NASZE IMPREZY Aktualności | Sieradz biega
Strona główna
Regionalny Weekend Sportu
Aktualności
Najbliższe starty
Nasze wyniki
Stowarzyszenie
Galerie
Sylwetki zawodników
Porady biegowe
Trenuj z nami
Kalendarz biegów
Ultrabieganie
Triathlon
Odżywianie
Trening
Kontakt
NASZE IMPREZY

PARTNERZY
CZŁONKOWIE
WSPIERAJĄCY
PATRON MEDIALNY






Aktualności

Aktualności z roku: 2017 2016 2015 2014 2013

15 czerwca 2017 r.
Na zawody wybrałem się z parą znajomych, Aniką i Bartkiem. Były to już „któreś” nasze wspólne zawody. Umówiliśmy się już na miejscu, w Zawoi . Dotarłem nieco spóźniony chwilkę po odprawie dla zawodników, zjedliśmy szybka kolację i zaczęliśmy się pakować do startu i przygotowywać do snu. W międzyczasie odebrałem pakiet startowy, wolontariuszka sprawdziła sprzęt obowiązkowy i tu mapę miałem ale o tym później. Była godzina 21-sza a start o godzinie 3.00 a więc snu za wiele to nie zostało, jeżeli jeszcze do tego dodamy pobudkę o 2.00 i problemy z zaśnięciem w spartańskich samochodowych warunkach to robiło się … jak zwykle ;)
Pobudkę pominę, wyglądaliśmy jak zoombie . Oddaliśmy worki na przepak i udaliśmy się na linię startu w międzyczasie robiąc fotkę pod wyciągiem Mosorny Groń.
Odliczanie 10,9,8… i heja w górę. Narciarze tędy zjeżdżają, my szliśmy skupieni a w myślach kołatało mi się „ tylko nie szarżuj, nie szarżuj „
I.
Pierwsze kilometry bez niespodzianek, wyżej zrobiło się cieplej a my na długi rękaw ale było komfortowo. Do pierwszego punktu żywieniowego było ok. 28 km, daleko. Miałem we flaskach tylko 1,5 L płynów i wiedziałem że może być za mało. Liczyłem na strumienie po drodze i nie zawiodłem się. Tankowałem wodę dwa razy a więc na niecałych 30 kilometrach wypiłem ok. 3 L . Punktów kontrolnych z pomiarem czasu za to było kilkanaście, co się nie obejrzałem to mata i piknięcie.
Trasa trudna technicznie. Dużo kamieni, korzeni do tego strome podejścia i zbiegi. Tak jak zapowiadali organizatorzy, ta pierwsza część miała być bardziej dzika i taka była. Momentami zbiegaliśmy ze szlaku i wbiegaliśmy np. w młody zagajnik czy przecinaliśmy strumienie kilkukrotnie o jeżynach nie wspomnę. Oszczędzaliśmy stopy żeby za bardzo ich nie zmoczyć ale nie za każdym razem się udawało. Chlupot w butach był . Tu gdzieś zaliczyłem delikatną wywrotkę i zbiłem kolano, na szczęście nie groźnie i tylko zostało małe otarcie skóry. Pierwsze wejście na Babią to zielony szlak bodajże od południa. W jednym miejscu leżał śnieg, który przecinaliśmy na podejściu i zejściu.
Na szczycie piknięcie na macie, chwilkę pogadane z ratownikami GOPR i heja w dół tą sama trasą. Fajna formuła. Raz że widzisz ile osób jest przed tobą i za tobą to jeszcze można poznać trasę zbiegu o ile ktoś jest pierwszy raz.
Tu zaliczyłem drugą wywrotkę i zjechałem tyłkiem po zmrożonej brei, dolałem wody do butelki ze strumienia i pobiegłem w dół. Na trasie tasowaliśmy się z Bartkiem. Raz ja prowadziłem, raz on, oddalaliśmy się od siebie by za chwilę się znów spotkać. Przed punktem żywieniowym organizatorzy zapowiadali przejście strumieniem, myślimy sobie łeeee tam, nie może być tak źle. Było czadersko! Lodowata woda do kolan, momentami w wypłukanym korycie i po udo i tak brodziliśmy przez kilkaset metrów. Po wyjściu ze strumyka odhaczyliśmy się na macie , pobraliśmy worki i zaczęliśmy się przebierać. Założyłem bezrękawnik bo słoneczko już przygrzewało coraz mocniej, zmieniłem skarpetki i buty na suche bo akurat miałem, pojadłem arbuzów i dalej w drogę.
II.
Drugie wejście było poprowadzone granicą polsko-słowacką. Co jakiś czas na drodze pojawiały się słupki graniczne, które często nam służyły za miejsce do chwili wytchnienia. Miałem wtedy taką ochotę na jagody, które rosły niemal na każdym kroku, piękne wielkie krzaki ale niestety jeszcze nie dojrzałych owoców. Na szczycie Odhaczenie się na macie i z powrotem tą samą droga w dół. Było stromo, kamieniście i niebezpiecznie. Na dole punkt żywieniowy i sprawdzenie sprzętu obowiązkowego. Nie wiem jak ja to zrobiłem ale pakując się wieczorem zapomniałem wsadzić do plecaka mapy. No cóż, frycowe się płaci. Dostałem 30 min kary doliczanej do czasu na mecie.
Powoli zaczęła psuć się pogoda. Mówią że na Babiej to standard i tak było. Chmury zeszły nisko przykrywając Małą Babią którą atakowaliśmy od dołu. Zrobiło się jak w horrorze. Zimno, wilgotno, mgła a raczej chmury, temperatura spadła i zrobiło się zimno. Na szczęście nie było słychać grzmotów ponieważ burza mogłaby pokrzyżować nasze plany. Organizatorzy zapowiadali że jak zacznie grzmieć to będą zawracać na dół zawodników .
III.
Ostatnie podejście najtrudniejsze, żółtym szlakiem przez Perć Akademików. Cały czas padał deszcz, kamienie śliskie . Łańcuchy asekuracyjne mokre, dłonie zmarznięte ( a w plecaku rękawiczki ale po co :P ) ale trzeba jakoś wejść. Ratownik który tam był w pogotowiu zaproponował złożenie kijków, będzie łatwiej wchodzić. Faktycznie, nie przeszkadzały.
Po wspinaczce ostatni już etap, ok. 200 m do szczytu. Zaczęło wiać, temperatura odczuwalna ok. 4-5 stopni. Ratownicy pogratulowali i życzyli bezpiecznego zbiegu, oczywiście tą samą drogą wszak trzeba było zabrać kijki . Na jakieś 4 km przed metą odłączyłem się od Bartka i pogoniłem na złamanie karku w dół, czułem się świetnie a noga podawała. Wyprzedziłem jeszcze pięciu zawodników. Trzeci upadek był na szczęście na mokrej trawie, buty miałem typowo na skałę i na błocie nie dały rady. Za szybko biegłem i zaliczyłem glebę. Obyło się bez urazów. Już słyszałem spikera, przyspieszyłem, runda honorowa przy parkingu i wbieg na metę. Na mecie medale wręczał komisarz Friedek, znany z serialu W11 i Detektywi.
Za rok tu wrócę zdobywać Babią co najmniej 4 a może i więcej razy ;)
Marcin Walczuk, Sieradzbiega.pl
2 maja 2017 r.
Zapraszamy na trening w środę, 3 maja na godz. 18.30 do sieradzkiego parku koło stadionu MOSIR
24 kwietnia 2017 r.
Zapraszamy na trening otwarty we wtorek, 25 kwietnia na godz. 18.30 do sieradzkiego parku koło stadionu MOSIR
10 kwietnia 2017 r.

Minął tydzień od startu w Manchester Maraton, dopiero dziś zebrałem się do napisania kilku zdań. Od dłuższego czasu już nic nie pisałem, z dwóch powodów ograniczyłem starty do minimum. Kilka zmian w życiu przyczyniło się do zaniedbania pisania, Najważniejsze, że znajduje czas na treningi, są one dla mnie bardzo ważne. To jedyny stan w ciągu dnia, gdzie czuje się najlepiej i chociaż trudno czasem po całym dniu pracy wyjść pobiegać, to jednak jest coś, co mnie zmusza do tego, w tym, cele które sobie stawiam. Droga do nich czasem jest ciężka, ale warta wytrwania, wszystko trzeba w życiu zaplanować.
Od początku. Grudzień 2016 r. nie był dla mnie miesiącem biegowym, wykonałem kilka treningów, ale bardziej, żeby poczuć się lepiej, niż jako część jakiegoś planu. Wszystko zmieniło się 1 stycznia 2017 r. Dd jakiegoś czasu mieszkam w Wielkiej Brytanii. W ten dzień, mimo że pogoda była bardzo deszczowa, rano postanowiłem, że nowy rok zacznę mocnym akcentem biegowym. Wyszedłem na zwykły trening z niezwykłym jego skutkiem. Biegło mi się wyjątkowo dobrze, jak to przy każdym treningu setki myśli przechodzą przez głowę, wyłapuję te najlepsze. A w nich jedna - wykonać plan. Plan pod co? Znalazłem niedaleko mnie zawody biegowe na dystansie półmaratonu Hillingdon Half Marathon 19 lutego. Trochę trudno w półtora miesiąca zrobić coś konkretnego. Jednak zaryzykowałem, plan układałem z tygodnia na tydzień, wedle swojego wyczucia, jednostki treningowe nakładałem tak, że każdy tydzień był zakończony innym kilometrażem i intensywnością treningów. Przyniosło to rezultat - 19 lutego półmaraton zakończony wynikiem 1:24:13 Zmotywowało mnie to podjęcia startu w maratonie. Nie wiedziałem jeszcze kiedy i gdzie. Tego dystansu nie biegłem od marca 2015 r., gdzie w Los Angeles pobiegłem z czasem 3:46:52, natomiast mój rekord życiowy miałem z Maratonu Warszawskiego z 2014 r. - czas 3:32:45. Te czasy są dobre, jednak wiedziałem, że stać mnie na znacznie więcej, zwłaszcza, że w ostatnim czasie treningi stały się moją mekką, motywowały mnie. W ciągu tygodnia po starcie w półmaratonie podąłem decyzję o starcie w Manchester Marathon. W pierwszej kolejności przenalizowałem dotychczasowe treningi i wprowadziłem kilka zmian. Mocne treningi tempowe, biegi ciągłe jednak nie dłuższe niż 27 km, ale po których wykonaniu nie wiedziałem, jaki mamy dzień :) Interwały i podbiegi. Wszystko składałem każdego tygodnia, w różnych kombinacjach i obciążeniu. Nie zrobiłem więcej niż 75 km tygodniowo, każdy tydzień był inny. W połowie marca wiedziałem, że będę w stanie walczyć o wynik poniżej 3 h. Prawdę mówiąc tylko to mnie interesowało, nie wyobrażam sobie innego czasu. Może to troszkę arogancie, ale takie jest bieganie. Chcę biegać szybciej, chciałem maraton przebiec poniżej 3h, to był mój cel. Sam start w maratonie był dla mnie również symboliczny, dzień wcześniej miałem swoje 32 urodziny. Począwszy od tego dnia wszystko w życiu każdego dnia chcę układać do perfekcji - mojej własnej oczywiście :)
1 kwietnia to dla mnie jak nowy rok kalendarzowy. 1 kwietnia wyjechałem z Londynu do Manchesteru, po około 5 h byłem na miejscu. Miasto przywitało mnie dość imprezowo, była sobota wieczór, wszystko dookoła pulsowało życiem, włącznie z Hostelem, w którym się zameldowałem. Przez chwile zastanawiałem się czy zasnę, jednak po godzinie 1, wszystko się unormowało, tylko z za okna dolatywał rytm muzyki z klubów. Wstałem o godzinie 6, zjałlem symboliczne śniadanie maratończyka - bułka z dżemem, dołożyłem pączka. Tramwajem miejskim dojechałem na Old Traford - tutaj poczułem moc maratonu. Około 10.000 biegaczy, strefy startowe. Czułem się wyśmienicie, oddałem depozyt, wybrałem się na start, krótka rozgrzewka. Wiedząc, że na trasie są punkty z żelami, nie brałem balastu ze sobą. Aby złamać 3h w maratonie trzeba ten dystans przebiec w tempie 4:15 na km. Wszystko jest fajnie, tylko jak to w maratonie - po 30 km zaczyna się bieg. Podchodząc troszkę ambitnie, postanowiłem, że będę biegł w tempie 4:10. a wszystko się zweryfikuje po około 2 godzinach, czy byłem przygotowany.
Wystartowaliśmy. Trudno opisać bieg uliczny sam w sobie, trasa nie była atrakcyjna, nie prowadziła przez centrum miasta, tylko jego obrzeżami. Ja sam skupiłem się tylko i wyłącznie na tempie przyjmowaniu wody i żeli. Tempo, które sobie założyłem przed startem uciekło na drugi plan, uznałem że 2-3 sekundy nie zrobią różnicy. Czas jak i dystans szybko mijał, w połowie miałem czas 1:27:45 - tutaj tempo oscylowało w granicach 4:07 - 4:08, byłem zadowolony i zastanawiałem się, jak długo to wytrzymam, Przy takim tempie skończyłbym maraton w około 2:55. Jednak z doświadczenia czekałem i przyszedł kryzys energetyczny. Zwłaszcza, że na 21 km miałem dość spory wiadukt do pokonania, na którym coś już poczułem. Jednak trasa była tak ułożona, że zaraz na zbiegu z wiaduktu kibice dopingowali zawodników, a to jest coś, co uskrzydla. Nie zwalniałem - na 30 km tempo 4:08, czas 2:04. Jestem zadowolony, czuje się dobrze, brak oznak zmęczenia mięśni. Często miałem tak, że skurcze weryfikowały moje tempo, nie w tym przypadku. Tempo zaczęło psuć się po 35 km. Tutaj już najważniejszym treningiem jest motywacja. Przyszedł czas na maraton. Zacisnąłem zęby z myślą, że się nie poddam. Odliczałem km jeden za drugim. Skoro wytrzymałem 35 km, wytrzymam jeszcze 7 km. Powtarzałem sobie - to tylko 7 km, tylko 6 km, tylko 5 km, 38-40 km był dla mnie koszmarem. Wydawało mi się, że bardzo zwolniłem i nogi odmówią dalszej współpracy. Tempo na tych kilometrach spadło do 4:19- 4:20, na ostatnim punkcie upadł mi żel. Pewnie i tak mi by nic nie pomógł, ale szybko się schyliłem, podnosząc go. Może tak miało być, ta chwila jakby była momentem, w którym zebrałem siły i zacząłem przyśpieszać, ostatnia prosta to około 700 m, ciągnęła się strasznie, jednak spoglądając na zegarek, byłem bezpieczny, tempo z biegu 4:10. Wbiegam na metę, widzę czas 2:56:14, jestem bardzo szczęśliwi. Nie ukrywam, że było to moje marzenie w tym dniu, które sam spełniłem.
Wypracowałem treningami, czasem pracując po 10 h w ciągu dnia, kolejne 2h wieczorem spędzałem na bieżni biegając w koło, czasem o wschodzie słońca zaczynałem treningi, czasem w deszczu kończyłem. Nie poddając się mając cel, motywując się.
Mario
» profil   
6 kwietnia 2017 r.
Startem w Dębnie Jędrek zapewnił sobie Koronę
Warunkiem jej zdobycia jest ukończenie maratonów w Dębnie, Krakowie, Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu w ciągu kolejnych dwóch lat kalendarzowych (w ciągu 24 miesięcy, licząc od daty pierwszego ukończonego maratonu)

- 13.09.2015 XXXIII Wrocław Maraton - 4:13:38
- 11.10.2015 XVI Poznań Maraton - 4:38:16
- 15.05.2016 XV Cracovia Maraton - 4:08:25
- 25.09.2016 38. Maraton Warszawski - 3:56:54
- 02.04.2017 44. Maraton Dębno - 4:12:57

Gratulacje!
5 kwietnia 2017 r.
Truizmem jest stwierdzenie „Jak sobie wytrenujesz, tak sobie pobiegniesz” Zawsze jest jednak jakiś element ryzyka i nigdy nie można do końca być pewnym, że wszystko pójdzie po naszej myśli. Na szczęście w tym przypadku mogę powiedzieć, że czynniki zależne ode mnie zostały spełnione a szczęście też sobie „zorganizowałem”.
Początkowo założenia na ten bieg były takie, żeby złamać 3:40, co oznaczało bieg średnim tempem 5:12. Plan rozpocząłem pod koniec listopada mając za sobą 2 miesiące całkiem przyzwoicie przetrenowane z dobrymi startami w Kościanie i Bełchatowie. W miarę upływu czasu okazało się, że raczej będę w stanie pobiec trochę szybciej a „czynniki wyższe” sugerowały nawet próbę ataku na 3:30. Obawiałem się tego ryzyka choć w głębi serca marzyłem i nadal marzę o tym wyniku. Treningi szły zgodnie z planem, niejako po drodze poprawiłem swój czas w półmaratonie, ostatnie 2 tygodnie to już szlif formy i nagle okazało się, że siedzę w samochodzie z Jędrkiem i Arturem, zmierzając na zachód. Do Dębna jest kawał drogi więc wybraliśmy opcję z noclegiem.
Okazało się, że w hotelu odbywało się wesele, więc wieczór umilały nam, jakże obecnie poprawne politycznie dźwięki „disco polo” Na kolację makaron i paczka ciastek, obejrzeliśmy trzecią część Hobbita, poczytałem trochę i spać. O 7 pobudka, na śniadanie dla odmiany spaghetti, już bez ciastek.
Za oknem prawie bezchmurnie i niestety ciepło. Podczas krótkiej rozgrzewki, plan aby biec na 3:30 odkładam na następny raz. Postanawiam trzymać się założeń czyli 3:35, a w razie poważniejszych problemów zrealizować plan minimum czyli 3:40.
Startujemy, początek oczywiście szarpany, ale w miarę szybko stabilizuję tempo i włączam „autopilota”. Na początek 2 małe pętle po mieście, dość szybko robi się luźno, masa biegaczy mnie wyprzedza, nie poddaję się pokusie przyspieszenia i biegnę swoje. W okolicy 10 km wyruszamy na pierwszą duża pętlę. Punkty odświeżania były umiejscowione chyba co 3 km, więc nie groziło mi odwodnienie a słoneczko zaczynało przygrzewać. Do 21 km docieram bez żadnych sensacji w czasie 1:47:07, wiec zgodnie z planem. Pamiętam, że to dopiero połowa w dodatku łatwiejsza. Kolejna mała pętelka i po raz drugi wybiegam za miasto. Przy znaczniku 27 kilometra zaświtała mi myśl, że do końca został dystans mojego zwykłego treningu i tak naprawdę to jeszcze tylko godzina i piętnaście minut biegu. Czułem się świetnie nic nie wybijało mnie rytmu. Po 30 km nie ma oznak ściany a od 34 km zaczynam „hurtowo” wyprzedzać kolejnych biegaczy. Coś takiego naprawdę uskrzydla i zacząłem wierzyć, że dobry rezultat jest w zasięgu. Powrót do miasta i po raz ostatni mała pętla. Zostało 3 km biegu. Znów mówię sobie, że to tylko 15 minut. Kiedy dobiegłem do znacznika 41 km i została ostatnia prosta do mety nic już nie mogło mnie zatrzymać. Ostatni kilometr pokonuję w 4:55 i wpadam na metę.
Czas końcowy to 3:33:43. Cieszę się, że nie zaryzykowałem biegu z pacemakerami na 3:30 bo mógłbym zapłacić za to o wiele gorszym rezultatem. A tak przebiegłem całe zawody jak po sznurku, przekraczając plan optimum. Nie można być zbyt zachłannym. Na jesieni też są fajne biegi.
Około 2 godzin zajmuje nam zebranie się do kupy, zapakowanie do samochodu i jazda do Sieradza. W domu jestem parę minut po północy ( i dwóch kebabach).
I to wszystko, trochę odpoczynku i trzeba wracać do treningów. Zadanie wykonane.
Pozdrawiam
Sebastian
» profil   
5 kwietnia 2017 r.
Start w Dębnie odbił trwały ślad na mojej psychice biegowej i na pewno przyczyni się jeszcze do wielu sukcesów. Nie mogę go jednak zaliczyć do udanych. Nie chodzi mi tu o organizację i całą otoczkę biegu do której naprawdę nie można mieć żadnych zarzutów. No może poza startem o godzinie 11. Raczej mam tu na myśli własne startowe niepowodzenie.
Wpływ na zły start mogą mieć czynniki zależne od nas i te na które wpływu nie mamy. Po przeanalizowaniu wszystkiego doszedłem do wniosku, że w moim wypadku oba te elementy przyczyniły się do nieudanego biegu.
Zacznę od tego, że plan pod Dębno był pierwszym tak poważnym planem, który wymagał ode mnie naprawdę sporo zaangażowania, poświęcenia czasu i włożenia ogromu wysiłku. Treningi zacząłem już pod koniec listopada. Każde wyjście na trening było po godzinie siedemnastej, po ciemku i w niskich temperaturach. Najbardziej cierpiała psychika, która strasznie tęskniła za bieganiem za dnia. Parę treningów odpuściłem co jest normalną rzeczą. Niemniej wykonałem blisko 80% planu i byłem naprawdę zadowolony i czułem się przygotowany. Pod względem treningowym nie mam sobie więc nic większego do zarzucenia.
Moim sporym problem w ostatnich miesiącach było odżywianie się. Na starcie maratonu stanąłem kilka kilogramów cięższy nić zawsze, choć nie czułem się przez to powolniejszy czy też jakiś ograniczony. Samo odżywianie tuż przed startem też nie poszło najlepiej. Na dziesięć minut do wystrzału startera odczuwałem najzwyklejszy głód. Prowiantowo też się nie przygotowałem, stosując technikę z poprzednich startów, gdzie odżywiałem się tylko tym co napotkałem na trasie.
Czas przejść do czynników niezależnych ode mnie. Tutaj należy wspomnieć, że umocniły one tylko to co się potem zdarzyło. Przez złe odżywianie, głód i brak przygotowania żywieniowego niemiałem zwyczajnie sił i energii na pokonanie dystansu maratońskiego w założonym czasie. Choć wydolnościowo i treningowo byłem przygotowany. Cały ten proces nasilił się przez pogodę. Zbyt gwałtowny skok temperatury w ostatnich dniach dał mi się mocno we znaki. Przed samym startem już czułem się dziwnie. Po osiemnastym kilometrze zacząłem mieć lekkie zawroty głowy. Natomiast po dwudziestym trzecim musiałem przejść do marszu. Niestety, wszelkie marzenia o wyznaczonym przez siebie czasie w tym momencie zniknęły. Pozostałem sam na sam z najgorszym koszmarem, czyli myślami. Towarzyszyły mi one przez resztę dystansu podpowiadając żebym zakończył tę mordęgę. Nie miałem kompletnie sił, były momenty że ledwo powłóczyłem nogami. Nie poddałem się i po ciężkich i nierównych zmaganiach dotarłem do mety.
Mam sobie naprawdę sporo do zarzucenia. Po biegu byłem załamany i wykończony. Jeszcze nigdy tak źle się nie czułem po dotarciu na metę. Po wielu miłych słowach i ochłonięciu troszeczkę się uspokoiłem. Włożony trud w treningi nie zniknie, przy odpowiednim treningu wszystko jeszcze pięknie zaowocuje. Już wiem, że potrafię się fizycznie przygotować, teraz pozostaje dogranie tej całej otoczki. Należy pamiętać, że dystans maratoński nie bez powodu jest nazywany królewskim. Samo dotarcie na metę jest sukcesem.
Dodatkowym powodem ku radości było zwieńczenie Korony Maratonów Polski, czyli pokonanie pięciu największych maratonów (Warszawa, Wrocław, Kraków, Poznań, Dębno) w ciągu 24 miesięcy. Teraz wiem, że gdybym miał zacząć od nowa koronę to zwyczajnie bym jej zrobił. Jakiś ogromny sukces to nie jest, ale włożony trud i pieniądze są spore. Cała logistyka tego przedsięwzięcia zajmuje naprawdę sporo czasu, a pod uwagę trzeba jeszcze wziąć przygotowania treningowe.
Dębno Maraton na pewno pozostanie na długo w mojej pamięci i wyciągnę z niego sporo dobrego.
Poniżej podsyłam ciekawy artykuł mówiący o Koronie Maratonów Polski - https://trenerbiegania.pl/blog/ile-kosztuje-korona-maratonow-polskich
» profil   
28 marca 2017 r.
W związku z większym niż się spodziewaliśmy zainteresowaniem naszym biegiem, postanowiliśmy zwiększyć limit do uczestników do 250 osób i otwieramy ponownie zapisy
decyduje kolejność zgłoszeń

22 marca 2017 r.
Mamy nowy rok, czyli nowe wyzwania i cele, które chcielibyśmy zrealizować. Jednym z moich postanowień jest pisanie relacji bez jakichkolwiek przerw jak to się ostatnio zdarzyło. Wpływ na to miało sporo czynników do których nie ma co za bardzo wracać. Czas skupić się na tym co jest teraz. A co mamy? Końcówkę marca i dopiero pierwszy start w tym roku! Oho, ktoś tu biegowo dojrzewa. Nieskromnie powiem, że tak. Zacząłem wybierać tylko takie starty, które: a) są uprzedzone wieloma wyrzeczeniami i litrami potu wylanego na treningu, b) są to wyjazdy iście towarzyskie w gronie rodziny biegowe w celu polepszenia integracji. Pierwszy start w tym roku należy do tej pierwszej grupy. Choć należy zaznaczyć, że nie jest to start docelowy, a jedynie przystanek i test przed takowym biegiem. Mowa o Lesznie, a dokładniej II Leszczyńskim Półmaratonie Duda-Cars jak brzmi pełna nazwa. Start potraktowany jako test przed Dębnem, który już za dwa tygodnie i sprawdzeniem co i ile przyniosły ciężkie treningi z ostatnich miesięcy. Przyniosły sporo dodatkowego doświadczenia. Przede wszystkim dowiedziałem się, że zwyczajnie nie chce mi się startować już na ‘byle jakiej’ imprezie. Jeżeli już mam wydać pieniądze, a te na start obecnie są naprawdę nie małe, to ma mi to przynieść satysfakcje i radość. A ta ostatnio jest wtedy, gdy zrobię wiele by ten start wypadł jak najlepiej.
Leszno jak już pisałem miało być jedynie testem, ale byłe jednocześnie mocnym przetarciem i odzyskaniem świeżości po ciężkim planie, który naprawdę mocno mnie zmęczył. Na średnio daleki wyjazd wybrałem się z Sebastianem. Wyjeżdżaliśmy pełni obaw, dzień zapowiadał się wietrznie co mogło nam mocno pokrzyżować plany. Po ponad dwóch godzinach jazdy, Leszno przywitało nas ku naszemu zaskoczeniu miłym odczuwalnym ciepłem, słońcem i znikomym wiatrem. Idealna pogoda, nie ma co! Kurde, nawet nie będzie ewentualnej wymówki… Miałem konkretny plan czasowy który chciałem w Lesznie zrealizować, ale za bardzo nie wiedziałem czy dam radę go osiągnąć i jakim nakładem sił. Tym celem była granica godziny i trzydziestu pięciu minut. Z takim też nastawieniem ustawiłem się na starcie. Ruszyłem spokojnie, musiałem sam nieco siebie hamować. Sebastian zaczął znikać mi z oczu wśród pozostałych biegaczy, natomiast ja jak po sznurku zwanym własnym celem, realizowałem i pokonywałem kolejne kilometry. Szło fantastycznie, biegło się wręcz idealnie. Startowa pogoda, równa i dobrze przygotowana trasa, piękne miasto – nic tylko biec.
Półmaraton w Lesznie składał się z dwóch równych pętli. Zaczynał i kończył się w centrum rynku wśród poniemieckiej architektury. Jedynym elementem na który można by coś zgonić to bruk, który naprawdę wymęczył chyba wszystkim równo nogi. Wracając do samego biegu, systematycznie co pięć kilometrów starałem się nieco zwiększaj swoje tempo. Tak też robiłem. Po 13 km udało mi się wyprzedzić Sebastiana i biegłem dalej swoim rytmem z bardzo optymistycznym nastawieniem. Nie obyło się jednak bez lekkiego kryzysu na 19 km. Standard, przecież zbyt łatwo nie może być prawda?
Podsumowując był to jeden z moich najbardziej udanych startów. Nie dość, że będę bardzo mile wspominać Leszno jako naprawdę piękne i zadbane miasto, to jeszcze mają szybką trasę, co sam mogę potwierdzić. Ostatecznie na metę wbiegłem z wynikiem 1:34:01. Daje to naprawdę ciekawy obraz przed całym sezonem. Miejmy nadzieje, że ciężko przepracowana zima się zrekompensuje. Pierwszy pozytywny zalążek już mamy!
Jędrek
» profil   
21 marca 2017 r.
I Setka Komandosa to bieg na ultra dystansie w nietypowej formule. Pierwsze 10 km biegu zawodnicy przemieszczają się w pełnym umundurowaniu z plecakiem 10 kg, kolejne 30 km tylko w pełnym umundurowaniu a ostatnie 60 km w stroju dowolnym. Bieg odbywa się na pętli 20-to kilometrowej.
Do Lublińca przyjechałem w piątek wieczorem, trochę błądziłem zanim znalazłem ośrodek Silesiana w Kokotku ale udało się. Biuro zawodów jak i przepak był zorganizowany w hali sportowej. Przed halą był punkt pomiarowy. Odebrałem pakiet startowy i zacząłem szukać swojego boksu z numerem 52. Boksy, to wyznaczone na parkiecie miejsca dla każdego zawodnika ok metra kwadratowego dla każdego. Ciekawy pomysł z którym się jeszcze nie spotkałem. Zacząłem znosić swoje rzeczy z samochodu i powoli szykować się do startu. Z głośników padła komenda do ważenia plecaków, mój ważył 11 kg a więc kilogram w gratisie. No cóż, pośpiech w przygotowaniach. Do tego doszły jeszcze dwa bidony 0,7 L na pierwszą pętlę. Zostało jeszcze kilkanaście minut do startu, słowo od Dowódcy JWK i organizatorów biegu i rozeszliśmy się przed halę . Wspólne odliczanie od dziesięciu i pierwsze myśli, dam radę ? Wszystko mam dograne logistycznie ? Czy nie popełniłem jakiegoś błędu ? No cóż, za późno już na zmiany...
Pierwsze 10 km planowałem przejść szybkim marszem w tempie ok 7:30-8:00 min/km ale jak to zrobić jak wszyscy biegną . Pierwsze założenie legło w gruzach, pobiegłem. Balem się że to się później zemści ale jak to zawsze bywa, stwierdziłem że jakoś tam będzie. Tempo ok 6 min/km i tak dotarłem do 10-go km gdzie stał samochód i ekipa odbierająca plecaki. Wyjąłem jeden bidon i pobiegłem dalej. Pierwsze kilkaset metrów było dziwnym i śmiesznym przeżyciem. Rzucało ciałem na boki i nie mogłem złapać równowagi, czułem się jak na statku. Do hali kończąc pierwsze kółko dotarłem po 1 h i 57 min, wziąłem z boksu przygotowaną kamizelkę biegową z żelami i piciem i wyszedłem na drugie kółko. Pogoda dopisywała, lekko mżyło ale było znośnie. Na ok 30-tym kilometrze dogonił i zrównał się ze mną zawodnik, patrzę, na ramieniu plakietka 16 batalionu powietrzno-desantowego z Krakowa. Służyłem w tej jednostce przez ok 2 lata i mnie natknęło żeby zagadać, zapytać o znajomych. Zamieniliśmy kilka słów i tak już zostało przez kolejne ... 70 km. Okazało się że Krzysiek pierwszy raz biegnie 100 km ale za to ma doświadczenie w biegach ekstremalnych organizowanych m.in. przez WKB Meta a więc Maraton Komandosa , Bieg o Nóż Komandosa czy Bieg Katorżnika. Drugie kółko zakończyliśmy po 2 godz i 1 minucie. Tu mieliśmy zaplanowany dłuższy postój. Większość uczestników biegu przebierała się w stroje sportowe i trochę to trwało, nie sprawdzałem dokładnie ale kilkanaście minut na pewno. Już na sportowo wybiegliśmy na trzecie kółko. Lżej. O wiele lżej. Takie było pierwsze wrażenie. Gdzież tam w głowie kołatała się myśl że jeszcze 60 km, że bieg dopiero się rozkręca a silna głowa i wybiegane treningowo kilometry zaprocentują na ostatnim kółku.
Trasa była łatwa, technicznie wręcz prosta. Ok 2-3 km to asfalt i bieg przez wioski, pozostała część to las i tu było różnie. W jednym miejscu był kopny piach i tu się zwalniało ale w większości to ubite leśne dukty, szuter i troszkę kamieni. Była dobrze oznakowana. Taśmy, tabliczki z kierunkiem ruchu i lampki rowerowe z czerwonym migającym światłem nie dały się zgubić.
Do hali kończąc trzecie kółko wbiegliśmy po 2 godz i 33 min, trochę dłużej niż wcześniejsze ale w ten czas wliczone było przebieranie się po drugim kółku i kolejne kółko "lapowałem" przed wbiegnięciem na halę.
Wybiegając na czwarte kółko znaliśmy juz orientacyjnie wyniki. Wiedzieliśmy kto jest przed nami i kto na goni. Teraz rozpoczynała sie walka. Musieliśmy dobrze to rozegrać taktycznie. Przez cały bieg regularne picie i jedzenie procentowało. Piłem co 20 minut a jadłem co 50, stale kontrolowałem tempo a może i nie. To Krzysiek, on pilnował czasu. Wiadomym było że nie da się przebiec stu kilometrów bez marszu i tym samym tak odpoczywaliśmy. Dwa kilometry biegu w tempie ok 5:30-6:00 min/km i kilometr szybkiego marszu i tak kilka razy. Czwarte kółko zakończyliśmy po 2 godz i 29 min.
Ostatnie dwadzieścia kilometrów zapowiadało się dobrze. Chcieliśmy tylko ukończyć a tu z obliczeń wychodziło że uda nam się ukończyć na 5 i 6 miejscu ! Szok i niedowierzanie stawało się coraz bardziej realne. Krzysiek "chomik" mówi do mnie leć, masz więcej siły. Czekałem. Bałem się że każde dociśnięcie może skończyć się kryzysem. Na ok 1,5 km przed metą odłączyłem się i podążałem już sam. Tempo ok 4:30 ! Nie wiedziałem że mam jeszcze takie pokłady siły i energii. Wbiegłem na metę po 11 godz i 19 minutach ! Nie spodziewałem się takiego wyniku. Gdzieś mi przemknęło przed startem ukończyć przed dwunastoma godzinami ale bardziej realne było ok 13-14 godz. Ostatnia pętla wyszła 2 godz i 17 min, niemalże cały czas biegliśmy. Na mecie dostałem bluzę "finiszera" i zaczekałem na "chomika", pogratulowaliśmy sobie biegu i udaliśmy się na odpoczynek.
Dekoracja odbyła się na hali po zakończeniu zawodów. Medale wręczał każdemu zawodnikowi D-ca Jednostki Wojskowej Komandosów. Za rok tu wrócę...
Marcin
» profil   
20 marca 2017 r.
Zapisy ruszyły :)

Przypominamy, że:
- zgłoszenia dokonywane są wyłącznie przez Internet do wyczerpania limitu, maksymalnie do dnia 7 maja 2017 r.
- każdy uczestnik ma obowiązek potwierdzić swój udział w dniu 8 lub 9 maja 2017 r. drogą mailową lub SMS-ową
» zapisy   
2 marca 2017 r.
Nagib biega od 8 miesięcy, ma za sobą starty w 2 półmaratonach. W naszej Grupie zadebiutuje 2 kwietnia w Pabianickim Półmaratonie

Witamy :)
» więcej   
17 lutego 2017 r.
Zwracamy się z prośbą do wszystkich sympatyków Grupy Biegowej "Sieradz biega" o przekazanie 1% swojego podatku na rzecz naszego Stowarzyszenia

Środki, które zostaną nam przekazane zostaną wykorzystane m.in. na dofinansowanie Sieradzkiego Crossu Towarzyskiego oraz dalszy rozwój naszego Stowarzyszenia :)
14 lutego 2017 r.
Informujemy, że III Sieradzki Cross Towarzyski odbędzie się w niedzielę, 21 maja 2017 r.

W tym roku limit uczestników wyniesie 200 osób
Zwiększamy minimalny dystans na 12 km :)

Zapisy ruszą 20 marca. Decydować będzie kolejność zgłoszeń
Więcej szczegółów wkrótce

Do zobaczenia
Organizatorzy
GB Sieradz biega
» strona biegu   
31 stycznia 2017 r.
Weronika biega od 2015 r., ma za sobą starty na dystansie 5 km, 10 km oraz półmaratonu. W naszej Grupie zadebiutuje w 26 lutego w II Biegu Króla Kazimierza na dystansie 10 km
» więcej   
17 stycznia 2017 r.
Z końcem grudnia zazwyczaj mam tak, że wspominam sobie wszystko to co mnie spotkało w danym roku. Spoglądam na medale, przeglądam zdjęcia i od razu widzę siebie na setkach treningów w samotności czy też ze znajomymi. Widzę siebie na tych wszystkich imprezach, setkach przebytych kilometrów. Widzę wszystkie zbite piątki ze znajomymi czy też od nowa czuję tę atmosferę, którą czuje się zawsze na zawodach. Mija trzeci rok mojej przygody z bieganiem. Ciągle uczę się czegoś nowego i jestem coraz ‘mądrzejszy’. Rok 2016 to przede wszystkim rok Sieradz Biega. II Sieradzki Cross Towarzyski jako nasze wspólne biegowe święto, liczne wspólne i niezapomniane wyjazdy do Wrocławia czy też Ostravy.
Na początku trochę ulubionych liczb i statystyk. W 2016 roku wystartowałem w piętnastu startach: cztery stary na dystansie pięciu kilometrów, pięć startów na dystansie dziesięciu kilometrów, dwa starty na dystansie półmaratońskim, dwóch maratonach, jeden start w sztafetowym maratonie oraz oczywiście start w Sieradzkim Crossie Towarzyskim. Łącznie w 2016 roku wyszedłem 150 razy pobiegać i spędziłem na bieganiu 157 godzin co dało liczbę 1712 przebiegniętych kilometrów. Udało się poprawić rekordy na dwóch dystansach. 10km - 42.50 oraz w maratonie 3.56.54.
Rok 2016 był rokiem wzlotów i upadków, często powtarzających się urazów i kontuzji. Poważniejszych czy też mniej aczkolwiek mających duży wpływ na to kim teraz jestem. Staram się o wiele wcześniej reagować na jakiekolwiek symptomy, czerpać z własnego doświadczenia ile tylko mogę.
Plany na rok 2017? Z każdym rokiem są coraz bardziej zawężone. Nie mam już takiej chęci startowania w dużej ilości zawodów. Satysfakcję i przyjemność sprawia mi bardziej porządne przygotowanie się do jednego konkretnego startu i osiągnięcie tam założonego wcześniej czasowego celu. Osiągnąłem już dużo, jestem osobą młodą i osiągnę jeszcze o wiele więcej.
Do zobaczenia nie koniecznie na zawodach, a na pewno na ścieżkach biegowych!
Jędrek
12 stycznia 2017 r.
Rok 2016 biegowo minął głównie w długim oczekiwaniu na poprawę wyniku na jakimkolwiek dystansie :) Wiadomo, po 5 latach biegania i postępów musiało się w końcu kiedyś zaciąć i zasadniczo nie byłem zaskoczony. Niemniej czułem i czuję, że to jeszcze nie ten moment w biegowym życiu i 42 lata to na pewno jeszcze nie czas, by "zawiesić buty na kołku" i nie próbować poprawiać wyników.
Ale po kolei. Zima 2016 to praca do maratonu łódzkiego. Zachciało mi się Danielsa i robiłem plan dokładnie według jego założeń. Okazało się, że albo jestem na to za stary, albo wybrałem za duże obciążenia do możliwości, albo sam nie wiem, co - koniec końców Łódź nie spełniła oczekiwań, choć wynik 3.27 wstydu nie przyniósł. Zapamiętam na długo ul. Wólczańską i 22 km, zaś po niej .. lepiej nie pisać - śmierć w oczach :) Wcześniej połówka w Gdyni. Miło ją wspominam i w tym - 2017 r. - pobiegnę w II edycji tych zawodów.
Wydarzeniem maja był nasz II Sieradzki Cross Towarzyski i praca związana z jego przygotowaniem. Udało nam się naszemu Stowarzyszeniu znowu zrobić kameralne zawody, z których i my i uczestnicy byli zadowoleni, a o to chyba w tym głównie chodzi.
Nocną połówkę w czerwcu, poprzedzoną dwoma upalnymi startami na 10 km w Łodzi i Poddębicach, zapamiętam głównie z poziomu wilgotności, z jakim na zawodach nigdy się nie spotkałem. Start o 22 też był czymś nowym (we wcześniejszych edycjach była to 21). O rekordowy wynik nie walczyłem, świadomy warunków, pory, a i przygotowany nie byłem. Ale wspominam zawsze starty w tych zawodach pozytywnie, choć przyznam, że coraz mniej podoba mi się zwiększanie limitu w tym biegu i upychanie biegaczy przed zawodami, a zwłaszcza po nich w miejscu do tego już nie przystosowanym. Ilość uczestników jest zapewne dla organizatorów ważna, ale jeśli zaczyna przeszkadzać samym uczestnikom przed biegiem, w trakcie i po - to nie idzie to w dobrym kierunku.
Latem wróciłem do pomysłów na trening, jakie zarzuciłem na półtora roku i zacząłem przygotowania do Poznania. Biegu, na który zapisywałem się trzykrotnie i z różnych przyczyn ostatecznie nie startowałem. Dla biegacza najlepiej, jakby cały czas był kwiecień lub październik - wówczas mamy warunki do optymalnych treningów. Jak nie mróz i śnieg (choć ostatnie zimy nas oszczędzały), to upał. I w tym upale właśnie minęło lato, później wrzesień. We wrześniu dość egzotyczna biegowo wyprawa do czeskiej Ostrawy i start przy 30 stopniach w połówce. Po raz pierwszy kończyłem połówkę, czując się jakbym kończył maraton :) Ale mimo słabego czasu i pogody, to najmilej wspominany wyjazd na zawody w 2016 r. Myślę, ze w 2017 również odwiedzę to senne miasto.
No i Poznań - październik. Jesienny start docelowy i w końcu po prawie półtora roku poprawiona życiówka w maratonie, w przede wszystkim poprawione morale i motywacja do dalszej pracy na treningach. Po odchorowaniu maratonu, zaliczyłem na spokojnie z całkiem przyzwoitym czasem mój ulubiony półmaraton w Kościanie (5 start z rzędu), Kępno 10 km i powrót po 3 latach do Bełchatowa na 15 km (druga życiówka w 2016), zaś na koniec w połowie grudnia bieg w Leźnicy na 4 km w zimowym już warunkach. Szkoda, że rok startowy się skończył, bo forma na krótszych dystansach przyszła na sam jego koniec :)
Od połowy listopada zacząłem treningi do maratonu w Dębnie w kwietniu 2017 r. Cel złamanie 3.10. Oby zdrowie dopisywało i kontuzje omijały, czego wszystkim życzę.
Artur
10 stycznia 2017 r.
Podsumowanie tego roku… hmm trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i od razu powiedzieć, że był to dla mnie kiepski biegowo okres. Po bardzo dobrej jesieni 2015, byłem dobrej myśli i liczyłem, że wszystko będzie szło dobrym torem. Niestety już w grudniu przyplątały się jakieś bóle, więc trochę odpuściłem by powrócić do treningów w styczniu. Nie byłem zadowolony, ale cóż zrobić. Zacząłem przygotowania do maratonu łódzkiego, styczeń przetrenowałem dość solidnie, ale w lutym i marcu dopadła mnie niemoc jakiej jeszcze nigdy nie doświadczyłem odkąd biegam. Po prostu nie mogłem się zmusić , żeby wyjść na trening . Rano obiecywałem sobie , że dziś już na pewno pójdę biegać a po powrocie z pracy nie dawałem rady wyjść z domu. Po formie pozostało wspomnienie, waga poszła w górę. VI Pabianicki Półmaraton zakończył się katastrofą, która pokazała mi, że nie mam co startować w maratonie tej wiosny. Musiałem się pozbierać. Mozolnie zacząłem znów trenować i odbudowywać zarówno formę, jak i morale. Maj i czerwiec to już dość dobre treningi, start w nocnym półmaratonie wrocławskim pokazał, że coś tam drgnęło i idzie w dobrą stronę. Lipiec przepracowałem solidnie i zacząłem wierzyć , ze jeszcze coś z tego będzie, że jeszcze jesienią będę mógł powalczyć o dobre dla mnie czasy. No i pełen optymizmu rozpocząłem sierpień, w którym przebiegłem niespełna 90 km zanim kontuzja znów mnie przystopowała. Wrzesień też był kiepski, więc jesienny maraton pozostał w strefie marzeń. Październik i listopad to ponownie odbudowa formy, starty w Uniejowie Kościanie i Bełchatowie, z których byłem całkiem zadowolony. Od grudnia zacząłem realizację planu, który mam nadzieję zakończy się sukcesem w Dębnie. Jednak nie chcę zapeszać…
Generalnie cały rok to była sinusoida, wdrapywanie się do góry i spadek w dół.
Natomiast jako dla członka „Sieradz Biega” był to fajny rok. Zorganizowaliśmy II Sieradzki Cross Towarzyski, zaliczyliśmy kilka wspólnych wyjazdów na zawody: Wrocławski Nocny Półmaraton, Sztafeta Szakala czy Półmaraton Ostrawski o którym biegowo chciałbym nie pamiętać, mimo że wyjazd był bardzo sympatyczny.
Cóż rok minął , nie ma co się już nań oglądać, trzeba iść do przodu.
Pozdrawiam
Sebastian

4 stycznia 2017 r.
Opublikowano zaktualizowaną (na dzień 31.12.2016) listę 123 biegaczek i biegaczy, który zaliczyli co najmniej 100 maratonów
Na liście tej znajduje się nasz kolega Jacek Gnysiński, który ma na koncie już 103 biegi (w tym 102 maratony) :)
» cała lista   
3 stycznia 2017 r.
Gdzie jest Piechu…
No właśnie… gdzie jest Piechu, dyżurny-w-ruchu… ? Nie mogłem się zebrać do pisania przez kilka miesięcy. Miałem dziwny rok, nie najgorszy ale… Po pierwsze kontuzja, z którą wszedłem w nowy sezon i nie chciała się zaleczyć. Nie mogłem rozwinąć skrzydeł, pomimo chęci i prób ciężkiej pracy niewiele z tego wychodziło podczas startów. Kiedy już miałem koncepcję by się z Wami podzielić moimi wrażeniami to… odszedł mój Tata i… jakoś tak straciłem zupełnie wenę.
Powoli zbliżamy się do końca roku, pomyślałem o jakimś podsumowaniu. Trochę się już poukładało… więc zasiadłem do komputera :)
Ostatni mój wpis dotyczył maratonu w Łodzi. Po tych zawodach kilka dni dochodziłem do siebie by wrócić do treningów ale… kontuzja nie dawała za wygraną. Kolejny start to Bieg Ulicą Piotrkowską na 10 km. Totalna klapa… Nie przygotowany i bez motywacji stanąłem na starcie. Pierwsze kilka kilometrów miałem nadzieje na jakiś przyzwoity czas ale… Na mecie zameldowałem się z wynikiem 45 min 37 sek i do tego zmordowany. No nie szło cholera… nie szło.
Następne zawody to Nocny Wrocław Półmaraton. Uwielbiam tam biegać. Magia tego miasta, nocny klimat, szybka trasa, ogromna ilość startujących. Same superlatywy. Pojechaliśmy kilkoma autami. Ze mną Iwona, Jędrek, Rafał i Witek. Po drodze natknęliśmy się na ulewę. To był ciepły, czerwcowy dzień ale deszcz nas troszkę zaniepokoił. Na miejscu spotkaliśmy się z resztą ekipy Sieradz Biega. Standardowo : odbiór pakietów, zwiedzanie Expo, chwila na żarty, rozluźnienie i.. na rozgrzewkę.
Ogrom zawodników robił wrażenie, ponad 10 tysięcy uśmiechniętych ludków na starcie. Dochodziła godz.22-ga, już dawno było po deszczu, ciepło, przyjemnie. Oświetlone na kolorowo i spowite mgłą pola marsowe, obok których czekaliśmy na wystrzał startera, napawały jakąś magią, trochę bajkowo-filmowym klimatem. Ustawiliśmy się w strefie 2:10. Zdawałem sobie sprawę, że nic ciekawego w tym dniu nie nabiegam. Postanowiłem więc pomóc Iwonie (mojej żonie), która właśnie debiutowała w półmaratonie. Rozpisałem w domu plan biegu, każdy kilometr ,każdy zakręt na złamanie 2 godz 10 minut i chciałem ją poprowadzić. Z mojej oferty postanowiła skorzystać również Ola i Kuba.
Punktualnie o 22-ej wystartowaliśmy. Jak zwykle na takim wielotysięcznym biegu, z początku to gwar, rozmowy, śmiechy i uzgadnianie strategii. Biegliśmy we czwórkę oświetlonymi ulicami Wrocławia, pośród ogromnej masy zawodników. Organizatorzy zapewnili przeróżne atrakcje na trasie, nawet orkiestrę symfoniczną w okolicach Dworca Głównego. Pokonywaliśmy kolejne kilometry. Dziewczyny dzielnie trzymały tempo, zadowolone, pełne energii. Zbliżaliśmy się w okolice Starego Miasta, Uniwersytetu… Nagle słyszę z oddali skandowanie kilkunastu głosów : ,,gdzie jest Piechu… gdzie jest Piechu…. Gdzie jest Piechu !!!” :) To mój syn Jakub z ekipą przyjaciół urządził nam punkt kibicowania. Zrobił z desek konstrukcję, na której zawiesili prześcieradło z napisem ,,PIECHU DAJESZ” :) ...Jak ja żałowałem, że w tym dniu nie mogłem dać z siebie wszystkiego, ech… Jednak radość z powodu takiego wsparcia była ogromna. Wybiegłem z szyku i popędziłem na chodnik do grupy tej wspaniałej młodzieży. Przybiliśmy piątki, dostałem nawet propozycję ,,łyka piwa” hehe, po czym wróciłem na trasę zawodów. Za chwilę słyszę za sobą kroki King Konga… ciężkie, miarowe, szybkie… No tak, mój synek z tą ogromną flagą postanowił kawałeczek pobiec z nami ...,, Tata dajesz, dajesz… mama ładnie, ładnie, tak trzymaj "… Ech, ta młodzieńcza fantazja… Jeszcze raz ,,piątka” i rozstaliśmy się. Po kilkunastu minutach znowu słyszę ,,gdzie jest Piechu!”(… co jest?… )Trasa biegu była tak ułożona, że wróciliśmy w okolicę Starego Miasta a nasza młodzież postanowiła pokibicować nam jeszcze troszkę. To było miłe, wspaniałe, zaskakujące. Dziękuję Wam baaaardzo przy okazji . Tymczasem mijały kolejne kilometry, kolejne ulice, mosty, podbiegi… Zmęczenie powolutku zaczęło odciskać swoje piętno na buźkach ,,moich” dziewczyn. Wybrałem opcje tempa narastającego. Wszystko szło zgodnie z planem a nawet z lekkim zapasem. 18 kilometr to już nie żarty. Dopingowałem dziewczyny, zachęcałem by przyspieszyły. Sięgnęło mi się za to ;) ale w takim momencie wszystko jest dozwolone (prawie) . Zbliżaliśmy się do stadionu olimpijskiego a tym samym do mety. Jeszcze tylko 500 metrów. Dopingowałem i poganiałem moje towarzyszki z całych sił, wiedziałem że jest dobrze… bardzo dobrze. Przed metą szarmancko przepuściłem panie przodem. Było kilka minut po północy gdy zameldowaliśmy się na mecie. 2 godz. 6 min. 41 sek … piękny czas. Dziewczyny potwornie zmęczone pochylały głowę by założyć im medal. Uwielbiam ten moment. Gratulacje, wzajemne uściski, ktoś nam zrobił zdjęcie… Poszliśmy coś przekąsić, napić się, poszukać resztę ekipy.
Wyjechaliśmy z Wrocławia ok. 2-ej. Po drodze jeszcze do Mc na żarcie… dziś można, żadnej diety hehe. Kierunek Sieradz, wjechaliśmy na S-8. Autostrada o tej godzinie była prawie pusta. Iwonka przykryła się kocem i zasnęła. Ja rozsadowiłem się w fotelu, ustawiłem tempomat na 160… miarowy pomruk 220- konnego silnika mojego Mieczysława wprawił mnie w przyjemny nastrój podróżowania. Pierwsze promienie słońca przecięły horyzont, zapodałem Led Zeppelin, podkręciłem radio… Stairway to Heaven… i ochrypły głos Roberta Plant'a zrobił swoje. Chłopaki z tyłu zaczęli dyskutować o muzyce … o klasykach muzyki. Jędrkowi tez się te starocie spodobały. … Whole lotta love … genialne rify Jimmy’ego Page’a i przejmujący wokal Planta… Droga mijała przyjemnie, przy muzyce, świetnym towarzystwie gnaliśmy w kierunku wschodzącego słońca. Do Sieradza dotarliśmy o świcie, było słonecznie i cieplutko. To była fantastyczna noc, świetne zawody. Warto było pojechać…
Po ,,Nocnym Wrocławiu” wystartowałem jeszcze w ,,Sztafetowym Maratonie Szakala” na początku lipca. Lubię te zawody ponieważ możemy wzajemnie się obserwować, wspierać, kibicować. Podczas oczekiwania na swoją zmianę panuje fantastyczna piknikowo-sportowa atmosfera.
Kolejne miesiące treningowe to amplituda odpuszczania i nasilania się kontuzji mojego kolana. Cały czas trenowałem ale… to jakby nosić wodę w dziurawym dzbanku. Nie ma o czym pisać. Trudny okres u sportowca.
Z początkiem września kilkumiesięczne ćwiczenia rozciągające, rehabilitacja i wprowadzenie nowych środków zaczęło przynosić efekty. Kolano powoli odpuszczało. Zacząłem mocniej i regularnie trenować. Zapisałem się na zawody. Wybrałem ,,Biegi Ulicami Sieradza”. Umówiłem się z siostrzeńcem Łukaszem , że wspólnie wystartujemy. Łukasz trenował w tym samym klubie co ja w młodości. Kiedy był dzieckiem zachęcałem go do biegania, jeździliśmy na różne imprezy sportowe. Jednak nigdy nie mieliśmy okazji razem pobiegać. Tak jakoś wyszło. Spotkaliśmy się u mnie dzień przed startem. Zrobiliśmy rozruch po przygotowanej trasie biegu. Nazajutrz całą rodziną z maluchami Łukasza udaliśmy się na start. Całkiem dobrze mi poszło, pierwszy kilometr biegliśmy razem ale… młodość ma swoje prawa… widziałem tylko oddalającą się czerwoną koszulkę i charakterystyczną sylwetkę siostrzeńca :) Przy okazji gratuluję ładnego czasu, pomimo wiatru i nie najszybszej trasy. Wracając do mnie to 40 min 22 sek zadowoliło w zupełności . Taki optymistyczny akcent na końcówce niezbyt udanego roku.
Po tym biegu zakończyłem tegoroczny sezon. Zrobiłem sobie 2-tygodniowe roztrenowanie i w połowie listopada rozpocząłem długi plan treningowy do wiosennego maratonu. Wybrałem ORLEN Warsaw Marathon 23 kwietnia 2017. 3 tygodnie wcześniej wystartuję testowo w Pabianickim Półmaratonie. Zapewne pobiegnę gdzieś na 10 km by określić stopień wytrenowania wczesną wiosną. Oczywiście nie zabraknie mnie też na trasie Nocny Wrocław Półmaraton. Najważniejsze to aby obecna kontuzja przeszła zupełnie do historii oraz by nie pojawiły się nowe. Wtedy formę wypracuję sam :).
Życzę wszystkim mnóstwo zdrowia i ogrom szczęścia.
Pozdrawiam serdecznie.
Piotrek. (Piechu)