).
Odpowiedz na pytanie: „a jak się biega po piasku?” znał tylko Prezes Artur (no bo Prezes), no bo biegał już rok temu w Jarosławcu. I odpowiadał:”…..ciężko”.
A w niedzielę:….start o godzinie 12, wszyscy biegacze wiedzą, że latem to najlepsza godzina do startu, bo temperatura (jak w tym przypadku) około 30 stopni i słońce wysoko.
Tomek Jasiewicz, Mariusz Wieła i Prezes Artur od początku ruszyli mocno, ja z Tomkiem Kłosem, powtarzając: „nie podpalajmy się, plaża przed nami”, pierwsze trzy asfaltowe kilometry pobiegliśmy po 4:35. Lekko za nami Piotrek Włochacz. Po nich skręt w prawo
i wbieg na plażę. No i nogi wreszcie grzęzną w piachu, wszyscy ustawiają się „gęsiego”, można wyprzedzać, tylko wtedy drogi biegaczu rezygnujesz z lekko wydeptanego szlaku
i decydujesz się na przecieranie plażowych ścieżek. Rzut oka na Garmina…. nie napiszę
o tym co zobaczyłem.
Forrest Gump w Wietnamie poznawał wszystkie rodzaje deszczu, a my w Jarosławcu poznaliśmy wszystkie rodzaje piasku: piasek sypki szybko usuwający się spod butów, piasek wsypujący się do butów, piasek wpadający z góry, piasek sypany przez dzieci na biegaczy, piasek nasiąkający wodą morską (kiedy wreszcie po nawrocie biegliśmy brzegiem), piasek twardniejący w butach…i to chyba tyle.
Tak na marginesie – większość kibiców na plaży to kobiety.
Na 10 kilometrze organizatorzy zdecydowali się ograniczyć doznania i przez las wbiegliśmy na pas startowy dawnego lotniska wojskowego. Po plaży nieosłonięty, rozgrzany południowym słońcem beton działał naprawdę kojąco (smażąco). Biegłem razem z Tomkiem Kłosem i powoli obaj zaczynaliśmy odzyskiwać dynamikę. Jeszcze tylko końcowy podbieg, ostatni skręt do mety, „kreska”, medal i butelka wody. Za parę chwil zbieramy się wszyscy
z „Sieradz biega”. Tradycyjne „piątki”i zdjęcia.
Piloci życzą sobie: „ ilu startów, tylu lądowań”, w przypadku biegu w Jarosławcu życzenia: „ile startów, tylu met” są całkowicie uprawnione. Wystarczy zobaczyć ilu startujących tego biegu nie ukończyło.
Czy będę chciał pojechać do Jarosławca w przyszłym roku? Tak, bo jest to warte polecenia letnie wydarzenie biegowe. Zorganizowane profesjonalnie, z niepowtarzalną trasą (po paru godzinach już tak się o niej myśli). I drugie tak, bo warto spędzić kilka dni z niezwykłymi ludźmi, z którymi łączy mnie wspólna pasja.

Pozdrawiam
Rafał
1 lipca 2014 r.
Na naszej stronie internetowej została założona nowa podstrona poświęcona biegom ultra - http://sieradzbiega.pl/ultrabieganie.php

Ponieważ ten rodzaj biegania (każdy dystans powyżej maratońskiego) staje się coraz bardziej popularny, a także z racji tego, że w naszej Grupie mamy ultrabiegaczy oraz biegaczy, którzy chcą iść w kierunku biegów ultra, chcemy przekazać zainteresowanym jak najwięcej informacji dotyczących tej wymagającej i skrajnej strony biegania.
Póki co, na stronie znajdują się relacje naszych ultrabiegaczy ze startów na ultradystansach oraz ich plany startowe. A najbliższych dniach i tygodniach będziemy umieszczać praktyczne informacje:
- o biegach ultra w kraju i zagranicą
- o przygotowaniu do biegów ultra
- o sprzęcie do biegania na dystansach powyżej maratonu
- o tym, jak trenować do biegów ultra i uniknąć kontuzji
- i wiele innych
Osobami odpowiedzialnymi w naszej Grupie za ultrabieganie są:
- Mariusz Wieła (mwiela@sieradzbiega.pl),
- Tomek Jasiewicz (tjasiewicz@sieradzbiega.pl)
- Rafał Błaszczyk (rblaszczyk@sieradzbiega.pl)
» ultrabieganie   
28 czerwca 2014 r.
Ten rok jest dla mnie wyjątkowy pod wieloma względami. Oczywiście priorytetowe znaczenie ma tutaj bieganie. Pamiętam jak zaczynałem w styczniu, gdzie było troszkę śniegu w parku na MOSirze, swoje pierwsze okrążenia. Mijało 6-7 minut i miałem dosyć, a teraz zbliżam się wielkimi krokami do upragnionego celu – maratonu!
Teraz przejdźmy do rzeczy, czyli do wczorajszego biegu, a mianowicie 10 Jubileuszowego Biegu Świętojańskiego od Zmierzchu do Świtu, który odbył się w Kaliszu. Dwa tygodnie przed tym startem przebiegłem swój pierwszy półmaraton w ‘zawodowej’ karierze. Było to dla mnie ciekawe przeżycie, zważywszy na to, iż na treningu maksymalny osiągnięty przeze mnie dystans wynosił 14 km, a tu w końcu jeszcze ponad 7 więcej. Następnego dnia, gdy umysł zaczął trochę świeżej pracować po takim wysiłku, od razu zacząłem szukać kolejnego ciekawego biegu, no i znalazłem – Kalisz. Zapisujemy się!
Mariusz opowiadał mi o biegach w Kaliszu, o tamtejszej atmosferze i zawodach typowo koleżeńskich – namówił mnie. Nadszedł upragniony dzień, około godziny 19:30 wyruszyliśmy w podróż do Kalisza. Zajechaliśmy na 20 minut przed startem. Odebraliśmy szybko numer startowy, swoją drogą bardzo ciekawy, i poszliśmy się raz dwa przebrać do auta.
W końcu nadszedł ten moment, w którym przestałem odczuwać wszelaki stres przed startem, a wręcz nie mogłem się doczekać momentu odliczania! Nadeszła godzina 21:20 – lecimy. Na linii startu według listy zameldowało się 79 osób, część z nich pokonywała trasę za pomocą kijków czy też rowerów. Ciekawym elementem tego biegu było to, że w każdym dowolnym momencie można było zejść z trasy, odpocząć chwilkę, zjeść coś czy też się napić, żeby po chwili móc znów wrócić na trasę. Nikt nie liczył tutaj czasu, wygrywał ten kto pokonał największą ilość kilometrów. Lecieliśmy z Mariuszem swoim tempem około 5:30 – 5:40. Bieg typowo treningowy, trochę rozmów i wymiany doświadczenia między zawodnikami, trochę rywalizacji w pokonywaniu własnych słabości. Pierwszego małego pit stopa zrobiliśmy po pokonaniu czterech okrążeń, czyli 12 km. Szybkie zażycie żelu, popicie energetykiem, jakieś małe rozciąganie i lecimy dalej. Biegło mi się bardzo dobrze, równe tempo, bardzo spokojny oddech no i o dziwo żaden ból mi nie dokuczał, bo wiadomo bywa z moim ciałem również. Psychika też sobie jakoś dawała radę, Mariusz coś o tym wie!  Kolejny pit stop zaplanowaliśmy sobie na dystansie półmaratońskim, regułka ta sama – żel, picie, rozciąganie i lecimy dalej. W tym momencie dobroduszny Mariusz pożyczył mi kurtkę, gdyż zaczęło się robić dość zimno, a dodatkowo ciemno, co miało swój klimat. Powiedziałem Mariuszowi, żeby teraz leciał już swoim tempem – w końcu on chciał pokonać maraton, a ja jedynie, albo aż 30 km. A więc ruszyłem samotnie, by pokonać jeszcze trzy kółka. Tempo na pierwszym nie spadało, leciałem sobie spokojnie swoim tempem. W niektórych miejscach trasa była nieoświetlona, ale dobrze, że miałem swoją małą latareczkę, zawsze to coś! Minąłem 24 km, wciągnąłem kawałek banana, popiłem wodą i ruszyłem dalej. W pewnym momencie odczułem już ból nóg, w końcu miałem do tego prawo, a co za tym idzie tempo zaczęło troszkę spadać. 27 km – znów to samo, banan i woda i popędziłem dalej. W końcu zostało już tak niewiele do upragnionego celu! Zleciało na szczęście dość szybko, a meta zbliżała się wielkimi krokami. No i koniec! Zgłaszam pani, że to by było na tyle, zapisała moje nazwisko wraz z dystansem, który trzeba było samemu kontrolować – przecież kto by chciał oszukiwać samego siebie…
Odebrałem medal i poszedłem na skrzyżowanie wypatrywać Mariusza. Nogi stawały się coraz cięższe, a minuty coraz dłuższe. Ale jest, oto on! Biegnie nasz ultra dystansowiec :) Poszliśmy do auta, przebrałem się, resztkami sił zawinąłem swe zmęczone ciało czym się da i położyłem się na pace dostawczaka i tak leżałem sobie godzinę. Czekając na Mariusza zdążyłem się porozciągać i porozmyślać nad wszystkim co osiągnąłem przez te pół roku… Jestem z siebie dumny! Chcę więcej!
Teraz już tylko maraton!!
Z pozdrowieniami
Jędrzej
23 czerwca 2014 r.
W związku ze zbliżającym się startem Jacka Gnysińskiego w setnym maratonie, postanowiliśmy przybliżyć nieco sylwetkę naszego najlepszego maratończyka. Zaczniemy od galerii obejmującej część zdjęć z okresu 1979-2008 r.
Jacek rozpoczął ponadto prace nad opisaniem każdego ze swoich 100 maratonów. Lata startów bowiem były przez niego dokładnie opisywane i archiwizowane, podobnie jak historie i przygody towarzyszące startom.
Już niedługo na naszej stronie www oraz Facebooku ukażą się pierwsze spisane przez Jacka relacje z maratonów, począwszy od I Maratonu Warszawskiego z 20 września 1979 r., zwanego wówczas I Maratonem Pokoju.
Sądzę, że większość z nas chętnie poczyta o tym, jak biegano na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych :)
21 czerwca 2014 r.
Dziś o godz. 11 postanowiliśmy się spotkać i wspólnie pobiegać.

Kolejny trening za tydzień - 28 czerwca o godz. 11
Zapraszamy
18 czerwca 2014 r.
Witamy w naszej Grupie kolejną biegaczkę.
Magda ma za sobą debiut maratoński, półmaraton oraz starty ma 10 km. Witamy i życzymy dobrej zabawy w naszym gronie :)
17 czerwca 2014 r.
Program o naszym Stowarzyszeniu - zapraszamy do obejrzenia:
» nagranie TV   
15 czerwca 2014 r.

Start we Wrocławiu miał być moim półmaratońskim debiutem, ale podczas zimowych przygotowań czułem, że dam radę, aby spróbować tego dystansu wcześniej i wystartowałem w IV Pabianickim Półmaratonie ZHP. Więc można powiedzieć, że wiem „co się z czym je”, tym bardziej, że na treningach kilkukrotnie przebiegałem ten dystans zakładanym tempem. Oczekiwałem tego startu od dawna i obiecywałem sobie, że pobiegnę przynajmniej na takim poziomie jak w Pabianicach (1:45:21). Niestety, na początku maja przyplątały się jakieś bóle piszczeli, łydki i ogólne połamanie. Nie jestem do końca zadowolony z przygotowań, ale zapisałem się tak dawno, że rezygnacja nie wchodziła w grę, tym bardziej, że żona z synem zapowiedzieli się jako kibice ;) Start był zaplanowany w sobotę na godzinę 21 wieczorem, więc moja żona stwierdziła, że lepiej, żebym nie prowadził samochodu z powrotem przez 150 km i zarezerwowaliśmy sobie nocleg.
W sobotę rano zapakowałem rodzinę do samochodu i ruszyliśmy w drogę. W biurze byliśmy około południa, ludzi było mało i kolejek nie było. Pokręciliśmy się trochę po stadionie i pojechaliśmy do hotelu, później spotkanie z rodziną. Żebyście widzieli ich miny, kiedy wyciągnąłem własne jedzenie i zjadłem je o określonej godzinie :). Rozmowy, odpoczynek i ani się obejrzałem zrobiła się godzina 18 i trzeba było się zbierać.
Na stadionie spotkaliśmy się całą grupą, trochę rozgrzewki ,nerwowe oczekiwanie i stajemy w strefach startowych. Dookoła latają żarty, czy wystartujemy o czasie i czy w ogóle. Ale tym razem wszystko zadziałało i 2. a właściwie 1. Nocny Półmaraton doszedł do skutku. Pierwszy km 5:01 i plan żeby tak utrzymać. Trasa wiedzie przez malownicze zakątki Wrocławia, 7 mostów, częścią Wielkiej Wyspy.
Ale nie ma czasu na podziwianie widoków, walka trwa. Na 10 km mam czas 50:28, jest dobrze. Tylko, że to dopiero połowa. Wszystko „zaczęło się” na 15 km. Poczułem, że słabnę, mimo że tętno utrzymywało się na równym poziomie. Gdzieś koło 19 km minął mnie Wiesław, krzyknąłem Mu, żeby leciał, bo ja już nic więcej nie wycisnę. 20-ty km -tempo 5:17.
Ostatnie 1097 m pokonuję na „oparach”, ale mam siłę, żeby podnieść ręce do góry w geście zwycięstwa. Medal, picie, buziak od żony ,uściski od syna i „piątki” z kolegami. Czas ostatecznie 1:48:07- do poprawki ;).
Parę słów o organizacji. Podsumowując: organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Policja na każdym skrzyżowaniu, oznaczone zakręty, punkty z napojami (izotonik, woda, banany ,cukier, woda w miednicach dla ochłody) ustawione na 6,12 i 18 km. Kibiców było sporo, choć czasami dało się usłyszeć przykre teksty od przechodniów. Wszystkich nie da się zadowolić. W moich oczach Wrocław się zrehabilitował i pewnie trzeba będzie wrócić za rok.

Pozdrawiam
Sebastian
14 czerwca 2014 r.
Trening otwarty w sobotę spontanicznie przekształcił się w start w Zapuście Wielkiej na dystansie 5.2 km
Trening ten okazał się całkiem udany:

3. Piekarczk Wojciech
6. Gnysiński Jacek
8. Wróblewski Piotr
20. Jadczak Klaudia
21. Pluciński Jerzy

Bieg ukończyło 21 biegaczy i biegaczek

Gratulacje dla Wojtka, który zalicza pierwszy start po przerwie trwającej od listopada 2013 r., spowodowanej kontuzją oraz po poważnych problemach zdrowotnych i staje na podium. Oby teraz było już tylko lepiej.
Na uwagę zasługuję debiut w Grupie Piotra Wróblewskiego oraz start Klaudii, która była jedyną kobietą w zawodach. Jurek zaś otrzymał puchar dla najstarszego uczestnika (67 lat)
8 czerwca 2014 r.
Gdy zacząłem biegać nie myślałem, że w niespełna rok po rozpoczęciu swojej biegowej przygody będą miał już ukończone trzy półmaratony. Pierwszy swój półmaraton przebiegłem w Sobótce. Półmaraton Ślężański, bo tak brzmi jego oryginalna nazwa jest bardzo wymagający i wyczerpujący (zresztą jak każdy bieg długodystansowy). Jego nazwa wzięła się od góry Ślęży. Sam bieg odbywa się wokół tejże właśnie góry i obejmuje 9,3 km podbiegów. Z problemami ale udało się skończyć. Drugi półmaraton, który ukończyłem odbył się na początku kwietnia, a był nim Półmaraton Poznański. Bieg zapewne nie zostanie długo w mojej pamięci, gdyż poza dużą ilością ludzi nie miał cech bardzo charakterystycznych.
Za trzeci półmaraton obrałem sobie Półmaraton Słowaka, czyli bieg odbywający się na początku czerwca w Grodzisku Wielkopolskim.Ten zapamiętam na dłuuuugo.
Z racji dość dużej odległości do Grodziska Wlkp. wyjechałem dzień wcześniej, aby tam się przespać i aby wypoczętym ruszyć na trasę po kolejny rekord  W sobotę wieczorem miałem jeden cel: 01:50:00. Bieg miał się rozpocząć o godzinie 11.00. O godzinie 10.00 zweryfikowałem swój cel: po prostu dobiec, a to dlatego, że w niedzielę w południe termometry miały pokazać ponad 30 stopni.
Już o godzinie 9.00 było wiadomo, że prognoza pogody się sprawdzi: zero chmur, maluteńki (prawie nieodczuwalny) wiatr, czyli pogoda iście plażowa ale nie biegowa. Spiker kilkakrotnie powtarzał aby się nie bać tego upału, gdyż trasa obejmująca dwie pętle wokół Grodziska miała na każdej pętli: 4 punkty żywieniowo-odżywcze, 4 kurtyny wodne, 1 prysznic czyli razem na trasie całego półmaratonu miało być 18 miejsc, w których będzie można poczuć smak wody, co w taki skwar wydaje się być zbawiennym. Trasa półmaratonu, jak już wcześniej wspomniałem, obejmuje dwie pętle z czego większość przebiega po obrzeżach miasta wraz z obwodnicą, innymi słowy: zero cienia, o czym przekonałem się dopiero po biegu.
Bieg rozpoczął się punktualnie. Ledwo minęliśmy pierwszy zakręt i pojawił się pierwszy punkt odżywczy – wodę w bidonie miałem, więc sięgnąłem tylko po gąbkę z wodą aby polać sobie głowę (gąbka za pas i biegniemy dalej). Gdy wbiegliśmy w teren domków jednorodzinnych moim oczom ukazała się rzecz dotychczas przeze mnie niespotykana: mieszkańcy domków wychodzili przed posesję z wężem ogrodowym aby dosłownie zlać wodą gorące ciała biegaczy. Nie liczyłem ile osób tak postąpiło ale było ich kilkudziesięciu na jednej pętli. WIELKIE podziękowania dla mieszkańców Grodziska Wielkopolskiego za ten dar. Dla mnie jak i dla wielu biegaczy był to dar zbawienny. Dzięki tym ludziom oraz dzięki kurtynom wodnym pierwszą pętle zakończyłem z czasem około 54 min, a biorąc pod uwagę mój pierwotny cel 01:50:00 dawało mi to jeszcze około minuty zapasu. Drugie okrążenie rozpocząłem w podobnym tempie aczkolwiek zauważalny był kilkusekundowy spadek tempa. Pomyślałem sobie jednak, że mam zapas, więc lepiej oszczędzić trochę sił na później. Trasa była płaska, więc na podbiegach zmęczyć się nie można było ale był taki jeden moment (około 4km) biegnący wzdłuż obwodnicy miasta, w którym to nie było nawet skrawka cienia. Co gorsza, nie było tam żadnych punktów odżywczych ani zabudowań, więc nawet mieszkańcy nie byli w stanie uraczyć wodą. Biegacz był skazany tylko i wyłącznie na siebie. Tam też właśnie na drugim okrążeniu zaczął się mój pierwszy delikatny kryzys (około 15 km). Biegłem z nadzieję, że za moment będzie kurtyna wodna i będzie się można nieźle zmoczyć. Prawdziwy kryzys zaczął się na 19 kilometrze. Było tak gorąco, że stopy zaczęły parzyć od spodu, myślałem sobie wówczas „zaraz chyba stanę i zdejmę buty”, a na domiar złego od kałuż, które zlegały miejscami od kurtyn wodnych, powstał mi odcisk co potęgowało dyskomfort. Już nawet nie radował mnie tak widok kurtyn czy węży ogrodniczych (swoją drogą zaraz po takim prysznicu tempo biegu wzrastało do 4:55 lecz niestety tylko chwilowo). Przez ostatnie dwa kilometry trasy praktycznie w ogóle nie spoglądałem na zegarek tylko toczyłem w głowie walkę: czy stanąć, zdjąć buty i złapać chwilę oddechu czy biec dalej. Wybrałem to drugie i odziwo przez cały czas trwania tej wewnętrznej walki utrzymywałem średnie tempo całego biegu. W końcu zaczęła się ostatnia prosta, czyli to co lubię najbardziej w biegu.
Ostateczny czas to 01:50:15. Co prawda nie udało się zejść poniżej 01:50 ale i tak jestem zadowolony z ukończenia biegu w tak upalny dzień. Nieoficjalnie (wg mojego pomiaru) dystans półmaratonu przebiegłem w czasie 01:48:03, bo od startu do mety przebiegłem nie 21,097 a 21,530 czyli o 400 metrów za dużo. Nie dziwi mnie to, gdyż nadkładałem trasy biegając od lewej strony do prawej aby pobiec pod wąż ogrodniczy z wodą. A jak już mowa o nakładaniu trasy to bardzo dobrym przykładem jest tutaj jedna z kurtyn wodnych, która była ustawiona po zewnętrznej stronie szerokiego 90-stopniowego zakrętu – „gratuluję” pomysłu 

Pozdrawiam wszystkich biegaczy i jeszcze raz dziękuję mieszkańcom Grodziska Wielkopolskiego za tą wodę z węży ogrodowych.

Tomek Kłos
» profil Tomka   
7 czerwca 2014 r.
Dzisiejszy trening otwarty za nami

Dziękujemy Gosi Musialskiej za zdjęcia.
Kolejny trening za tydzień - 14 czerwca o godz. 11
Zapraszamy
3 czerwca 2014 r.
Jak to się zaczęło i dlaczego akurat 100 km?
Gdy przebywałem w USA, pierwsze co mnie zainteresowało, to kalendarz biegów ultra. Tutaj jest w czym wybierać - od 50 km do 100 mil, można biegać co weekend, zwłaszcza, że jedyną barierą jest czas dotarcia na zawody. Wielkość kraju robi swoje. W pierwszej chwili chciałem wystartować na 50 mil, lecz terminy i odległość od Los Angeles były zbyt duże - nie miałem dużo czasu na podróżowanie. Najbliższe okazało się miasto Santa Barbara i odbywający się tam bieg pod nazwą DRTE100 Endurance Race. Okazało się, że bieg obejmuje 2 dystanse - 100 mil i 100 km. Ten pierwszy znacznie za długi, natomiast 100 km wydawał mi się do osiągnięcia. Limit czasowy 18 godzin nie był zbyt wymagający; tak przynajmniej mi się zdawało. Wiec zapadła decyzja – 100 km. Parząc na trasę biegu, również do zaakceptowania, ale mój sposób myślenia okazał się błędny, o czym przekonałem się dopiero na miejscu. Bardzo wysokie temperatury plus teren górski przyjąłem z pokorą. Biegałem w górach miesiąc wcześniej na przewyższeniach 1000 m oraz w temperaturach do 37 stopni, tak więc po części mój organizm był przyzwyczajony.
Dzień przed biegiem dojechałem na miejsce. Pierwsze, co mnie zaskoczyło to ważenie zawodników przed odebraniem numeru. Domyśliłem się o co chodzi, wcześniej czytałem o tym w specjalistycznych książkach. Na każdym punkcie kontrolnym należy się zważyć i w przypadku dużej utraty wagi przerwać bieg z powodu odwodnienia organizmu. Moja waga wskazywała 151 funtów = 68,5 kg. Odebrałem numer i pilnie wsłuchiwałem się w strażnika Parku leśnego Los Padres, na terenie którego odbywał się bieg. Jedynie, co mi utkwiło w pamięci, to żeby uważać na grzechotniki i niedźwiedzie - w przypadku niedźwiedzia należy go ignorować, a węza uciekać. Sam nie wiem co gorsze. Trasa wiodła przez góry, w przypadku jakiegokolwiek zdarzenia należy pozostać na trasie.
Tak wyglądały realia, nie było tam zasięgu sieci komórkowej, punkty kontrolne miały za zadanie odhaczanie poszczególnych zawodników i drogą radiową przekazywanie informacji, iż dany uczestnik wyruszył z punktu A do B. Jeśli w dłuższymi czasie nie dotarł do punktu B, wysyłana była pomoc konno. Na całej trasie 11 punktów kontrolnych. Zawodnicy mogli dzień wcześniej zdać paczki do każdego punktu kontrolnego z tym, co akurat było im potrzebne, specjalne jedzenie, zmian butów ubrań itp. Analizując od dłuższego czasu biegi ultra wiedziałem, jak się przygotować pod tym względem - najważniejsze nie tracić wody, dostarczać witamin, minerałów pożywienia, natomiast zbyt duże nawodnienie grozi wypłukaniem z organizmu wszystkich potrzebnych zasobów mineralnych. Przygotowałem się tutaj według mnie perfekcyjnie - do 3 najważniejszych punktów kontrolnych 4-6-8 przekazałem płyn o nazwie Pedialyte, po 1 litrze na punkt kontrolny. Jest to płyn na odwodnienie dla małych dzieci. Po tym biegu mogę stwierdzić, że nie ma lepszego świecie napoju izotonicznego albo jeszcze nie poznałem lepszego. Do nich dodałem również batony energetyczne oraz żele, całość rozmieściłem w punktach kontrolnych tak, abym miał pewność, że mi wystarczy wszystkiego. Punkty kontrolne same w sobie były bardzo dobrze wyposażone, tak wiec wszystko przygotowane do wyruszenia w trasę.
Start zaplanowany na 5 rano, oczywiście delikatny stres i w sumie przespane tylko 4 godziny. Noc bardzo zimna, nad ranem jednak postanowiłem wziąć coś cieplejszego na trasę. Szef zawodów dał sygnał i zaczęło się. Wyruszyliśmy wspólnie z zawodnikami na 100 mil. Ich trasa częściowo pokrywała się z trasą na 100 km. Początek ciekawy, bardzo ciemno - konieczna latarka czołowa. Pierwsze podejście, pomyślałem - zaczęło się. Cały bieg ma 4000 m przewyższenia. Analizując to dzisiaj widzę, że Bieg Rzeźnika w Polsce ma 3200 m przewyższenia na 77 km. Tutaj miałem 4000 m na 100 km, więc musiało być ciężko.
Nieduża liczba zawodników na trasie bardzo się rozciągnęła - co kilkadziesiąt metrów jeden biegacz, każdy biegnie swoim tempem. Po 4,5 mili (jeden wielki podbieg) pierwszy punkt kontrolny. Zrobiło się już widno. Na tyle, że można wyłączyć latarkę, dalej trasa została skierowana na bardzo wąski szlak górski i pognaliśmy. Było z górki. Chciałem jak najwięcej trasy pokonać przed południem. Niestety skończyło się bieganie i kolejne podejście na jeden ze szczytów. Po wdrapaniu na górę, widok zapierał dech w piersiach. Szczyty górskie wychodzące z mgły - coś pięknego. Jeśli było w górę, to znaczy, że będzie zbieg. Zbiegać trzeba umieć, a tego nie trenowałem nigdy, tym bardziej, że wąski szlak prowadził wzdłuż skarpy, z której łatwo się zsunąć kilkadziesiąt metrów w dół. Bezpieczeństwo na pierwszym miejscu.
Kilometry mijały, słońce coraz wyżej, kolejny punkt kontrolny - 9 mila. Uzupełnienie zapasów wody i dalej w drogę, ciągle pod górkę i z górki - bardzo ciężko. Zacząłem odczuwać ból w kolanie, zmartwiło mnie to, ale na szczęście przeszło. Kolejny punkt kontrolny - 15 mila. Zatrzymałem się dłużej, zjadłem to, co było na punkcie kontrolnym - trochę ciastek, trochę pizzy. Byłem lekko przejedzony, nawet czułem dyskomfort podczas biegu, ale wiedziałem, że później nie będę tego żałował. Na dodatek trasa przez około 3 km prowadziła przez pole czegoś co przypominało oset, co przyczyniło się do podrapań na nogach - nie było to przyjemne, ale na szczęście nie bolało.
Zrobiło się gorąco, po około 3 godzinach miałem za sobą półmaraton, w kolejnych godzinach robiło się coraz trudniej - słońce piekło okrutnie, ale na to pomagał filtr do opalania 50. Dotarłem do 4 punktu kontrolnego tutaj czekała na mnie butelka pedialyte. Wypiłem duszkiem cały litr, zabrałem zapas wody (3 litry), zjadłem i wyruszyłem dalej. Była 20 mila. Teraz odcinek do następnego punktu wynosił około 8 mil i to było piekło - otwarta przestrzeń i cały odcinek pod górę, ale ok - na tym etapie zaczyna się ściana w maratonie. U mnie nie wiem co było, ale jak zobaczyłem gigantyczną tamę na jeziorze pomyślałem, że ściana w maratonie to pikuś przy tym. I tak naprawdę było - zaśmiałem się i dalej w drogę. Przy okazji wziąłem ibuprofen na ból, aby troszkę mniej nogi bolały. Nagle przy trasie usłyszałem dźwięk grzechotnika, co spowodowało lekką panikę i sprint. Teraz znów musiałem być ostrożny, co chwile coś wyskakiwało przed nogi, na szczęście były to jaszczurki.
Po drodze piękny widok na opuszczoną kopalnie, jak z westernu. Wspinałem się dalej, napotkałem wycieczkę skautów po drodze, dogoniłem dwóch zawodników - byli na skraju wycieńczenia
Na dystansie maratonu kolejny punkt kontrolny, tutaj byłem dumny z siebie, ponieważ już po tym etapie ludzie odpadali, a ja przetrwałem. Wysokość 1200 m n.p.m,, różnica miedzy punktem kontrolnym wynosiła około 700 metrów. Długo nie posiedziałem, zjadłem żele, batony i dalej na trasę. Ten punkt był kluczowy. Duża obsługa, z daleka wypatrywano lornetkami biegaczy, a kiedy dobiegaliśmy wielkie okrzyki i brawa. Z tego punktu już tylko niecałe 3 mile do półmetka, droga zaczęła biec po asfalcie, co było czymś komfortowym po tym, co napotkałem wcześniej. Po kilku minutach w nagrodę widok na ocean z ponad 1200 metrów i kolejna butelka pedialyte oraz jedzenie, Na tym etapie mój czas wynosił 8 godzin.
Na 50 km były najcięższe kilometry w moim życiu, tutaj również trasa zawracała i tym samym szlakiem wracaliśmy na metę. Było to dobre rozwiązanie. Wiedziałem, czego mogę się spodziewać.
Wyruszyłem. Słońce dalej piekło. Na tym etapie przez dłuższy czas biegłem z zawodnikiem z Japonii, na zmianie nadawaliśmy tempo, czy to truchtu, czy podchodzenia. Jeden z najgorszych odcinków pokonaliśmy wspólnie. Było raźniej i szybko minęło. Teoretycznie, bo czas gnał coraz bardziej, a kilometry wolniej. Nie obyło się bez kolejnej tabletki przeciwbólowej, aby jak najmniej bolało. W taki sposób dotarłem do około 65 km. Zostało coraz mniej czasu (limit 18 h).
Towarzysz z Japonii został na punkcie kontrolnym i wyruszyłem dalej sam. Zmęczony, wycieńczony chciałem zmieścić się w limicie czasowym, przez głowę zaczęły przychodzić setki myśli. I dobrze, dzięki temu dotarłem do kolejnego punktu, ale to jeszcze ciągle nie meta. Na około 70 km rozładował się gps. Wtedy straciłem już punkt odniesienia, zaczęło się robić szaro, a tu cały czas pod górkę. Nie wiem, ale odnoszę wrażenie, że ten bieg cały czas był pod górkę. Około godziny 20 dotarłem do ważnego dla mnie punktu kontrolnego. Był on na 53 mili. Do mety dzieliło mnie tylko 9 mii. Euforia i radość dała mi siłę. Niestety 5 mil z 9 było pod górę.
Przebrałem się w ciepłe ubrania, zjadłem, przygotowałem lampkę czołową i ruszyłem. Przede mną była przeprawa przez wyschnięte koryto rzeki, całe w kamieniach. Zrobiło się ciemno, zrobiło się tragicznie, gdzieś na szlaku upadłem - postawiłem źle nogę i kostka wykrzywiła się do środka. Ból, ból na tyle, że łzy w oczach same się pokazały. Pierwsza myśl - skręcona kostka, tak blisko do mety, a ja leży wycieńczony i widzę tylko gwiazdy i Księżyc. Zero cywilizacji, następny zawodnik może będzie za godzinę albo dwie. Nawet nie mam, jak poprosić o to, aby ktoś mnie zabrał z trasy. Wstałem, popatrzyłem na kostkę, chyba nie jest źle. Poza tym zawsze w mojej głowie znajdzie się odpowiednia motywacja. Ruszyłem przed siebie, bolało tak przez jakieś pół godziny. Przedzierając się przez szlak, napotkałem jeszcze jakieś zwierzę. Nie wiem, co to było - chyba duży szop albo coś jak ryś (dobrze, że nie skunks albo puma). Popatrzyłem się na niego, on na mnie i każdy poszedł w swoją stronę i stało się coś pięknego - po godzinie i dwudziestu minutach ujrzałem na wzgórzu migającą lampkę. Był to punkt kontrolny.
Kiedy się zbliżałem, wolontariusze zauważyli mnie, zapaliło się więcej świateł i usłyszałem brawa. Do mety mam 4,5 mili i godzinę, czterdzieści minut zapasu. Nie mogłem się teraz poddać - wypiłem colę z puszki plus żel i kulejąc potruchtałem do mety. To były najdłuższe 4 mile w życiu. O godzinie 22:16 wyłoniłem się z lasu i wpadłem na metę. Medal dostałem na siedząco, nie mogłem ustać, musiałem usiąść, nogi nie były w stanie utrzymać mnie w pionie.
Przeprosiłem z uśmiechem czekającą na mecie siostrę, że się spóźniłem. Mówiłem jej, że na godzinę 19 dobiegnę. Bardzo dziękuję jej za doping.
Co ciekawe, nie straciłem nic na wadze, co świadczyło o tym, że jednak teorię nawadniania w praktyce zastosowałem prawidłowo :)
Po chwili dopiero sobie uświadomiłem, że ten bieg to coś więcej. Na liście startowej na 100 km było 47 nazwisk, a do mety dotarło tylko 11 zawodników, w tym ja na 7 miejscu. Mój czas to 17 godzin, 16 minut i 50 sekund. Tego się nie spodziewałem, Limit czasu był przedłużony ponieważ tylko 8 zawodników (w tym ja) się w nim zmieściło
W wyścigu na 100 mil dotarło tylko 18 osób z prawie 60 zawodników. Zwycięzcą na 100 mil okazała się kobieta, która pokonała w tym piekle ponad 160 km w 24 godziny i kilka minut.
Po powrocie z mety bałem się zdjąć buty. Na szczęście tylko jeden paznokieć uległ zniszczeniu. Później gorąca kąpiel. Noc była nieprzespana, ból nóg był straszny, ramiona i ręce chciały odpaść - plecak z wodą, z którym biegłem miał około 3,5 kg, wiec miało prawo boleć. Dopiero nad ranem zasnąłem.
To bardzo ciężki wyścig, tutaj naprawdę wygrywa twoja determinacja, upór, motywacja. Nie ważne, jak szybko biegasz, ważne jak długo wytrzymasz ze sobą. Dopiero teraz poznałem, co to znaczy się nie poddawać.
Nagrodą dla każdego, kto ukończy bieg, oprócz medalu, jest sprzączka do paska. Jest to symbol ukończenia biegu, tak jak w Western States Endurance czy Rio del Lago.

Pozdrawiam
Mariusz
29 maja 2014 r.
Informujemy, że Nasze Radio zostało patronem medialnym naszej Grupy :)

» Nasze Radio   
28 maja 2014 r.
Dzięki sieradzkiemu Naszemu Radiu oraz uprzejmości red. Michała Sieczkowskiego, dla tych, którym nie udało się wysłuchać - udostępniamy rozmowę przeprowadzoną 13 maja, poświęconą naszemu Stowarzyszeniu oraz bieganiu.
» cały wywiad   
25 maja 2014 r.
Nowym członkiem Stowarzyszenia GB Sieradz biega został Krzysztof Olejniczak, który swą przygodą z bieganiem rozpoczął w lutym 2014 r. i ma za sobą debiut na dystansie 10 km w ramach 12. Biegu Ulicą Piotrkowską. Jego najbliższe starty to Bieg o srebrne czółenko włókniarskie w Zgierzu oraz Dycha Na Piątkę w Piątkowisku.

21 maja 2014 r.
Do Krakowa wyjeżdżaliśmy w strugach deszczu i z obawami, czy bieg w ogóle się odbędzie. Alarmistyczne doniesienia o pogodzie na południu Polski, zagrożenie powodziowe i podtopienia sprawiły, że po drodze szukaliśmy komunikatów organizatora XIII Cracovia Maraton. Wreszcie pojawiła się informacja, że ze zmienioną w ostatniej chwili trasą, ale maraton jest.
Wieczór przed zawodami, zwłaszcza maratonem, to pora szczególna. Wszystko już raczej zrobione: przygotowania treningowe, starty sprawdzające, dieta, dobór stroju (z przypiętym numerem startowym)....i prawie słychać Korę, która śpiewa: ”Ocean wolnego czasu, Kraków, Kraków, Kraków”. Ale o spokój trudno. Rozmowa koncentruje się głównie na omawianiu pogody, przewyższeniach trasy, zakładanych czasach i międzyczasach (tak zwanych oczywiście). Jeszcze tylko krótki spacer po Rynku, powrót do hostelu położonego tuż obok (ul. Św. Tomasza) i spać (o 22). A Kora dalej śpiewała: „Wódka za wódką , głowa w dymie, alkohol leje się strumieniem….”.
Niedzielny chłodny i bezdeszczowy (póki co) poranek pozwalał uwierzyć, że będzie dobrze. Potruchtaliśmy trochę po Małym Rynku i Floriańskiej, a po rozgrzewce, tuż przed startem, spotkanie z Magdą Narel – zawodniczką, lekkoatletką, teraz kibicką doskonałą (Magda na moście było mi potrzeba Twojego dopingu) i jej mężem Sławkiem – Kraków był jego 93 maratonem, współorganizatorem Łódź Maraton Dbam o Zdrowie. I do roboty…
Pierwsze kilometry zgodnie z planem (zakładałem, że w Krakowie zejdę poniżej 3:40:00), zacząłem nawet zyskiwać lekki zapas czasu (na połowie dystansu prawie minutę), ale wiadomo, że maraton zaczyna się po trzydziestym kilometrze, więc trudno było, na tym etapie o samozachwyt. Tym bardziej, że pierwsza pętla pokazała wymagania trasy. Organizatorzy nie byli łaskawi: kilka kilometrów na każdej z dwóch pętli urozmaicili podbiegami, które w sumie dawały ponad 300 metrów przewyższenia.
Około 30 kilometra połykając ostatni żel (nazwa firmy się nie pojawi, bo to byłaby reklama) pomyślałem, że może się uda pobiec nawet lepiej niż zakładałem. Siły były, głowa mocna i świadoma, lał już deszcz, więc o przegrzaniu nie mogło być mowy.
Żelowe wspomaganie zaplanowałem (po jednej saszetce 45g.) na 10, 20 oraz 30 kilometrze
i był to dobry plan. W tym miejscu również duże uznanie dla wszystkich wolontariuszy obsługujących na trasie punkty odżywcze. Byli aktywni, nie brakowało wody, izotoników, czekolady i bananów. Odebranie kubka odbywało się właściwie bez utraty tempa i rytmu biegu.
Czas, który pokazywał mój Garmin na 38 kilometrze był nadal lepszy od zakładanego i pozwalał na jeden wniosek: teraz już nie można odpuścić. Mimo zmęczenia i chęci chociaż chwilowego zwolnienia biegu. Jeszcze 4 kilometry i aż 4 kilometry Ostatnie dwa, to jednak bieg wśród licznie przybyłych kibiców i mieszkańców Krakowa, którzy nie oszczędzali gardeł dopingując biegaczy. Wbieg na Rynek i koniec. Czas: 3:36:45.
Zmęczenie, medal, woda i satysfakcja. „Piątka” z Tomkiem, Arturem i Jackiem (to był jego 99 maraton!).
Trzy rekordy życiowe i przedostatni krok Jacka do elitarnego klubu Stu Maratonów.
Sieradz biega .
Podziękowania dla wszystkich wolontariuszy w biurze zawodów, na trasie i mecie, organizatorów i kibiców.

Rafał.
10 maja 2014 r.
Dziś o godz. 11 postanowiliśmy się spotkać i wspólnie pobiegać.
Dziękujemy Sebastianowi Kłysowi za zdjęcia.

Kolejny trening za tydzień - 17 maja o godz. 11
Zapraszamy
26 kwietnia 2014 r.
Mimo deszczowej pogody, na trening w sieradzkim parku przybyło 10 biegaczek i biegaczy. Gościem był Artur Kozłowski, który poprowadził nasz trening. Przebiegliśmy ok. 10 km.
Artur pokazał nam m.in., jakie ćwiczenia rozciągające należy wykonywać przed i po treningu oraz odpowiedział na szereg pytań związanych z bieganiem, w tym dotyczących techniki biegu, tempa oraz rodzajów treningów.
Zapraszamy na kolejne treningi - najbliższy za 2 tygodnie w sobotę 10 maja o godz. 11.

Za wykonane zdjęcia dziękujemy Kamilowi Staińskiemu.
26 kwietnia 2014 r.
Wyjazd do Justynowa był moim pierwszym samodzielnym wyjazdem na zawody bez nikogo z Grupy. Dla towarzystwa wziąłem ze sobą swoją przyjaciółkę, która przy okazji porobiła mi trochę zdjęć. Sam odbiór pakietu przeszedł bardzo sprawnie, wręcz wzorowo. Zawartość, jak na kwotę 30zł wpisowego też bardzo ciekawa, bo znajdował się w nim kubek, skarpetki oraz koszulka z oddychającego materiału. Aura zdecydowanie nie sprzyjała zawodom biegowym, ale pogoda do biegania w końcu zawsze jest dobra.
Przyszedł czas na start. Pierwszy kilometr wiódł drogą asfaltową, a pierwsze 400 m było dość stromym podbiegiem. Kolejny kilometr to już zbiegnięcie z drogi asfaltowej i wbiegnięcie w drogę szutrową do lasu. Tempo cały czas poniżej pięciu minut, troszkę nie zgadzały się kilometry wraz z GPS’em, ale w końcu nie była to atestowana trasa więc nie ma co narzekać. Na 5 kilometrze znów kolejny 400 metrowy podbieg, a zaraz zanim wąska, błotnista ścieżka, która zmuszała do biegu gęsiego, przez co zgubiłem parę cennych sekund. Na 7 kilometrze znów podbieg.. Tempo nadal w granicach 5 minut więc było dobrze. Ostatni kilometr wiódł przez najgorsze błoto, trzeba było utrzymać równowagę, ale mimo to okazał się najszybszy.
Na metę wbiegłem z lekkim niedosytem, gdyż dwie aplikacje z GPS’em pokazała dystans lekko powyżej 10 km z czasem 49:35, a czas netto okazał się 49:58. Życiówki nie ma, ale trasa była dość wymagająca, więc są aspirację na kolejny bieg o długości 10 kilometrów.


Pozdrawiam
Jędrzej
14 kwietnia 2014 r.
Do maratonu szykowałem się od stycznia. Plan – złamanie 3.20. Pogoda sprzyjała, wszak zimy nie było, więc plan w 90% zrealizowałem. Niestety, jak co roku na przełomie lutego i marca pojawiła się grypoanginozapalenieczegośtam – czyli bliżej niesprecyzowana choroba. Uciekło ponad 2 tygodnie normalnych treningów.
Łodzi nie lubię, choć studiowałem i mieszkałem w sumie 7 lat. Jakoś nie było mi po drodze również biegowo, ale zdecydowałem się, że wiosenny maraton docelowy będzie w Łodzi. Znajomi chwalili trasę- że szybka i w sumie warto spróbować.
Sprawdziłem więc sobie trasę w internecie i wyglądała zachęcająco. Na ok. tydzień przed startem kolega Mirek uświadomił mi, że trasa, na którą patrzyłem, to trasa z 2013 r., a ta aktualna to „Himalaje” w porównaniu chociażby z Warszawą. Ale nic, czasu na reakcje nie było W końcu, pomyślałem – jak się zaliczyło maraton w Lublinie – nic człowieka nie złamie. A i treningi na sieradzkiej dojazdówce do s-8, pełne wiaduktów, powinny swoje zrobić.
Maraton połączony był z biegiem na 10 km. Pojechaliśmy grupą – jako Stowarzyszenie Grupa Biegowa Sieradz biega. Część z nas biegła maraton, część dystans 10 km. Biegliśmy dla Fundacji Dbam o Zdrowie.
Rozgrzewka lekka, niemal żadna. Kilka minut delikatnego rozciągania, 200-300 m truchtu. Pogoda dobra – plus 8 na starcie, lekki wiatr. Samopoczucie kiepskie, to i owo pobolewa – jak zawsze przed maratonem. Po starcie przestaje - jak zawsze. Planowane 3.20 wymusza bieg w tempie średnim 4.43-4-44. Pierwsze kilometry zgodnie z planem, z czasem biegnę coraz szybciej, zdarza się 4.38, 4.35. Na 10 km – 46.13. Trochę za szybko, ale czuję się dobrze. Biegniemy w pierwszej fazie wśród kamienic - Północna, Piotrkowska, później Kopcińskiego i w stronę Łagiewnik. Mieszkałem tyle lat w Łodzi, ale w rejonach Łagiewnik nigdy nie byłem. Zaskoczyła mnie więc skala trudności, jaką tam napotkałem –był moment, że pomyślałem – „oho, jak w Lublinie”, będzie ciężko. Ale mimo trudności tego fragmentu – tempo utrzymane. Na połówce – 1.38.15, więc ciągle tempo poniżej 4.40 i wynik w granicach 3.16 – 3.17. Ale ciągle nieco za szybko. Wyprzedzam kolegę Tomka, który zalicza toj-toja. Nie przeszkadza mu to dogonić mnie po 2-3 kilometrach, zaś cały maraton ukończyć ponad 5 minut przede mną
Wbiegamy na Włókniarzy, gdzie czeka nas długa prosta. Łapię równe dobre tempo. Dobiegamy do 30 km i pierwszy raz mijamy Arenę. Tempo ciągle przyzwoite. Zmęczenie jednak narasta. Czuję w kościach, ze zbliża się TEN moment, że zaczyna się w końcu maraton, że mówi „ a teraz kolego, pokaż co tam sobie wytrenowałeś przez tę zimę, pokaż co masz w głowie”. 31 km – tempo zaczyna lekko spadać. Nie ma typowej ściany, nie wytracam po pół minuty czy minuty na kilometrze, ale stopniowo po sekundzie, dwie na kilometrze z 4.40 schodzę do 4.58. Trwa to do mniej więcej 39 km. Na 36 km znów mijamy Arenę. Znów z niewłaściwej strony . Meta jest w linii prostej tuż tuż, ale trasą to jeszcze 6 długich kilometrów. Trasa lekko puszcza w ostatniej fazie. Zerkam na zegarek, widzę, że tempo spadło, staram się przeliczyć, czy dam radę zmieścić się poniżej 3.20. Wychodzi, że powinienem, ale nie wiem, czy nie złamie mnie gdzieś na 40 km. Nie łamie. Mało tego – ostatnie 2 km znów przyspieszam, znów wchodzę na 4.40-4.45. Boli wszystko, ale pociesza myśl, że już blisko, widok Areny też motywuje. Wpadam do hali, krótki sprint od mety i udaje się! 3.19.20. Radości nie ma, zmęczenie ma pierwszeństwo. Powoli, bardzo powoli dochodzę do siebie. Gdzieś migają znajomi, widzę żonę i syna. Po 15 minutach zaczynam w miarę trzeźwo myśleć.
Wnioski
Bieg udany, organizacja dobra, trasa trudna.
Teraz czas na regenerację i w głowie pomysł na start w maratonie krakowskim. Będzie raczej ciężko, bo lewe kolano nieco ucierpiało.


Artur

11 kwietnia 2014 r.
Zapisałem się już z pół roku wcześniej, po tym jak po raz pierwszy wystartowałem w maratonie Chicago, w którym wzięło udział ponad 40.000 biegaczy. Ma coś w sobie taka ilość startujących. Start w Maratonie Paryskim nie wymagał losowania miejsca, a liczba uczestników jest również imponująca. Jest to trzeci pod względem wielkości maraton w Europie, zaraz po Berlinie i Londynie, rozdano ponad 50.000 numerów startowych. Ostatecznie na starcie stanęło około 41.000.
Samo odebranie pakietu startowego - bardzo szybko i sprawnie. Może dlatego, że poszedłem zaraz w pierwszy dzień otwarcia biura zawodów. Na wejściu kontrola certyfikatu medycznego. We Francji to bardzo ważne, jeśli chodzi o zawody biegowe. Po odebraniu numeru zostały 3 dni do startu. Już podczas lekkiego treningu w środku tygodnia można zauważyć, że za kilka dni odbędzie się tu wielki maraton. Bardzo wielu biegaczy w koszulkach maratonów z innych miast buduje ciekawą atmosferę.
Trasa maratonu wiodła od startu z Champs Elysees, najpiękniejszej ulicy w Paryżu, przez plac Concorde z słynnym egipskim obeliskiem, w kierunku Bastylli, a następnie w kierunku zamku Chateau de Vincennse z XIV wieku. Był to dopiero 13 kilometr i tak trasa biegła, okrążając park Vincennse aż do 20 km, gdzie wzdłuż Sekwany obok Notre Dame, Luwru, wieży Eiffla, przecinała cały Paryż aż do lasku Bulońskiego i ostatnich 9 km do mety usytuowanej z drugiej strony Łuku Triumfalnego. Cała trasa przepiękna.
Troszkę o tym, jak się biegło.
Zapisałem się w strefie czasową na 3:45, chcąc pobiec maraton poniżej 4 godzin. Start - rewelacja, bardzo przyjemnie, nie zwracałem uwagi na tempo, po prostu biegłem w swoim rytmie. Co równe 7 km postanowiłem brać żel energetyczny, a na 30 km wiedziałem, że przy trasie będzie kibicować mi rodzina i przekaże odżywki, aby przetrwać ostatnie metry do mety. Tak mijały kolejne kilometry. Na 10 km miałem czas 51 minut, skoncentrowałem się na biegu. To, w jakim czasie skończę, utrzymując to tempo zeszło na drugi plan. Na 20km 1:41, 30km 2:36 (tutaj wypiłem odżywkę) i tak do 35km - czas 3:08. Byłem bardzo zaskoczony - już tylko 7 km do końca, ukończę maraton poniżej 4 godzin.
A jednak stało się - skurcze w łydce mnie dopadły. Tak mocne, że jakiekolwiek szybsze bieganie sprawiało ból i samoczynne wyginanie mięśni na nogach. Tempo spadło do prawie 7 minut na kilometr. Tak więc ostatnie kilometry okazały się truchtem w bólu i zastanawianiem, co zrobiłem nie tak.
Maraton ukończyłem z czasem 4:01:07. Jest to mój rekord życiowy na tym dystansie, z czego jestem bardzo zadowolony. Dostałem jednak kolejną lekcje biegania.
Na trasie maratonu ciekawym rozwiązaniem dla biegaczy, którego wcześniej nie spotkałem, była woda w butelkach 200 ml, co znacznie ułatwiło jej przyjmowanie w trakcie biegu. Na mecie piękny medal oraz koszulka Finisher dla każdego kto ukończył maraton.
8 kwietnia 2014 r.
12 naszych biegaczy pobiegnie w Łodzi w najbliższą niedzielę na trasie 10 km oraz w maratonie w koszulkach Fundacji Dbam o Zdrowie. W biegu tym Fundacja prowadzi zbiórkę dla podopiecznych Fundacji "Dom w Łodzi", jedynego w Polsce Domu Dziecka dla chorych dzieci.
Zachęcamy wszystkich do przekazania środków na wyżej wskazany cel

7 kwietnia 2014 r.

Patronat ten cieszy nas to bardzo, zwłaszcza, że Gazeta w osobie Dariusza Piekarczyka od początku naszego zorganizowanego biegania zawsze chętnie i profesjonalnie publikowała informacje o naszych wynikach.
5 kwietnia 2014 r.
Dziś o godz. 11 postanowiliśmy się spotkać i wspólnie pobiegać.
Dziękujemy Marcinowi Walczukowi za zdjęcia.
Kolejny trening za 2 tygodnie - 20 kwietnia.
Zapraszamy
30 marca 2014 r.
Organizacyjnie.
Impreza z prawdziwym rozmachem. Widać wpływ konkurencji w stolycy.
No nie wiem jakbym się starał nie ma się do czego przyczepić.
Biuro zawodów, miasteczko maratońskie, organizacja startu i mety, zabezpieczenie trasy. Jak dla mnie nic lepiej robić nie trzeba. Oby imprezy Fundacji MW pozostały na takim poziomie. Z przyjemnością bierze się w nich udział.

Sportowo.
Jak tu powiedzieć coś złego o biegu, w którym poprawiło się życiówkę o 2 minuty i 9 sekund. Wynik 1:32:44 gdy celowało się w ciemno w 1;33 jest OK
Biorąc pod uwagę wkład włożony w przygotowania wynik jest dla mnie nadspodziewanie dobry. W ciągu 10 tygodni przygotowań do półmaratonu warszawskiego przebiegłem 405 km. Niby niewiele a jednak przełożyło się to na wynik lepszy od ubiegłorocznego o ponad 5 minut. ( rok temu było 570 km i wynik 1:38:00 ).

Tło biegu.
Oj ciepło było dzisiaj.

Taktyka.
Rozgrzewka to 2 km truchtu plus ćwiczenia.
Marsz na linię startu i ustawiam się tuż za grupą z balonikami na 1:35.
Start i zgodnie z przewidywaniami grupa 1:35 wystrzeliła do przodu jak rakieta. Mój pierwszy kaem 4:37, drugi 4'37. Początek zgodny z planem. Spokojnie. Pierwsza piątka 22'31". Baloniki tak daleko przede mną, że ich nie widać. Bez paniki do mety jeszcze daleko. Druga piątka 21'45". Wchodzimy na obroty. Tuż za znakiem 7 km zmieniam garderobę. Zgodnie z zasadą wędrówek po górach. Lepiej mieć co z siebie zdjąć niż nie mieć czego założyć, ściągam koszulkę ( na starcie miałem na sobie dwie - klubową i taka tam podszewkę na wszelki wypadek ). Od razu lepiej.
Kolejna piątka 22'01". Międzyczas na 15 km 1:06:17 ( życiówka na 15 km przy okazji weszła ). No i to na co czekali wszyscy czyli Mount Agrykola.
Podbieg ok 400 - 500m. Najwolniejszy km biegu 4'45". Za podbiegiem kilka głębokich oddechów, redukcja biegu jak w Jelczu i można zacząć się ścigać.
Baloniki na 1:35 już tylko 50m z przodu. Mijam ich przed znakiem 18 km.
4'17 - 4'17 - 4'13 - 4'08 - 4'03 - to czasy ostatnich kilometrów.

Refleksja.
Za 6 tygodni teoretycznie bieg sezonu. Półmaraton Białystok i pierwsze podejście do pokonania granicy 1:30. Oj coś mi się wydaje, że nie jedyne niestety.
Trzeba ścisnąć się za jajka i zacząć trenować a nie tylko biegać.
Tymczasem relaks do najbliższej niedzieli, gdy zmierzę się z dystansem 10 km We wtorek i w środę może nawet w czwartek poudeptuję chodniki w Sieradzu.

Wszystkim startującym 13 kwietnia w Łodzi połamania nóg życzę i połamania życiówek.

Pozdrawiam - Mirek
21 marca 2014 r.
Firma Włochacz, zajmująca się m.in. szkoleniem kierowców, udostępni nam na bardzo korzystnych zasadach busy z kierowcami, którymi nasi biegacze będą mogli dojechać na zawody biegowe.

16 marca 2014 r.
Do Wrocławia jechałem z cichym planem złamania 50 minut. Po biegu Powstańca w Dobrej, kiedy na pagórkowatej trasie udało się osiągnąć rezultat 51:45, liczyłem, że na płaskiej asfaltowej uda się urwać 2 minuty. Wybrali się ze mną moi bliscy, bo we Wrocławiu mam rodzinę, więc była okazja odwiedzić.
Ale do rzeczy. Samo pobranie pakietu poszło sprawnie, szatniom na stadionie też nie można było niczego zarzucić. Spotkałem Jacka i Antoniego, posiedzieliśmy sobie trochę na wykładzinie pod ścianą i za niedługo pojawili się Jędrek z Mariuszem. Zrobiliśmy fajną rozgrzewkę polegającą na pobiegnięciu na parking do samochodu :). I czas na start !!!! I pierwszy zgrzyt.. Nie wiadomo było, w którą stronę biegniemy?! Organizator przestawiał nas chyba ze 3 razy. Wreszcie wystartowaliśmy, pierwsze kółko wokół stadionu, drugie wokół stadionu, a przy wybiegnięciu z korony tablica z oznaczeniem 1 KM!! Sęk w tym, że zegarek pokazywał 1,8 km!! No nic,myślę, może GPS zwariował, w końcu stadion duży i zasłania niebo. Starałem się utrzymywać równe tempo, biegło się fajnie, tętno było niezłe. Jedynie co mnie zastanawiało to fakt, że praktycznie cały czas kogoś wyprzedzałem. Ten stan utrzymał się do 8-9 km (według tablic). Po wbiegnięciu na koronę uderzył taki wiatr, że aż zatykało. Pognałem ile mogłem , meta -czas stop i dystans według zegarka 10,81 km. Ale kiedy na telebimie wyświetliło się moje nazwisko i czas 52:55, czyli praktycznie taki sam jak na stoperze, lekko się podłamałem. Później wyjaśniło się, że po prostu zrobiliśmy nadprogramowe kółko wokół stadionu. Na atestowanej trasie taki "numer" nie powinien się zdarzyć.Nie powiem żebym był zachwycony. Na szczęście po kilku godzinach organizatorzy skorygowali wyniki i mogę się cieszyć nową życiówką 48:35 :D. Tak więc bieg we Wrocławiu w ostatecznym rozrachunku wyszedł na plus.

Sebastian Kłys
21 lutego 2014 r.
21 lutego w Sieradzu odbyło się Zgromadzenie Członków naszego Stowarzyszenia.
Na spotkaniu, na którym stawiło się 16 osób, ogłoszono zakończenie wszystkich formalności, niezbędnych do zarejestrowania Stowarzyszenie, przyjęto 2 uchwały (Regulamin działania Zarządu oraz Regulamin działania Komisji Rewizyjnej), wybrano stroje startowe na 2014 oraz omówiono plany startowe i organizacyjne na bieżący rok.
10 lutego 2014 r.
Paryskie dziesiątki – relacja Mariusza Wieły ze startów w Paryżu

Wszystko się zaczęło w nowy rok, postanowiłem aby ten rok był wyjątkowy, rozpocząłem go maratonem z rekordem życiowym. Kolejnym etapem był wyjazd do Paryża, miasto dla mnie bardzo bliskie, ze względów rodzinnych, tak więc czemu tam nie pobiegać, podczas wizyty w Paryżu postanowiłem wystartować w dwóch biegach na dystansie 10 km. Pierwszy odbył się 19 stycznia ”Bieg 14 dzielnicą Paryża” trasa doskonała stare budownictwo Paryża ma w sobie coś wyjątkowego, chociaż głównym budynkiem w tej części Paryża jest Montparnasse budynek 210 metrów wysokości wśród całej architektury wyróżnia się warto dodać że wieża Eiffla ma 324 metry. Sam bieg szybko minął 45:53 jak dla mnie nie był to mój rekord życiowy ale też o pobicie życiówki się nie starałem. Chciałem aby był dla mnie dobrą zabawą i tak było, niesamowita atmosfera.
Drugim startem był bieg Les Foulees du 8eme 10 km zlokalizowany w 8 dzielnicy Paryża ze względu na swoją zamożność 8 dzielnica jest jedną z ważniejszych części Paryża pod względem biznesowym jak i turystycznym, w tej dzielnicy znajduję się mniej więcej Łuk triumfalny, Pałac Elizejski , Pola Elizejskie oraz Plac Concorde. Start Biegu odbył się z pod placu świętego Augustyna , pierwsze dwa kilometry to odcinek który prowadził uliczkami do łuku triumfalnego jeden wielki podbieg , bardzo wymagające, biegaliśmy po pętli 5km, tak więc już wtedy warto było oszczędzać siły wiedząc że końcówka będzie to 6-7km. Bardzo na to uważałem, chciałem pobić w tym biegu swój rekord życiowy 45:08. Plan był prosty trzymać się przed pace maker-em z czasem 45, najlepiej biec przed nim tak też zrobiłem, pod koniec jednak właśnie na tym odcinku 6-7km odwracam się a tam metr za mną pacemaker pomyślałem sobie nie uda się i tak było przez około 500 metrów po czym skończył się cięższy odcinek trasy ufff co dodało mi energii przyspieszyłem i udało się bieg zakończyć z czasem 44:37 co było moim nowym rekordem życiowym. Oby dwa biegi są zaliczane do klasyfikacji Paris Running Tour, niewykluczone że będą kolejne :)
Podsumowując bieganie po Paryżu jest rewelacyjne dodaje energii, często trenowałem po zachodzie słońca wieża Eiffla jest pięknie oświetlona , Łuk Triumfalny, Pola Elizejskie i duża ilość biegaczy bardzo motywuje, magiczne miejsce. Warto dodać że jeśli chcemy biegać w Francji koniecznie musimy zabrać ze sobą zaświadczenie Lekarskie o przeciw wskazaniach do biegów długodystansowych oraz zawodach sportowych, najlepiej przetłumaczone na język francuski, taki jest wymóg, nie ma tutaj oświadczenia podpisanego własnoręcznie. Kolejna wizyta w Paryżu już 6 Kwietna na 38 Paris Marathon.


Z Poważaniem
Mariusz Wieła
8 lutego 2014 r.
Witamy w naszej Grupie nowego biegacza – to Piotr Kielek.
Swój debiut biegowy Piotr planuje w półmaratonie w Pabianicach.
3 lutego 2014 r.

REGULAMIN OTRZYMANIA MEDALU
„KORONY POLSKICH PÓŁMARATONÓW” 2014

Organizatorem „KPP” jest Polskie Stowarzyszenie Biegów
Współpraca: Wojskowy Klub Biegacza „META” Lubliniec

Niniejszy regulamin dotyczy uczestnictwa w następujących biegach:
Półmaraton Ślężański – Sobótka
Półmaraton Dookoła Jeziora Żywieckiego - Żywiec
Półmaraton Warszawski - Warszawa
Poznań Półmaraton - Poznań
Białystok Półmaraton - Białystok
Półmaraton Słowaka – Grodzisk Wlkp.
Półmaraton Wałbrzych - Wałbrzych
Półmaraton Philipsa – Piła
Półmaraton Lechitów - Gniezno
Półmaraton Samsunga - Szamotuły
Półmaraton Kościański - Kościan

Warunki uzyskania odznaki Korony Polskich Półmaratonów.

1. Warunkiem uzyskania odznaki Korony Polskich Półmaratonów jest ukończenie minimum 5 (pięć) półmaratonów z wyżej wymienionych 11 (jedenastu) w ciągu roku kalendarzowego, przy czym wśród ukończonych półmaratonów muszą znajdować się:
a) co najmniej 1 (jeden) z dwóch półmaratonów: Warszawa lub Poznań;
b) co najmniej 1 (jeden) z czterech półmaratonów: Sobótka, Białystok, Grodzisk Wlkp., Piła;
c) co najmniej 1 (jeden) z pięciu półmaratonów: Żywiec, Wałbrzych, Gniezno, Szamotuły, Kościan;
2. Przesłania wniosku będącego załącznikiem do niniejszego regulaminu:
pocztą elektroniczną - wkbmeta@tlen.pl
lub na adres - Wojskowy Klub Biegacza Meta ul. Sobieskiego 35, 42-700 Lubliniec
Uiszczenie opłaty w kwocie 25 zł przesłanej na konto WKB Meta
BGŻ o/Lubliniec 62 2030 0045 1110 0000 0223 9010 ....
3. Termin nadsyłania wniosków upływa 31 grudnia roku zdobycia „korony”
4. Weryfikator będzie gromadził otrzymane wnioski i po sprawdzeniu przygotowywał listę wyróżnionych . Zweryfikowana lista będzie dostępna na stronie internetowej www.psb-biegi.com.pl/korona
5. Wniosek zostanie zweryfikowany w ciągu dwóch tygodni od chwili otrzymania.
6. Biuro nie odpowiada za zagubienie wniosku przez pocztę.
7. Pamiątkowy medal w etui zostanie wysłany pocztą na adres podany we wniosku do 15 lutego roku następnego po zdobyciu KPP
8. Możliwe są również inne wyróżnienia czy nagradzanie zdobywców korony
9. W kolejnym roku lista zawodów zaliczanych do KPP może ulec zmianie
10. Kontakt w sprawie Korony Polskich Półmaratonów kpp@psb-biegi.com.pl
11. Trasy półmaratonów zaliczanych do „KPP” muszą posiadać atest PZLA.
12. W przypadku reklamacji sprawy będą rozstrzygane przez Zarząd PSB.
30 stycznia 2014 r.
Odkąd zacząłem biegać - tak bardziej na serio - wiele się zmieniło. Nie, nie będę uderzał w patetyczne tony, których pełno na różnych biegowych blogach, w artykułach. Wiecie, te o tym, jak to bieganie "zmieniło mnie wewnętrznie", czy "pozwoliło inaczej spojrzeć na siebie" i inne takie.
Chciałem opisać mały element życia biegacza– wakacje/ferie z rodziną.
Do tej pory czekałem na takie wakacje jako czas odpoczynku, szeroko pojętej konsumpcji, spania do 10, krótko pisząc - "byczenia się". I choć zawsze byłem aktywny, to jednak ten tydzień, dwa wakacji czy ferii to był czas, gdy codzienność zwalniała, a przyjemności i obijanie się wychodziły na plan pierwszy. I co się okazało po tym, gdy bieganie mnie wciągnęło?
Wakacje czy ferie w postaci, jaką przybiera dla zdecydowanej większości ludzi, przestały istnieć.
Moje wakacje czy ferie od 2 lat to ciężka harówa, to najtrudniejsze dni treningowe w sezonie biegowym:)
Piszę te słowa, spędzając ferie w Tatrach z rodziną. Co rano o 6 pobudka, śniadanie, o 7.30 czas na 15-20 km po górach, powrót o 9-10, prysznic i na narty, spacery, zwiedzanie, czy inne rodzinne "obowiązki". Szczerze pisząc, ledwo wyrabiam :)
Co ciekawe - zmieniły się również zasady planowania rodzinnych wyjazdów. Jeszcze niedawno było mi zupełnie obojętne, gdzie spędzę czas wolny. Góry, morze, jeziora? Lipiec, sierpień, luty, styczeń? deszcz, wiatr, śnieg? Wszystko jedno, byle odpocząć.
Odkąd biegam, zaczęło mieć to jednak znaczenie dość istotne. Wiadomo - muszę mieć, gdzie biegać, najlepiej nieco lasu, trochę terenu, trochę prostych, nieco plaży, w górach - odpowiednie podbiegi, najlepiej co najmniej 10% :) Pogoda - latem nie więcej niż 20%, zimą - jak najtrudniej - będzie siła:).
Tu zaczynam się coraz częściej rozmijać się z oczekiwaniami rodziny. Oni narzekają, że nad morzem w lipcu 15 stopni, ja wewnętrznie skaczę z radości i już planuje treningi. Na polskie morze zawsze mogę liczyć :)
Udało mi się nawet w tym roku "nakierować" plany wakacyjne na Jarosławiec, by "przy okazji" pobiec w Biegu po Plaży na 15 km. Ale coś czuję, że ta nowa rodzinna tradycja ma małe szanse, by się ostać.
Kończąc, muszę się pochwalić, że rodzina dzielnie znosi me biegowe fanaberie, za co jestem niepomiernie wdzięczny.

Pozdrawiam
Artur Ciepłucha
29 stycznia 2014 r.
Z dniem 15 stycznia Stowarzyszenie Grupa Biegowa "Sieradz biega" zostało zarejestrowane przez Sąd Rejestrowy w Łodzi.
11 stycznia 2014 r.
Za nami kolejny otwarty trening w sieradzkim parku.
Tym razem przybyło nas 10 biegaczek i biegaczy, w tym 4 nowe osoby, które mieliśmy okazję poznać i wspólnie z nimi pobiegać.
Pozdrawiamy i zapraszamy ponownie, najprawdopodobniej za tydzień o tej samej porze (godz. 11).
Informację potwierdzającą termin kolejnego otwartego treningu umieścimy jednak na naszej stronie www oraz na facebooku w najbliższych dniach.
» galeria   
9 stycznia 2014 r.
Witamy w naszej Grupie nowego biegacza – to Sebastian Kłys, który rozpoczął swoją przygodę z bieganiem w 2013 r. i ma za sobą 2 starty.
4 stycznia 2014 r.
Kolejny mój rok treningów i startów w długodystansowych zawodach biegowych minął, któryż to już z kolei? Zaczynam się już gubić w liczeniu, a przecież w szkole byłem w tych matematycznych słupkach prymasem, tfu, prymusem chciałem powiedzieć. Ot taki żart na początek podsumowania mojego sezonu biegowego 2013.
Ta „13-stka” niestety nie należała do tych, którą z rozrzewnieniem będę wspominał, ot lata lecą, a nogi nie chcą już kręcić tak jak dawniej…
Ale najważniejsze, że od pierwszego mojego maratonu w Warszawie 30 września 1979 roku, który zdecydował o moim amatorskim bieganiu ani przez chwilę nie zwątpiłem, żeby zerwać z tym nałogiem,…nałogiem? – chyba tak i cieszy mnie to, że nie tylko mnie on dotyczy.
Ale wracam do minionego roku, cóż chciałoby się więcej niż się osiągnęło, ale oceniam go mimo wszystko jako umiarkowanie dobry. Najczęstszą zmorą biegaczy są kontuzje, które w roku z końcówką „13” w szczególny sposób dotknęły moje „szybkobiegi”. Z tego też powodu moje wyniki były jak na moje możliwości bardzo przeciętne, żeby nie powiedzieć dupowate… No może nieco lepszą i obiecującą miałem końcówkę sezonu (zawody w Turku i Bełchatowie).
I ostrożnie myślę, że ”forma jeszcze przyjdzie” - jak to powiedział Kubuś Puchatek wypijając kolejnego browarka obok dość skacowanego tygryska i śpiącego pod stołem Osiołka.

A zakończyć chciałbym krótką sentencją:

"tak jak istotną wadą kobiet jest to, iż tracimy przez nie zbyt wiele czasu choć jest to najpiękniej stracony czas, tak istotną wadą biegających jest to, iż tracimy przez to zbyt wiele czasu ale jest to najbardziej zdrowy sposób tracenia czasu…"
4 stycznia 2014 r.
Nadszedł czas na podsumowanie pierwszego sezonu biegowego. To właśnie w minionym roku rozpocząłem swoją przygodę z bieganiem. Moje pierwsze biegi były zorientowane na poprawienie kondycji, zabicie czasu czy też poprawę nastroju. Biegam, bo lubię i czuję się przez to lepiej. Po kilkuset kilometrach dołożyłem jeszcze jeden cel biegowy: rywalizację w zawodach.
Mam już za sobą kilka startów, głównie na dystansie 10 km. W pamięć zapadł mi pierwszy start w jednej z najbardziej popularnej imprezie biegowe, Biegnij Warszawo, głównie dlatego, że była to moja inauguracja. Ponieważ start ten odbył się w niedługim czasie po tym jak rozpocząłem swoją przygodę biegową i narzuciłem sobie zbyt duże tempo, to w trakcie biegu (na około 5 kilometrze) mając w głowie myśl i chęć ukończenia kiedyś maratonu, pomyślałem, że aby osiągnąć 42 km muszę jeszcze długo pracować (innymi słowy: na trasie było ciężko).
Radość i satysfakcja po ukończeniu biegu sprawiły, że nie zaprzestałem biegania i uczestnictwa w zawodach pomimo kryzysu oraz śmierci biegacza na mecie. To ostatnie sprawiło, że poddałem się szerokim badaniom (próba wysiłkowa, EKG, ECHO, badanie spirometryczne, badanie krwi, itp.). Każdemu biegaczowi polecam wykonanie takiego profesjonalnego badania, dzięki któremu można dowiedzieć się nie tylko czy nasz organizm jest w stanie przetrwać długi wysiłek fizyczny, ale również poznać nasz próg mleczanowy, nie wspominając o innych ciekawych informacjach o naszym organizmie.
Mam nadzieję, że kolejny sezon, który już właściwie rozpocząłem, zakończę z wieloma sukcesami. Mój główny cel to maraton, ale wcześniej mniejszy dystans czyli półmaraton w Poznaniu.
Mam nadzieję, że swoją pasję wciąż będę rozwijał wraz ze Stowarzyszeniem Sieradz Biega. To właśnie w tej grupie pokładam wiele nadziei i myślę, że wspólnie uda nam się w tym roku zrobić wiele.
Pozdrawiam i zachęcam do biegania
Tomek
3 stycznia 2014 r.
Biegowe podsumowanie roku 2013 można spojrzeć na trzy sposoby:

1. Statystycznie
206 treningów (łącznie ze startami, których było 8):
- 3058 km co daje średnio 14,7 km na trening.
- średnia dzienna z całego roku 8,3 km/dzień.
- starty oficjalne to 2 maratony, 2 półmaratony i 4 biegi na 10 km.

2. Wynikowo
Patrząc na uzyskane czasy na poszczególnych dystansach
- jedynie Orlen Maraton bez rekordy życiowego (zabrakło 18 sekund).
- pozostałe starty kończyły się poprawą czasu na każdym z dystansów.
Aktualnie:
- 10km - 41'38"
- półmaraton - 1:34:52
- maraton - 3:22:43
W sumie poprawiłem wyniki w stosunku do roku 2012 10 km - 1'40", półmaraton - 5'18", maraton - 14'35". Jeżeli utrzymam progres wyników (a nie będzie to już tak łatwe) w 2014 roku powinienem zrealizować biegowe cele, tj, 10 km - 40'; półmaraton - 1:30.
O wyniku w maratonie na razie nie wspominam. Kiedyś myślałem, że ostateczną granicą będzie pokonanie bariery 3:30. Aktualnie sprawa pozostaje jednak otwarta.
Podsumowując rok 2013 zasadniczo powinienem cofnąć się do startów w roku 2011. A głównie do trzech maratonów, które dały mi lekcje pokory. W żadnym z nich nie udało mi się pokonać bariery 4 godzin. Mimo, iż do każdego z nich przygotowywałem się w miarę sumiennie
Zgodnie z zaleceniami "wybitnych" trenerów. Dlatego w roku 2012 "zmodyfikowałem" podejście do treningu. Dało to rezultat w postaci poprawy na dystansie maratonu w stosunku do najlepszego wyniku 2011 o 23 minuty.

3. Emocjonalnie
Bieganie w dalszym ciągu sprawia mi frajdę. Ze startów w zawodach czerpię satysfakcję. W większym stopniu ze sposobu w jaki osiągnąłem dany rezultat niż z wyniku samego w sobie. Niemniej jednak postęp wynikowy zwłaszcza w maratonie cieszy.
Lubię planować swoje treningi. Mam kilka ulubionych. Myślę, że po latach eksperymentowania na własnym organizmie doszedłem do jakiegoś optymalnego usystematyzowania.
Mówi się, że jeżeli robisz coś przez 21 dni pod rząd to w 22 dniu nie możesz już bez tego żyć. Życie ucieka więc ja je gonię. Pozytywne zmęczenie jest OK.
Biegająca część naszego społeczeństwa jest jakoś bardziej otwarta na innych ludzi. Cenne są znajomości zawierane na treningach czy zawodach. Wspólna pasja zbliża ludzi. Jeżeli ktoś po ciężkim biegu czy zawodach jest w stanie odwzajemnić słowo czy uśmiech jest to naprawdę szczery gest.
3 stycznia 2014 r.
Rok 2013 miał być, rokiem w którym złamie barierę 3 h w maratonie, co planowałem uczynić na jesień. Kłopoty zdrowotne oraz kiepska pogoda sprawiły, że moje przygotowania do wiosennych startów się opóźniały i nie pozwalały wierzyć, że uda mi się uzyskać satysfakcjonujące mnie rezultaty.
Mimo że wiedziałem, iż nie jestem przygotowany - 7 kwietnia wystartowałem w III Pabianickim Półmaratonie ZHP. Była to dla mnie sroga nauczka, która zapamiętam na długo. Teraz wiem, że aby osiągnąć dobre wyniki, oprócz ambicji, potrzeba też dużo rozsądku oraz pracy na treningach.
Tydzień po półmaratonie start w Łódzkim Maratonie Dbam o Zdrowie mogę zaliczyć do udanych. Wiedziałem na co mnie stać i prawie udało się zrealizować zakładany plan.
Kolejne miesiące to start w VII Biegu Wdzięczności w Konstantynowie Łódzkim na 5 km oraz w XI Biegu ul. Piotrkowską i pierwszy raz, jak zastosowałem taktykę pierwszej połowy dystansu wolniejszej od drugiej (negative split), co zaowocowało dobrym wynikiem wtedy i również w późniejszy startach.
30 czerwca dołączam do Grupy Biegowej „Sieradz Biega”, głównie dlatego, że miałem już dosyć biegania samemu i chciałem poznać takich jak ja pasjonatów biegania z okolic Sieradza.
W lipcu zaliczam pierwszy start w górach w II Biegu na Śnieżkę na dystansie 14,3 km w systemie alpejskim, czyli cały czas pod górę (przewyższenie to około 1100m) i pierwszy raz biegnę na granicy swojego tętna maksymalnego, poruszając się około 6min/km :) Lipiec to również pierwszy wspólny start, a po biegu czas, by się trochę lepiej poznać.
Jesień to czas bicia życiówek. Pierwszą na dystansie półmaratonu udało się uzyskać w Pile, po tygodniu rozprawiłem się we Wrocławiu ze swoim najlepszym czasem na dystansie maratonu.
Biegi w górach tak mi się spodobały, że postanowiłem tam wrócić i wystartowałem w ultra maratonie Beskid Ultra Trial. Było to niesamowite przeżycie i przygoda, którą w przyszłości będę chciał na pewno powtórzyć.
Największymi moimi sukcesami biegowymi w 2013 r. były na pewno życiówki na dystansie półmaratonu i maratonu, ale również pojedyncze treningi. Zawsze miałem milion wymówek by ich nie robić, ale w końcu je robiłem co na pewno przyczyniło się do uzyskiwania przeze mnie tak dobrych rezultatów.
Był to również rok, w którym lepiej poznałem możliwości i granice swojego organizmu - te fizyczne i psychiczne. Dzięki poradom bardziej doświadczonych kolegów uzyskałem wiele ciekawych wskazówek z zakresu treningu, odżywiania oraz taktyki biegu na zawodach, które zamierzam wykorzystać w 2014 r.
Co do planów na 2014 r., to są ambitne (maraton poniżej 3h może już na wiosnę :)), ale realne. Jeśli kontuzje będą mnie omijać, to motywacji do biegania mi nie braknie. Plan obejmują też promocję naszego Stowarzyszenia w naszym mieście i poza jego granicami.
Tomek
2 stycznia 2014 r.
Chęć biegania narodziła się we mnie już jakiś czas temu, bodajże jakoś w 2012 r. Lecz były to jedynie jakieś kilkutygodniowe epizody. Dopiero w 2013 r., a dokładnie na początku listopada wziąłem się za to poważniej.
Początkowo była to chęć utraty wagi i polepszenia własnego zdrowia i kondycji. Z czasem zaczęło to się przeradzać w coś większego. Pierwszy „poważniejszy? sprzęt biegowy, regularne treningi, czy w końcu zapisanie się do Stowarzyszenia Sieradz Biega. Wszystko to sprawiło, że moja motywacja wzniosła się do granicy, przy jakiej jeszcze nigdy w życiu nie była.
Moje pierwsze sukcesy to przebiegnięcie pierwszy raz w życiu 10 km z czasem 1.03.09. Po jakimś czasie poprawiłem ten czas, jednocześnie pierwszy raz przebiegając cały dystans bez marszu, do 1.00.30.
Nie zamierzam już rezygnować z biegania, gdyż sprawia mi za dużo satysfakcji i przyjemności. Nie zatrzymają mnie również problemy ze stawami kolanowym, które na szczęście ostatnio zanikły miejmy nadzieję, że już na dobre.
Dołączenie do grupy sprawiło, że 31 grudnia 2013 r. wystartowałem w swoim pierwszym biegu sylwestrowym na 10 km w Łodzi.
W planach mam również wystartowanie 13 kwietnia w biegu Dbam o Zdrowie na 10 km oraz 24 maja w biegu ulicą Piotrkowską w Łodzi. Choć wiem, że będzie tego więcej, 2014 r. będzie nowym i lepszym etapem w moim życiu i mojej „karierze” sportowca.
Fakt, że zacząłem regularnie biegać w okresie zimowym sprawia, że jestem silniejszy i wraz z zawitaniem wiosny do naszego kraju (a zapewne będzie to środek kwietnia) będę jeszcze silniejszą osobą i dalej będę dążył do upragnionego celu.
2 stycznia 2014 r.
Rok 2013 był rokiem wyjątkowym. Zacząłem poważniej myśleć o bieganiu, wydłużyłem trasy biegowe, poprawiłem kilka czasów no i najważniejsze - wziąłem po raz pierwszy udział w zawodach !
Bieg ulicami Sieradza był tym pierwszym. Odcinek 5 kilometrów pokonałem w 23.55. Nie czuje się dobrze na takich dystansach, ponieważ bieg jest "za szybki", ale od czegoś trzeba było zacząć ;)
Kolejny udział w zorganizowanym biegu miał miejsce w listopadzie na Święto Niepodległości w Zduńskiej Woli. Odcinek ponad 9 kilometrów pokonałem w czasie 46.37.
Zakończenie roku przypadło na XVII Bełchatowską Piętnastkę na odcinku 15 kilometrów z czasem 1.20.49
Sezon w 2014 roku, poza treningami, chciałbym rozpocząć zawodami 2 marca w Łodzi - Puchar Maratonu DOZ Łódź 25 km. Kolejnym i najważniejszym dla mnie przedsięwzięciem w 2014 roku będzie dzień 13 kwietnia i udział w pierwszym w życiu maratonie - IV Maraton Łódzki Dbam o Zdrowie .
Jak zaczynałem przygodę z bieganiem w 2010 r. po zerwaniu z nałogiem palenia papierosów, obiecałem sobie, że kiedyś wezmę udział w maratonie i go ukończę. Mam cichą nadzieję, że nic się nie wydarzy, nie ulegnę kontuzji i wystartuję. Opłata już wniesiona ;)
Pozdrawiam.
Marcin
2 stycznia 2014 r.
Podsumowując rok 2013 zaliczam do bardzo udanego, nie mając porównania do poprzednich lat, jeśli chodzi o bieganie, ale wiem, że dzięki bieganiu stał się on inny niż wszystkie pozostałe w moim życiu. Bieganie nauczyło mnie samodyscypliny, silnej woli, odporności na stres wszystkie te czynniki bardzo przydają się w życiu codziennym.
Przez cały rok dzięki startą poznałem sporo wartościowych ludzi. Mogłem przyczynić się do powstania Stowarzyszenia GB Sieradz Biega, dołączyłem do grupy w okresie wiosennym, kiedy nie była jeszcze formalnie stowarzyszeniem, wspólne starty treningi wymiana doświadczenia.
Rok 2013 to również pierwsze starty w zawodach. Zaczęło się od startu w maratonie bez wcześniejszej wiedzy. Dowiedziałem się, co to jest ściana w maratonie, byłem bardzo zaskoczony, że nogi tak nagle odmawiają posłuszeństwa, tym jaką role odgrywa nasza psychika, uczuciem kiedy wbiegasz na metę maratonu, wewnętrzną radością.
Bardzo polubiłem bieganie maratonów - w sumie w roku przebiegłem 6 dystansów 42 kilometrowych. Wśród startów mam również mniejsze biegi - dwa półmaratony i kilka biegów na 10km, 5km, bieg górski na 15 km, start w aquathlonie (połączenie pływania z bieganiem).
Ale najciekawsze są biegi ultra, w 2013 r. wystartowałem w dwóch - jeden na dystansie 50 km i drugi na 147 km i właśnie ten drugi coś mi uświadomił na tyle, że go nie ukończyłem i na tyle, że stało się to dla mnie jak obsesja. Wcześniej nie interesowałem się w bieganiu niczym poza stawianiem kroków do przodu. Start w tym ultramaratonie zmienił moje podejście do biegania, nauczył mnie pokory, a jednocześnie pokazał, na ile jest stać nasz organizm, kiedy jest odpowiednio przygotowany.
Tak wiec przez cały ten rok pasja biegania budowała się z dnia na dzień coraz bardziej i bardziej, na tyle, że stało się to dla mnie częścią życia, przyczyną zdrowego odżywiania, stało się to dla mnie sposobem na spędzanie czasu z samym sobą, który uważam za jeden z najcenniejszych. Podczas długich biegów w naszej głowie trwa pewien dialog, warto się w słuchać w niego.
Plany na 2014 r. zacząłem od startu w maratonie noworocznym (rekord życiowy pobity), w planach również maraton wysokogórski, ale takim najważniejszym celem jest debiut w ultramaratonie na dystansie 100 km i pół roku przygotowań pod ten start. Zobaczymy, ile się uda zrealizować. Głowa mówi, że wszystkie a ciało - okaże się podczas przygotowań.
Życzę wszystkim mocnych postanowień na 2014 r. i ich realizacji.
Pozdrawiam Mariusz Wieła
1 stycznia 2014 r.
Koniec roku zawsze jest najlepszą okazją do podsumowań. Oczywiście biegowych również. Zwłaszcza, że przyniósł wydarzenie, które dla amatorskiego biegania w Sieradzu jest zupełnie wyjątkowe, mianowicie założenie STOWARZYSZENIA.
Wyjątkowe, bo nie jesteśmy społeczeństwem spontanicznych inicjatyw, a z pewnością nie
w środowiskach małomiasteczkowych. Tymczasem grupa kilkudziesięciu pasjonatów (płci różnej) potrafiła spotkać się, przebrnąć przez formalne i papierowe zasieki i złożyć do Sądu stosowne dokumenty rejestracyjne.
Wspominam o małomiasteczkowości, bo do niedawna jeszcze widok biegających (obcisłe getry elementem kluczowym) wywoływał głupawy rechot. Sytuacja nieco się zmienia i, podsumowując rok, można powiedzieć, że na nielicznych ironicznych uśmiechach się kończy.
Biegacze, wprowadzamy zatem pewne ożywienie cywilizacyjne!:)
Małe miasteczko, to również kłopot z trasami biegowymi. Pół biedy w weekendy, ale jesienne i zimowe krótkie dni i szybko zapadające ciemności sprawę utrudniają.
Podsieradzkie drogi polne w takich warunkach są mało przyjemne, miejskie chodniki kryją
w ciemnościach (niektóre ulice sprawiają wrażenie celowo zaciemnianych na wypadek nalotu np. obcych) dziury, garby i krzywizny w prosty sposób wiodące biegacza do kontuzji
i urazów. Tak zwany „Park Miejski” po zmierzchu staje się niedostępny. Temat parku to jednak odrębna i późniejsza kwestia – na pisanie i działanie.
Podsumowanie roku przede wszystkim jednak powinno dotyczyć osiągniętych wyników. One to bowiem pokazują, czy założone plany treningowe przynoszą rezultat, na ile poznaliśmy swój organizm, czy dobrze ustaliliśmy plan startów, dietę ……Mnie miniony sezon boleśnie przypomniał o powiedzeniu, że „jeśli chcesz rozśmieszyć los (niektórzy wolą „Pana Boga”) , to rób plany”.
Do października wszystko działo się zgodnie z założeniami. Treningi, starty („życiówki na 10 km i w maratonie praskim), bieganie przygotowawcze w Tatrach i…..w najważniejszym momencie, przed jesiennym maratonem (Poznań) i dwoma półmaratonami złamała się kość palca stopy. Złość tym większa, że kontuzja w dużej mierze była wynikiem stanu dróg w tak zwanym „Parku Miejskim” (jak wspomniałem to temat na osobne pisanie i działanie).
Koniec roku to także pierwsze wspólne treningi biegaczy rodzącego się Stowarzyszenia. Dobra okazja do pokazania (czyt. lansu), bo w końcu sieradz biega, integracji grupy
i wymiany doświadczeń.
W nowym roku życzę wszystkim oczywiście własnych „życiówek”, satysfakcji
i przyjemności z samego biegania, ale także uznania i radości z osiągnięć innych. Jak w drużynie.
Rafał
1 stycznia 2014 r.
Za mną pierwszy pełny sezon biegowy z możliwością pełnego treningu od stycznia do grudnia. Wcześniej bywało różnie - w 2011 r., poza 2 startami na wiosnę, sezon zmarnowany przez kontuzję kręgosłupa, w 2012 r. z pełnymi obciążeniami treningi zacząłem dopiero od maja.
2013 to sezon udany, pełen rekordów na każdym dystansie - od 10 km do maratonu. Czegoż chcieć więcej? Wiadomo - następnych postępów. Udało się wystartować w 12 zawodach, z czego 3 to maratony. Miało być więcej, ale organizm się zbuntował, a konkretnie kolano. Co zostało w pamięci z roku 2013? Kilka ważnych, ciekawych, zabawnych sytuacji. Taki mały subiektywny przegląd wydarzeń i przemyśleń na ten nowy 2014 r. w kolejności przypadkowej:

1) Półmaraton w Pabianicach - wiadomo, blisko Sieradza, warto wystartować. Pojechaliśmy w 7. Było wesoło - wyścig w błocie. Pierwszy start naszej drużyny. Miło wspominam mimo wszystko, choć buty prałem trzy razy.
2) I nocny półmaraton we Wrocławiu - najdłuższa rozgrzewka w życiu – 3 częściowa, zakończona komunikatem o godz. 22, że zawodów nie będzie. 4000 ludzie z radości nie wiedziało co począć.
3) Maraton w Lublinie - miało być pięknie. Walka o 3.30 i śmierć na 40 km. Bieganie maratonu przy 30 stopniach dobre jest dla Kenijczyków. Europejczyk Środkowo-Wschodni pada jak mucha - o szybkim bieganiu można zapomnieć
4) Maraton wrocławski i rekord życiowy. Fajny, deszczowy bieg. Wrocław stanie się chyba moim żelaznym punktem każdego sezonu.
5) Kilometraż - udało mi się pokonać ponad 3150 km na treningach. Zastanawiam się, czy na tym etapie amatorskiego biegania, było to mądre. Okaże się w kolejnym sezonie.
6) Możliwość wspólnych treningów - cieszy mnie, że w 2013 coraz częściej trenujemy razem. W zeszłym już roku miałem przyjemność trenować m.in. z Wojtkiem Piekarczykiem, Rafałem Błaszczykiem, Mariuszem Wiełą, Tomkiem Jasiewiczem. Człowiek może pogadać, pośmiać się, ale i podsłuchać, co tam koledzy robią na treningach i zaadaptować dla siebie:) Od listopada zaczęliśmy biegać w sieradzkim parku na otwartych treningach w gronie dużo szerszym, co cieszy i oby udało nam się utrzymać taką formułę w 2014 r.
7) Stowarzyszenie - udało się! To co było wpierw jeno mglistym planem, nabrało realnych kształtów. W listopadzie powołaliśmy do życia Stowarzyszenie biegowe. Wszystko w naszych rękach i nogach, a póki co w rękach urzędników. Biurokracja aktualnie przerabia nasz wniosek.
8) Młodzież - sukcesem tego roku jest zachęcenie do biegania ludzi młodych. Pozdrawiania dla nich, zwłaszcza dla Klaudii, Jędrzeja i Jacka. Ponoć młodzież przyszłością narodu, partii, religii i innych tworów. Jak dla mnie może głównie przyszłością naszego biegania.
9) Plany - ho ho. Ile planów w głowie. Oby choć część się udała. Biegowe osobiste są dwa - 1.26-1.28 w półmaratonie, 3.15 w maratonie. Ambitnie? Tak, zdecydowanie ambitnie. Ale trzeba próbować. Najwyżej się nie uda. Jak się nie uda teraz - uda się za czas jakiś. Dychy biegać nie znoszę, więc niech się tu dzieje co chce.
Pozabiegowe - rozwój Stowarzyszenia oraz zachęcenie do bieganie kolejnych biegaczy

Wszystkiego dobrego w 2014 r.
Artur