NASZE IMPREZY Aktualności | Sieradz biega
Strona główna
Regionalny Weekend Sportu
Aktualności
Najbliższe starty
Nasze wyniki
Stowarzyszenie
Galerie
Sylwetki zawodników
Porady biegowe
Trenuj z nami
Kalendarz biegów
Ultrabieganie
Triathlon
Odżywianie
Trening
Kontakt
NASZE IMPREZY

PARTNERZY
CZŁONKOWIE
WSPIERAJĄCY
PATRON MEDIALNY






Aktualności

Aktualności z roku: 2017 2016 2015 2014 2013

17 grudnia 2016 r.
Dziś zmarła koleżanka wielu z nas - Magda :(

"Magdę znałem od zawsze. Uśmiechnięta, pełna optymizmu, energii i wiary w zwycięstwo - w sporcie i w życiu. Doskonała lekkoatletka, a później kibic: swojego syna, męża (obaj maratończycy) i wszystkich zawodników z Naszej Grupy.
Kiedy kończyłem swój życiowy maraton w Krakowie, to właśnie Magda, na jednym z ostatnich kilometrów, dodawała mi sił głośnym dopingiem.
Od wielu miesięcy walczyła z chorobą. Długi dystans. Niestety wczoraj wieczorem zmarła. Będziemy Cię pamiętać. Rafał, koleżanki i koledzy z Sieradz biega."
15 grudnia 2016 r.
W dniu 14 grudnia odbyło się Walne Zebranie Członków Stowarzyszenia "Sieradz biega", które wybrało nowy skład władz Stowarzyszenia

Władze Stowarzyszenia tworzyć będą:

Zarząd:
- Artur Ciepłucha - prezes
- Magda Kuras-Smolnik - viceprezes
- Rafał Błaszczyk - viceprezes
- Tomasz Jasiewicz - sekretarz
- Marcin Walczuk - skarbnik

Komisja Rewizyjna:
- Sebastian Kłys
- Piotr Wróblewski
- Jędrek Bartnicki

Gratulacje i powodzenia :)
12 października 2016 r.
Do biegu w Poznaniu podchodziłem po raz czwarty. Dwie pierwsze próby, mimo opłacenia biegu, musiałem odpuścić z powodu drobnych urazów, w zeszłym zaś roku świadomie zrezygnowałem ze startu, decydując się na lepsze przygotowanie do startu na 10 km, co zakończyło się sukcesem. Korona Maratonów co prawda wówczas uciekła, ale zdążę ją jeszcze na starość zrobić :)

Nie lubię za bardzo pisać o swych biegach, może by mi się bardziej chciało, gdybym osiągnął zakładany cel, ale że to jednak maraton i w dodatku z życiówką, to coś tam napiszę. Może nawet dość sporo :)

Ostatnie 2 maratony we Wrocławiu i Łodzi nie były udane. W jednym upał, w drugim nie do końca wykonany plan + niewłaściwie dobrany trening (Daniels nie dla mnie :) ) nie pozwoliły osiągnąć dobrych czasów. Wiosna 2016 w sumie mało udana wynikowo, więc cała energia poszła na przygotowania do jesiennego maratonu. Powrót do rozwiązań sprzed rekordowego Dębna z 2015 r. miał być gwarancją wyniku. Celem były słowackie Koszyce i tam miałem pobiec maraton. Testowy start odbył się w Ostrawie, gdzie pojechaliśmy w kilka osób z naszej Grupy i gdzie zderzyliśmy się z bieganiem w ponad 30 stopniowym upale. Czas 1.39.46 nic nie mówił, poza: "w upale się nie startuje", więc test nic mi nie pokazał. Na szczęście wykonane później dwa 25 km wybiegania w planowanym tempie maratońskim dawały już jakiś obraz. Z Koszyc zrezygnowałem, bo zapowiadano 22 stopnie, a nie miałem zamiaru popełnić po raz kolejny tego samego błędu i biegać maratonu w temperaturach, które mój organizm źle znosi. Na szczęście to na tyle profesjonalne zawody (najstarszy maraton w Europie), że startowe przechodzi na kolejny rok :)
Zdecydowałem się więc w trybie pilnym na Poznań, który wypadł na tydzień po Koszycach. Co prawda wiązało się to z połączeniem pobytu w ciągu jednej doby we Wrocławiu, Warszawie i Poznaniu i 2 h snu przed zawodami, ale za dużo pracy włożyłem, by zrezygnować :)
Pogoda zapowiadała się biegowa (to pogoda przez "niebiegaczy" określana jako "do bani" lub "fatalna"), przez kilka dni zbierałam od znajomych biegnących Poznań w 2015 informacje o trasie i słyszałem głównie "szybka" "dobra", ale patrząc na profil nie do końca wierzyłem :)

Po śniadaniu w samochodzie na A-2, gdzieś na wysokości Konina (46 zł za 100 km??!!!), dotarłem z rodziną do Poznania, pakiet odebrany przez kolegę kolegi (dzięki raz jeszcze ) :), szybko przyodziewam strój biegowy i rozgrzewka. Pada mżawka, zimno - IDEALNIE.

O 9 start, cel 3.10. Początek miły, w miarę lekki, pierwsze 10 km jest niemal ciągle lekko z górki, pojadam sobie na każdym punkcie, popijam również, 4 żele na cały bieg podskakują na pasku w rytm biegu. Idzie równo, tempo 4.28-4.30 trzymam. Ciężko coś napisać o pierwszej części biegu poza tym, że idzie równo :) na 17 km lekki kryzys i do 21 km małe problemy, ale tempo równe (połówka 1.35.00). Jem sporo bananów, co punkt kilka kostek cukru (z perspektywy 12 maratonów uważam, że cukier w kostkach to najlepszy "wspomagacz" podczas maratonu :) ), czekam na 26 km i pierwszy podbieg. Przypomina mi miejsce (park), podbieg, jaki swego czasu był na bodajże 26 km Maratonu Warszawskiego, ale jest dłuższy. Pokonuje go nieco wolniej, by nic stracić za dużo energii i szybko wracam do właściwego tempa. Biegnę do 30 km idealnie ze średnią 4.30 i czekam na 32 km, bo wiem, że tam zaczyna się 2,5 km podbieg, który będzie decydujący podczas tych zawodów. Patrząc na czasy uczestników, widać, że zdecydowana większość po tym odcinku zaczyna mniej lub bardziej tracić. Niestety, okazuje się, że i ja nie jestem tu wyjątkiem. Wynik 3.10 ucieka bezpowrotnie. Tracę tam sporo sił i niestety czasu. Mimo walki na ostatnich 8 km, nie udaje mi się wrócić do tempa 4.30 i jedyne, o co walczę, to by stracić jak najmniej.
I tu mała dygresja - te ostatnie 10-12 km to jest jedna z przyczyn, dla których w ogóle biegam i startuje :) Tam dzieje się wszystko, o tym momencie maratonu myśli się przed startem, tego maratończycy boją się najbardziej (bo boją się - jak ktoś mówi, że się nie boi stając na linii startu maratonu - kłamie :) ), tam toczy się walka z sobą, w głowie kotłuje się mnóstwo myśli, emocje są skrajne, od zwątpienia na trudniejszym odcinku do nadziei na łatwiejszym, tam możemy się lepiej poznać i nie ważne czy na 1 czy 12 maratonie :)
Wracając do biegu - robię co mogę, widzę, że nie ma ściany, że nie słabnę aż tak (nie staję, nie idę, jak podczas 2 wcześniejszych maratonów), co podtrzymuje wiarę, że dobiegnę przynajmniej z nowym rekordem życiowym. W głowie pojawia się myśl - pewnie koleżanki i koledzy z Sieradz biega siedzą tam na" fejsie" i oglądają live mój bieg, komentując i kibicując, pewnie tradycyjnie się przy okazji nabijając :) Uśmiech pojawia się na chwilę na twarzy. 40 km, 41 km i zbieg do mety.
Resztki adrenaliny przyspieszają krok na ostatnich metrach. Dobiegam z czasem 3.13.50. Celu nie osiągnąłem, ale rekord jest. Dość szybko dochodzę do siebie, po pół godzinie wracamy do domu.

Z biegu, mimo tego, że nie złamałem 3.10, jestem zadowolony, nawet bardzo, co mi się naprawdę rzadko zdarza. To nie były łatwe zawody. To nie była łatwa trasa. Wierzę w 3.10 w Dębnie na wiosnę :) Plan treningowy, do którego wróciłem po roku - znów się sprawdził i na nim będę pracował do kolejnego maratonu. Oczywiście z małymi modyfikacjami. O samym Poznaniu, gdzie biegłem po raz pierwszy niewiele mogę napisać, bo podczas zawodów mam "klapki na oczach" i nie widzę niczego wokół :) Organizacyjnie - profesjonalnie bez dwóch zdań.

Artur
11 października 2016 r.
Zapraszamy na jeden z ostatnich treningów tego roku w środę, 12 października o godz. 17.00 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
10 października 2016 r.
Anna powraca do biegania po kilku latach przerwy, zaliczając wcześniej liczne starty głównie na średnich dystansach. W naszej Grupie zadebiutuje w najbliższą niedzielę w Uniejowie na dystansie 10 km

» więcej   
3 października 2016 r.
Zapraszamy na trening w środę, 5 października o godz. 17.30 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
26 września 2016 r.
Trening
Zapraszamy na trening w środę, 21 września o godz. 17.30 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
22 września 2016 r.
» szczegóły   
21 września 2016 r.
Ostatnimi czasy zbyt dużo się dzieje przez co czas płynie zdecydowanie za szybko, ot takie oznaki dorosłego życia. I pomyśleć, że każdy młody człowiek dąży do tego, by być dorosłym i niezależnym od nikogo. Jak to jest, że gdy przychodzi upragniony moment, mimo iż mówiono nam setki razy, że będziemy chcieli jeszcze wrócić do beztroskiego życia, musimy przekonać się o tym i tak na sam koniec na własnej skórze?
Po pięknym wstępie mogę przejść do długo wyczekiwanej, co z tego że głównie przeze mnie, relacji z czeskiej Ostravy. Za gramanice wybraliśmy się w siedmioosobowym składzie. Do wyboru były cztery dystanse: 5km, 10km, półmaraton i dystans królewski. Wszyscy bezapelacyjnie zdecydowaliśmy się na pół maratonu. Dla mnie moment wydawał się idealny, na dwa tygodnie przed startem w Maratonie Warszawskim, sprawdzeniem samego siebie i ile zdołałem przepracować przez ostatnie kilkanaście tygodni. Teoria teorią, a pogoda robi swoje. Ale o tym nieco później.
W sobotnie przedpołudnie wyruszamy z Polski w kierunku naszych południowych sąsiadów. Do pokonania mieliśmy około 250km, czyli jak na wyjazd zagraniczny to nie zbyt wyszukana odległość, ale jednak. Sama podróż przebiegła jak zawsze pod znakiem bardzo interesujących rozmów, którym towarzyszyły wypieki Anety, Kacper już może powiedzieć czy były dobre  Po dotarciu do samej Ostravy mieliśmy mały problem z dotarciem do motelu, nazwijmy to początkiem ‘czeskiego filmu’. Nigdy nie oglądałem, ale z opowieści mniej więcej wiem na czym to wszystko polega. Po anglojęzycznych próbach dogadania się i dowiedzenia gdzie mamy nocować, dzięki niezawodnemu Internetowi dotarliśmy na miejsce. Zarezerwowaliśmy trzy pokoje dwuosobowe, Aneta chciała spać na hali. No i zaczynamy… okazało się, że pokoje zostały wolne dwa, z czego jeden ma jedno podwójne łóżko. Płatność miała być gotówką, na co większość z nas nie była przygotowana, nie mając zwyczajnie przy sobie wystarczającej ilości czeskich koron. Rady nie ma, trzeba iść szukać kantoru w pięknej regionalnej części miasta… tureckiej i romskiej prędzej. Kantoru niestety nie znaleźliśmy, za to ja próbowałem wymienić pieniądze u bukmachera, oczywiście o tym nie wiedząc. Domyśliłem się dopiero, gdy pani zza okienka patrzyła się jak na zwykłego debila. Co tam, jestem nietutejszy, wolno mi! Kantor nieznaleziony, gotówki brak, z motelu nici. Najpierw postanowiliśmy pójść odebrać pakiety startowe i zwiedzając okolice przy okazji znaleźć miejsce, gdzie można zamienić złotówki na korony. Tutaj ciąg dalszy filmu. Błądziliśmy dobrą godzinę, a może i nawet więcej, zanim znaleźliśmy biuro zawodów. Tubylcu nie wiedzieli o jaki nam bieg w ogóle chodzi, nikt nic nie wiedział, nikt nic nie rozumiał. Dopiero gdy trafiliśmy do centrum handlowego, gdzie wymieniliśmy pieniądze, jakimś cudem trafiliśmy na miejsce docelowe, gdzie kręciły się ‘tłumy’ ludzi. Po bodajże dwóch godzinach wróciliśmy z powrotem do motelu, mogąc go wreszcie opłacić i wyciągnąć się nieco i odpocząć. Zanim to jednak nastąpiło jeden samochód odwoził Anetę do hali na nocleg, niestety jej śpiwór został w aucie numer dwa. Co by wóz numer jeden nie musiał wracać przez Ostravę, pojechaliśmy z Arturem zawieźć śpiwór i szybko wrócić do motelu. Szkoda, że plan był łatwy, a okazał się nieco skomplikowany. Brak znajomości topografii miasta zrobił swoje, a zbliżająca się noc nieco utrudniła zadanie. Po około 30 minutach dwa auta odnalazły się i wszyscy szczęśliwy mogliśmy udać się na zasłużony odpoczynek. Sobotnia komedia zakończona obejrzeniem wspólnie komedii i lulu.
Start zawodów został wyznaczony na godzinę dwunastą zero zero. Szkoda, że ten wrzesień ostatnimi laty robi nas tak nieładnie w chu… i sprawia, że aura jest iście nie biegowa. Jak się później okazało odczuwalna temperatura była spokojnie powyżej trzydziestu kresek. O samym biegu za dużo nie ma co się rozpisywać. Ludzi garstka, a to już pięćdziesiąta piąta edycja biegu. Organizacja też poniżej oczekiwań. Plan biegu zmieniany co kilkadziesiąt minut. Początkowo była to godzina czterdzieści pięć. Wraz ze zwiększającą się temperaturą plan został skorygowany do godziny pięćdziesięciu, tak żeby sobie na spokojnie bieg ukończyć, nie zarzynając się przy tym jednocześnie. Biegnąc większość trasy ze Zbyszkiem, niemalże mdlejąc razem na jakiejś czeskiej obwodnicy, gdzie żar lał się z niema i jednocześnie odbijał się od asfaltu, gdzie wody było jak na lekarstwo, a nawet gorzej… plan sięgnął ostateczności, czyli zmieszczenia się w dwóch godzinach. Cholera, nawet i to pod koniec było zagrożone! Ostatecznie zmieściłem się w limicie plasując się na 61. miejscu z ponad trzystu startujących, co tylko pokazuje, że wszyscy cierpieli równie mocno co ja. Pogoda nie oszczędziła nikogo.
Niestety to nie koniec komedii. Pomijając już bardzo małą ilość wody na trasie czy brak jakiegokolwiek zabezpieczenia pod względem bezpieczeństwa, oczekiwanie na dekoracje trwało blisko cztery godziny! Czekać było na co, bo zarówno Aneta jak i Jacek zajęli kolejno drugie i pierwsze miejsce w swoich kategoriach wiekowych. Cztery godziny, gdzie ludzie już ledwo wytrzymywali po trudnym biegu. Ale nie nie, to nie koniec! Według wyników Aneta zajęła miejsce drugie w kategorii. Wychodząc na scenę zaproszono ją na miejsce pierwsze, po czym po rozmowach z jakąś Czeską zeszła ponownie na miejsce drugie i dostając taką tez statuetkę. Jednakże w oficjalnych wynikach po biegu była… na miejscu pierwszym. Fuck logic! Kolejnym absurdem były już same kategorie wiekowe. Ja i Kacper zostaliśmy klasyfikowany w kategorii M39, bo nie było żadnej niższej. Fuck logic x2!
Czeska komedia będzie kojarzyć mi się zdecydowanie z Ostravą. Choć ogólnie przyjmując trzeba uznać to za bardzo udany i sympatyczny wyjazd. Pomijając już jazdę na oparach paliwa i wszystko co zostało wyżej wymienione, takie wyjazdy pamięta się przez całe życie, a przecież o to w tym wszystkim chodzi!
Jędrek
19 września 2016 r.

Zapraszamy na trening w środę, 21 września o godz. 17.30 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
15 września 2016 r.
Piotr biega od pół roku, ma za sobą debiuty na dystansie 10 km i w półmaratonie. W naszej Grupie zadebiutuje w III Biegu Warckim w najbliższy weekend
» więcej   
12 września 2016 r.
Lato nadal nie ustępuje, więc tym bardziej zapraszamy na trening w środę, 14 września o godz. 18 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
5 września 2016 r.

Zapraszamy na trening w środę, 7 września o godz. 18 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
1 września 2016 r.

TMB - nie wiem od czego zacząć, a dokładnie w którym momencie, wszystko bowiem jest wyjątkowe - począwszy od pierwszego dnia przyjazdu do Chamonix, po cały tydzień spędzony miasteczku opanowanym przez biegaczy.
W relacji uwzględnię wszystko. Tak więc do Chamonix przyjechałem w poniedziałek rano. Pierwsze, co zauważyłem to start PTL, trafiłem dokładnie w godzinę startu. Przypadek? Nie sadzą, aczkolwiek raczej w nim nie pobiegnę, zbyt "surowe warunki". Natomiast powitał mnie wspaniały widok na Mont Blanc, pamiętam go z poprzedniego przyjazdu na TDS. Wygląda dokładnie tak samo zachwycająco, jak wtedy. Ostatnim razem po powrocie bardzo chciałem powrócić w to wyjątkowe miejsce. Tak też się stało, kiedy zostałem wylosowany - miałem kolejną okazję. Wspólnie z kolegą Łukaszem odebraliśmy klucze do mieszkania, dalej dzień zleciał na rozmowach. Wtorek rano umówiłem się z Mariuszem (rok temu wspólnie ukończyliśmy TDS) na małą przebieżkę górską. Początkowo mieliśmy udać się w kierunku lodowca Glasser, jednak troszkę zapędziliśmy się innym szlakiem i wylądowaliśmy na stacji przesiadkowej w kierunku Aqui di Midi, z której widok jest również piękny. Przebieżka okazała się mocnym treningiem - 13 km z 1000 m przewyższeniem. Powrót do mieszkania z ciężkimi nogami wydawał się nie zbyt dobrym pomysłem kilka dni przed startem. W środę postanowiłem jednak z samego rana rozbiegać wtorkowy trening lekką siódemką na w miarę płaskiej trasie. Chociaż patrząc w lewo i prawo mamy minimum 1000 m w górę. Kolejne godziny to regeneracja i ładowanie w siebie makaronów. Wieczorem krótki spacer po Chamonix, tutaj naprawdę podczas festiwalu UTMB można spotkać najlepszych zawodników świata. Anton Kruicka jeżdżący na rowerku, chwile dalej jeden z najlepszych teamów The Nord Face: Rary Bosio, Seb Chaigneau, Lizzy Hawker i Frenanda Maciel. Kiedy masz pytania, chętnie odpowiedzą. Wróciłem do mieszkania, aby jak najwięcej wyspać się w ostatnie godziny przed startem. W czwartek udaliśmy się większa grupą znajomych z Polski, aby obrać numery startowe i pochodzić po expo. Podstawową rzeczą podczas odebrania numerów startowych jest kontrola wyposażenia obowiązkowego i oznakowanie plecaka. Należy wszystko mieć ze sobą. Następnie identyfikacja tożsamości i zostaje wydrukowana karta z wyrywkowymi elementami wyposażenia. Przystępujemy do kolejnego stanowiska, gdzie jest to sprawdzane, a na pozostałe rzeczy wyposażenia podpisujemy oświadczenie. Z tak przygotowaną kartą udajemy się po numer startowy, oznakowanie plecaka i pakiet startowy. To wszystko, jesteśmy gotowi do startu. Na expo spotykam jednego z najlepszych zawodników - Marco Olmo, który mimo blisko 65 lat wygrywa jedne z najtrudniejszych ultra na świecie. W tym 2 x UTMB, Transgrancanaria, wielokrotnie stawał na podium Maratonu des Sables. Jest również Gediminas Grinius, w tym roku 2 miejsce w UTMB.
Kolejne godziny to regeneracja i ładowanie węglowodanów (ciekawostka - przez tydzień zjadłem 3 kg makaronu pełnoziarnistego). W piątek od rana staram się już nic nie robić, pakuje tylko plecak na przepak, tak aby wszystko było przygotowane do wyjścia. Udało mi się zdrzemnąć w południe. Godzina 16 wyszliśmy na start oraz oddać przepak.
Kiedy staje się na stracie UTMB to jest coś, czego nie da się tak po prostu opisać. Wiesz, że przez kolejne dwie doby będziesz napierać w górach zmęczony, a i tak się z tego cieszysz. Gęsia skórka robi się na rękach, dreszcze przechodzą przez ciało. Myśli są skupione tylko na jednym - aby to skończyć. Wiem, że nie tylko moje, widać to dookoła - jedni się ścigają między sobą, inni sami ze sobą. Zawodnicy z ponad 80 krajów świata, 2555 osób przystąpiło do tego szaleńczego wyścigu dokoła Mont Blanc. Każdy z nich ma swój cel, każdy chce w najbliższych godzinach zrealizować.
Równo o godz. 18 wyruszyliśmy przez główny pasaż w Chamonix w kierunku Le Houches. To najbardziej płaskie 8 km na całej trasie. Doping kibiców niesie zawodników w żwawym tempie. Za około godzinę docieramy do Le Houches, skąd zaczyna się pierwsze podejście na ponad 1800 m npm. Punkt kontrolny na Le Develert (13,5 km), szczyt i ostre zbieganie, które kończy się dla mnie małym upadkiem. Na szczęście tylko lekko zdarte kolana, wstałem otrzepałem się z kurzu i do przodu, lecz ostrożniej. 21 km - Saint Gervains, melduje się tutaj po 3 godzinach. Uzupełniam wodę, zjadam porcje bulionu, (jeśli chodzi o punkty kontrolne, to jest tam naprawdę szeroki wybór). Wyruszam z Saint Gervains, 815 m. Teraz przede mną jedno z najdłuższych podejść na ponad 2440 m. Patrząc na to, jest to 20 km ciągle pod górę. Zaczyna się wieczór, słońce znika za szczytami gór. Jak najszybciej do przodu. Taktyka, jaką obrałem na początek to jak najszybciej, ale z zachowaniem siły docierać do punktów, w których obowiązuje limit czasu. Le Contamines osiągam o 22:39, a limit to północ. Na punkcie jak najszybciej wychodzę, nie tracąc czasu. Kolejny punkt to Noter Dame de La Gorge, który znałem z trasy TDS, ale tym razem w drugą stronę. Tutaj przez ponad 200 m pod górę kibice rozstawili lampiony tworząc korytarz dla zawodników - coś pięknego. To wszystko wspomagane oklaskami motywowało jeszcze bardziej do napierania w bezkres gór.
La Balme osiągam 16 minut po północy, coraz większy limit czasu buduje na każdym kolejnym punkcie. Do kolejnego punktu 11 km, ale przede mną góra na prawie 2500 m. Siły są, nie czuć zmęczenia, jak najszybciej do przodu, nie zatrzymując się. Col du Bonhomme, następnie Croix du Bonhomme, szczyt i teraz z górki, lecz nie oznacza to, że szybciej. Szlak jest trudny, kamienisty, jest noc czołówka nigdy nie zastąpi światła słonecznego. Trzeba uważać. Docieram do Les Champiex (49 km), godzina 2:42 limit, a limit na tym punkcie to 5:15. Buduje coraz większy zapas, wszystko z planem na drugą noc. W Champiex jem ciepły posiłek. Wymieniam baterie w czołówce na punkcie Petza. Przed wyjściem w wysokie góry organizatorzy sprawdzają, czy mamy ciepłą odzież, kurtkę, czapkę. Jest już 3 w nocy, ranki są bardzo zimne, a przed nami dwa potężne szczyty - Col de la Seigne 2507 m oraz Col des Piramides Calcalires 2512 m.
Podchodzimy wolno, czuć zmęczenie i wysokość, która wymusza pracę płuc na 200%. Wchodzimy już na teren Włoch. Coraz wyżej szlak prowadzi kamienistymi osuwiskami skalnymi, między jednym a drugim szczytem w blasku księżyca i ciemnej nocy widać śnieg. Po chwili wchodzimy, czuć jak chłód śniegu otula zmęczone nogi, a stopy uciekają do tyłu. Kolejny szczyt zostaje osiągnięty, kamienisty zbieg do Lec Combal. Robi się szaro, słońce widać już za szczytami. 6:54 docieram do punktu Lec Combal 1964 m. Znam go z trasy TDS, jest tutaj pięknie, wody płynące z lodowca tworzą jeziorko, nad którym jest mgła, widok bajkowy. Jest bardzo zimno, słońce już widać, ale cień gór ciągle okrywa naszą trasę. Zaczynamy podejście do Arete du Mont Farvete 2409 m. Punkt 8:17 melduje się tam. Przede mną jakieś 9 km ostrego zbiegu do Courmayer. Cieszę się, bo to ważny punkt kontrolny z moim przepakiem, świeżymi skarpetami, koszulką i porcją żeli oraz WiFi :)
Początkowo trudno mi zbiegać, szybko jednak przełamałem się i leciałem w dół dość szybko. 10:41 - witam Courmayer piękne włoskie górskie miasteczko, widoki zapierają dech w piersiach, jak byśmy byli na wysokościach. Trasa prowadzi wąskimi uliczkami wśród kamienic. Po chwili widać hale sportową w Courmayer. To tam rok temu zaczynaliśmy TDS, teraz było inaczej - był dzień. Limit czasu 13:15, a ja jestem o 10:41. Zjadłem obiad przebrałem się, wrzuciłem fotę na FB, naładowałem telefon. Wyruszyłem dalej.
Mocne podejście z 1192 m na 1979 m (Refruge Bertone), jakoś udaje mi się łatwo to pokonać bez zmęczenia. Następny odcinek (12 km) wydaje się płaski, ale bardzo wymagający. Mijam zawodników z PTLa, którzy kierują się do Chamonix w drugą stronę. Widać ich zmęczenie - jest to ich 5 dzień w górach. Szlak jest piękny, po lewo mamy wyeksponowany cały masyw Mont Blanc - lodowce, śniegi skały. Jesteśmy tacy mali na ich tle. 12 km, które się ciągnie i ciągnie, słońce przypieka. Docieram w końcu do Arnuva (97 km), 1771 m, godzina 15.07. Mam ponad 3 godziny zapasu. Nie chce go tracić, więc szybko zaczynam podejście na Grand Col Forret 2527 m. Ściana podejścia jest odsłonięta, słońce przypieka. Co chwilę ktoś siada, zdarza mi się zatrzymać, ale spoglądając w górę, kiedy widzisz, ile jeszcze przed Tobą nie można się poddać. Udało się - o 16:44 docieram na szczyt, tym samym jestem już w Szwajcarii. Dużo przed zaplanowanym czasem.
Kierunek La Fouly, słońce schowało się za szczyt, można odetchnąć. Lekkim krokiem kieruję się w dół, jest to najdłuższy, ponad 20 km zbieg, jednak aby oddać się w pełni sile grawitacji trzeba pozbyć się lęku przed upadkiem, którego ja osobiście pozbyć się nie mogę. Mimo wszystko La Fouly osiągam o 18:46 jest to 110 km. Niby tylko 60 km do końca, co cieszy. Ale właśnie - 3 ostatnie górki to coś co niszczy, odbiera siły i energię. Wszystko zaczyna się w drodze do Champex, nadałem sobie tempo jak na ultra kosmiczne - poniżej 5 minut na kilometr, co prawda tylko na odcinku 4-5 km, trasa i siły pozwoliły oddać się fantazji.
Lecz nadszedł wieczór, nad szczytami gór pojawiły się chmury. Błyskawice na podejściu do Champex, zaczął padać deszcz. Do Champex docieram o 22:43 bardzo zmęczony. Czuję, że moje stopy są w kiepskim stanie, udałem się do punktu medycznego, gdzie lekarze poradzili sobie z odciskami, likwidując ból. Wyszedłem na trasę, deszcz zamienił szlaki w potoki, a całe podejście na La Giete było w strasznym stanie - woda była wszędzie. Błyski burzy rozświetlały niebo, światełka czołówek ginęły w ich tle. Kurtka przeciwdeszczowa i spodnie wodoodporne należą do wyposażenia obowiązkowego. Tutaj się przydały. Czym wyżej szczytów, tym chłodniej, a deszcz nie ustawał. Zmęczony docieram na szczyt, przechodząc przez pastwisko krów, słychać ich dzwonki, niektóre się dziwnie na nas patrzą.
Lekko w dół i jest punkt La Giete. Jest zimno, co prawda deszcz już nie pada, ale jest błoto. Tak więc do kolejnego punktu szlak jest cały w błocie, śliski i niebezpieczny. Zejście do Trient było trudne, zmęczenie, senność wszystko się nasiliło. Miałem dość. Godzina 2:58, 141 km, limit na tym punkcie to 8:00. Wiedząc, że mam tyle czasu, idę do lekarza, który po raz kolejny "naprawia" stopy. W międzyczasie decyduje się na drzemkę, w punkcie medycznym jest pomieszczenie, gdzie zawodnicy mogę się zdrzemnąć. Wystarczy poinformować, o której chce się pobudkę. Tak więc kolejne 20 minut spędziłem chyba śpiąc, trudno ten stan inaczej nazwać. Wiem, że pomogło. Razem z ciepłym bulionem, nowymi bateriami w członowce po godzinie opuszczam punkt krytyczny dla mnie. Bałem się, że jak położę się, to nie wstanę i na tym zakończę. Na szczęście do tego nie doszło, odzyskałem siły na kolejne podejście.
Kierunek Catonge 2009 m, szczyt zdobyłem o 5:40, a na nim rozciągał się przepiękny widok na oświetlone doliny Szwajcarii. Przede mną kolejny poranek, stopy odmoczone, bolą przy każdym kroku. Pomału udaje mi się zejść. 4 km zajęło prawie 1:40.
Vallorince to już przed ostatni duży punkt na trasie. Mało co z niego pamiętam, oprócz bólu jaki odczułem na punkcie medycznym, kiedy w stopę lekarze coś wpuścili, aby uśmierzyć ból przy kolejnym podejściu. Spośród organizatorów był też ktoś z Polski, pogratulował i powiedział "dasz radę, co to dla Ciebie". Zmotywowany, resztkami sił wyszedłem dalej na trasę, dogonił mnie znajomy, z którym razem odbieraliśmy pakiety, namawiał, abyśmy podeszli wspólnie pod górę. Nie dałem rady, usiadłem na ławce przed wejściem na szlak. Nastawiłem budzić na 10 minut w telefonie i przybiłem tzw. gwoździa. Nie wiem, jak szybko zasnąłem, ale można to liczyć w sekundach.
Obudził mnie po kilku chwilach sms od kolegi Zbyszka ("za ile będziesz na mecie?"). Szybko się pozbierałem. 10 minut snu, a czułem się rewelacyjnie. Ucieszony, podczas nieskończonego podejścia docieram do La Tete Aux Ventes, ostatniego szczytu. Czuję radość, zbiegam do La Flegere, jest godzina 12:03. Naprawdę, jak bym odzyskał siły z dnia poprzedniego, jem kilka krakersów. Mam 8 km do mety i ciągle w dół na to cztery i pół godziny.
Lecę w dół, oddaje się grawitacji, trasa na to pozwala. 5 km przed metą wbiegł na szczyt kolega David, śledził mnie na trasie. Dostarczył zimną wodę i jeszcze szybszym tempem lecieliśmy w dół, przed biegiem na metę podał mi polską flagę. Szybkim sprintem pokonałem wąską ścieżkę wytyczoną w miasteczku na cześć biegaczy, w wzdłuż niej oklaski kibiców. W taki sposób po 43:23:07 pokonałem szlak wokół Mont Blanc.
Dziękuje każdemu za doping,
Mario

29 sierpnia 2016 r.

Zapraszamy na trening w środę, 31 sierpnia o godz. 18 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
16 sierpnia 2016 r.
Zapraszamy na trening w środę, 12 sierpnia o godz. 18 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
15 sierpnia 2016 r.
Andrzej biega od 2012 r., ma za sobą starty na 5 i 10 km, zaś w barwach naszego Stowarzyszenia zadebiutuje 27 sierpnia w Biegu Fabrykanta w Łodzi. W tym roku w planach debiut w półmaratonie
» więcej   
8 sierpnia 2016 r.
Zapraszamy na trening w środę, 10 sierpnia o godz. 18 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
1 sierpnia 2016 r.
Zapraszamy na trening w środę, 3 sierpnia o godz. 18 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
28 lipca 2016 r.
11 września część z nas wybiera się na zawody na Ostrawy
Odbywa się tam maraton, półmaraton, bieg na 10 km i bieg na 5 km. Do Ostrawy jest z Sieradza ok. 240 km
Z naszego Stowarzyszenia wystartuje 9 osób
Jeśli ktoś z Sieradza i okolic miałby ochotę również wystartować, zapraszamy do wspólnego wyjazdu w sobotę 10 września. Koszt noclegu to ok. 70-80 zł. Jedziemy własnym transportem, wracamy w niedzielę po zawodach.
Kontakt w tej sprawie pod numerem telefonu: 513 009 350 lub kontakt@sieradzbiega.pl
25 lipca 2016 r.
Zapraszamy na trening w środę, 27 lipca o godz. 18 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
18 lipca 2016 r.
Zapraszamy na trening w środę, 20 lipca o godz. 18 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
15 lipca 2016 r.

scenariusz, reżyseria, operatorzy kamery, montaż, casting, kostiumy, scenografia, makijaż: Kacper, Jędrek
» film   
11 lipca 2016 r.
Zapraszamy na trening w środę, 13 lipca o godz. 18 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
8 lipca 2016 r.

6. Sztafetowy Maraton Szakala - relacja Jędrka

Pierwszy raz w swojej przygodzie zwaną bieganiem miałem okazję spróbować swoich sił w sztafecie. Jednak nie była to typowa sztafeta jaką można oglądać na ekranach swoich telewizorów, gdzie zawodnicy mają co do centymetra wszystko wyliczone i biegną po rekordy świata i wysokie gaże. Wraz ze swoją Niebieską rodziną wystartowaliśmy w szóstej już edycji Sztafetowego Maratonu Szakala, który odbywał się w łódzkim Arturówku. Startowało się w siedmioosobowej drużynie, w tym dwie kobiety. Wystawiliśmy dwie drużyny. Każdy uczestnik pokonywał dystans jednego kilometra po parku Łagiewnickim i następnie w wyznaczonej strefie zmian przekazywał pałeczkę kolejnej osobie z drużyny. Przekazywanie pałeczki trwało, aż każdy uczestnik wykonał sześć okrążeń, a suma kilometrów całej drużyny osiągała dystans zbliżony właśnie maratonowi.
Bieg kilometrowo mało wymagający, jednak wyciągający z uczestników resztki sił i energii. Z każdym następnym okrążeniem zaczynało brakować siły i z pozoru szybka trasa ciągnęła się niezmiernie długo. W mojej drużynie, czyli Grupa Biegowa Sieradz Biega II gdzie kapitanem był Piotrek, to mnie przypadł zaszczyt rozpoczęcia zawodów. Po wcześniejszym sprawdzeniu trasy wiedziałem mniej więcej czego mogę się spodziewać. Szutru, kałuż, błota, nierówności, podbiegów, zbiegów i wąskich tras. Wystartowałem szybko, przynajmniej tak mi się wydawało… Już po 100m byłem jedną z ostatnich osób z pierwszej zmiany z 38. zespołów. Cholera… To oni tak zapierdzielają, czy ja tak wolno biegam?!
Na szczęście to pierwsze, uf! Pierwsze okrążenie pokonuje z czasem 3’45”! (DRUKOWANYMI TRZY CZTERDZIEŚCI PIĘĆ!) Przecież dla mnie to jest jakiś rekord świata, nigdy nawet bym się nie spodziewał, że jestem w stanie tak szybko pobiec. No dobra, może i jestem w stanie, ale nie po tak ciężkim terenie. Po wcześniejszych ‘treningach’ bez problemu udaje mi się przekazać pałeczkę Piotrkowi i schodzę na zasłużony odpoczynek. Początkowo byłem pewien, że te przerwy będą trwały dość długo, w końcu aż sześć osób musi przebiec okrążenie. Zdążyłem się napić i poszedłem lekko się rozruszać na około sześć, siedem minut, a następnie wykonać parę ćwiczeń dynamicznych w miejscu.
Schemat powtarzałem aż końca zawodów. Jak się następnie okazało, myliłem się… czas leciał strasznie szybko i gdy tylko kończyłem rozruch, już powoli musiałem się szykować na swoją kolejną zmianę, czyli przechwycenie pałeczki od Kacpra. Kolejne okrążenie było jeszcze szybsze 3’40” (!!), następne jeszcze szybsze 3’39” (!!!), a czwarte jeszcze szybsze i najszybsze 3’3” (!!!! ja pierniczę !!!!). Pewnie teraz połowa ‘zawodowców’ sobie myśli ‘jak fajnie, że można się cieszyć z byle czego.’ Tak, można. Mnie ten fakt niezmiernie cieszy, gdyż nigdy podczas szkolnych sprawdzianów nie potrafiłem złamać nawet granicy czterech minut. Teraz robię to w takim czasie, a wychodzi na to, że dam radę jeszcze szybciej pobiec ten kilometr. Przy dwóch ostatnich biegach miałem po 3’36”, czyli nieco wolniej, ale tylko nieznacznie. Jako Sieradz Biega II zajmujemy 23. miejsce z czasem 2:52:12,a nasza druga drużyna plasuje się na miejscu 26. z czasem 2:55:33. Piękna rywalizacja do samego końca i strasznie wyrównany bieg!
No cóż ja mogę powiedzieć… Wyjazd na Sztafetowy Maraton Szakala podniósł mnie strasznie na duchu i uświadomił, że zmierzam w dobrą stronę. Dodatkowo tak liczne wyjazdy z Sieradz Biega nie zdarzają się codziennie, a doping i okrzyki na ostatnich metrach przed strefą zmian były strasznie motywujące. Oby więcej takich wyjazdów! Road to Warsaw trwa w najlepsze!

Jędrek
4 lipca 2016 r.
Zapraszamy na trening w środę, 6 lipca o godz. 18 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
27 czerwca 2016 r.
Zapraszamy na trening otwarty w środę, 29 czerwca o godz. 18 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
23 czerwca 2016 r.
To już trzeci rok z rzędu kiedy wybieram się do Wrocławia na nocny półmaraton. To właśnie tam zaczęła się moja przygoda z bieganiem na tym dystansie i to właśnie ten bieg zapadł mi w pamięci. Może ze względu na debiut, a może miała na to wpływ nietypowa jak na zawody pora dnia. Tym razem wybieramy się w bardzo licznym składzie, aż 15 osób w niebieskich barwach zamierzało podbijać nocą Wrocław i to bez przystanków w pubach i pobliskich knajpach. Każdy jechał z indywidualnym planem pozwalającym pobić swój rekord życiowy, osiągnąć na dany dzień swoje maksimum czy też zadebiutować i szczęśliwie ukończyć bieg. Za cel wziąłem sobie uzyskanie czasu z granicach własnej przyzwoitości, czyli poniżej godziny pięćdziesiąt. Pierwszą część roku przesiedziałem w domu bez trenowania, gdy pod koniec maja wszedłem na wyższe obroty zacząłem czuć się o niebo lepiej.
Bieg zaczął się o godzinie 22:00, a według organizatora na linii startu ustawiło się przeszło 10.000 biegaczy… ! Wraz z Sebastianem, Rafałem i Kacprem wspólnie zaczęliśmy ten bieg i wstępnie mieliśmy tak właśnie te zawody rozegrać, w kupie siła! (niemal dosłownie…). Biegło nam się dość przyjemnie i w równym tempie, choć mimo późnych godzin wieczornych na dworze panowała straszna duchota, a organizm w zatrważającym tempie pozbywał się z organizmu wody. Po dziesięciu kilometrach z peletonu wyrwał się Kacper, który tak też zaplanował sobie bieg we Wrocławiu. Wiatr w plecy i niech leci, ale do granicy 1:38 niech się nie zbliża! W okolicach 15km z Rafałem i Sebastianem stwierdziliśmy, że coś nam nie pasuje. Mianowicie, biegliśmy tempem 4’50” – 5’00”, a przed naszymi oczami pojawił się zająć z balonem 1’40”… Ktoś mi to jest w stanie wytłumaczyć? Chyba zbliżał się czas rui i nóżki już tak chętnie nie przebierały :)
W kupie siła! Od 17km zaczęliśmy mieć z Rafałem problemy żołądkowe. Jak wynikało z późniejszych rozmów ze znajomymi, prawie każdy odczuwał albo dyskomfort żołądkowy albo związany z kolką. Zwolniliśmy nieco tempo swojego biegu, a Sebastian czując się tego wieczoru dobrze, poleciał do przodu. Nie zależało nam z Rafałem jakoś strasznie na wynikach, a dla mnie był to po prostu dobry trening w drodze do Warszawy. Wbiegamy na metę niemalże w tym samym czasie 1:47:18. Nasze organizmy wylały z siebie chyba dobry litr jak i nie więcej potu… Staramy się uzupełnić braki i idziemy do samochodu się przebrać i ogrzać. Po takim wysiłku i rozgrzaniu organizmu, o tak późnej godzinie wieczornej bardzo łatwo się wyziębić. Czekamy na resztę ekipy, następnie GODZINĘ wyjeżdżamy z parkingu i jedziemy na zasłużonego Maca. Po raz kolejny udowadniam ile potrafię w siebie zmieścić żarcia.
Największym plusem wyjazdu jest liczna ekipa Sieradz Biega, kwintesencja biegania. Kolejną rzeczą która cieszy jest zajęte miejsce, 3000. na blisko 10.000 osób! Czas bardzo przyzwoity, a lekki niedosyt jest co świadczy tylko o tym, że treningi idą w dobrą stronę. Serdeczne gratulacje dla wszystkich, którzy ukończyli bieg, a przede wszystkim dla Grupowych debiutantów!
Jędrek
20 czerwca 2016 r.

Zapraszamy na trening otwarty w środę, 22 czerwca o godz. 18 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
13 czerwca 2016 r.

Zapraszamy na trening otwarty w środę, 8 czerwca o godz. 18 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR :)
11 czerwca 2016 r.
Nasze szeregi zasila kolejny biegacz - Jarek :)

Jarek ma za sobą kilka startów na dystansie 10 km. W naszej Grupie zadebiutuje w VI Biegu Fabrykanta w Łodzi


» więcej   
10 czerwca 2016 r.
Do Stowarzyszenia dołącza nowa biegaczka - Aneta :)

Aneta jest początkującą biegaczką, a w debiucie wystartowała w II Sieradzkim Crossie Towarzyskim

Serdecznie witamy :)
» więcej   
10 czerwca 2016 r.
Patrycja biega od pół roku i ma za sobą starty w II Sieradzkim Crossie Towarzyskim oraz w Biegu Ulicą Piotrkowską. W naszych barwach zadebiutuje w II Wieluńskim Biegu Pojednania i Pokoju (10 km)

Serdecznie witamy :)
» więcej   
8 czerwca 2016 r.
Grzesiek ma za sobą kilka startów, głównie na 10 km. Ostatni to Bieg Ulicą Piotrkowską w Łodzi
7 czerwca 2016 r.
Zapraszamy na trening otwarty w środę, 8 czerwca o godz. 18 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR
7 czerwca 2016 r.
Do naszej niemałej już Grupy dołącza nowa biegaczka - Aneta :)

Aneta ma za sobą kilka startów na 5 i 10 km oraz jeden półmaraton. W naszej Grupie zadebiutuje 3 lipca w Sztafecie Szakala

Serdecznie witamy :)
30 maja 2016 r.
W Karkonoszach jeszcze nie biegałem. Pierwsze skojarzenie - Śnieżka, Karpacz i to wszystko co wiedziałem o tych górach. Luzackie podejście do tematu bo co może pójść nie tak ? Przewyższenia rzędu ponad 5000 m na 100 km ? Łeeee, luuuzik, biegało się podobne. Jaki ja byłem naiwny …
Do Jeleniej Góry przyjechałem po pracy, wieczorem w piątek. Zakwaterowanie , kolacja i o 20.30 obowiązkowa odprawa przed biegiem w Sobieszowie. Kilka wskazówek organizatorów, odbiór pakietu, przekazanie obsłudze przepaków i można wracać odpoczywać. Start o 2 w nocy a więc snu za wiele nie zostało, niecałe 3 godziny. Ostatnie sprawdzenie sprzętu, ubioru i kołatające się w głowie myśli - czy ja wszystko wziąłem ? Od zakwaterowania po koniec biegu mój los przez najbliższą dobę związany jest z partnerem biegowym, Bartkiem. Spotkaliśmy się na DFBG w tamtym roku i jakoś tak zostało :)
Na miejsce zbiórki docieramy pół godziny przed startem. My i ok stu desperatów krząta się tu i tam, ostatnie szlify, sprawdzenie sprzętu, powitania znajomych, zapach Ben Gaya :) Można usłyszeć w tłumie często zadawane pytania – będzie padać ? No cóż, prognozy nie są optymistyczne, będzie padać i mogą wystąpić burze.
Wystartowaliśmy równo o godzinie drugiej. Przed biegiem podjęliśmy decyzje, trzymamy się razem i jak najdłużej biegniemy w parze , zaczynamy wolno, na prostych i zbiegach biegniemy, pod górę podchodzimy. Proste, prawda ? Otóż nie do końca. Były momenty że na prostych szliśmy, z góry szliśmy a pod górę prawie pełzaliśmy a wszystko przez kamienie. Tak, kamienie, głazy, kamulce, melchiry, jak zwał tak zwał ale popalić dały nam niesamowicie.
Pierwsze podejście z 343 na ponad 1400 m n.p.m. nie sprawiło problemów. Na dziesiątym kilometrze był punkt żywieniowy i miłe zaskoczenie, truskawki i arbuz. No no, wypas. Jak się dowiedziałem że na każdym punkcie będą takie smakołyki to aż mi się lepiej zrobiło. Są to jedne z moich ulubionych owoców które mogę jeść i jeść. Zaczęło świtać przed piątą, wyszło słoneczko i zrobiło się cieplej. Wbiegliśmy do Czech, Łabski Szczyt i zbieg. Gdzieniegdzie leżał jeszcze śnieg a na tle kamieni i pięknej kosodrzewiny wyglądało to niesamowicie. Nie omieszkaliśmy zrobić zdjęć . Wiele osób mówiło że Karkonosze po czeskiej stronie są ładniejsze, sprawdziłem, są tak samo ładne jak i Polskie :)
Na 49 kilometrze w Karpaczu był pierwszy przepak. Nasz suport czyli Bartka syn i Anika czekali już na nas. Pomogli w przebraniu się, wsparli na duchu dobrym słowem. Na punkcie miało być coś ciepłego do jedzenia i do picia. Organizator zaserwował nam owsiankę instant zalewaną wrzątkiem, hmmm, jedząc cały dzień chemię w postaci żeli chciałoby się coś bardziej wykwintnego, choćby najzwyklejszą zalewajkę czy ziemniaka. Pojedli, popili, dotankowali wody to w drogę. Kolejne podejście w kierunku Śnieżki to po drodze schronisko Nad Łomniczką i cały czas w górę. Po drodze mijamy wielu turystów, pozdrawiają nas, witają się, podziwiają i współczują wysiłku jaki wkładamy. Kolejny szczyt zdobyty, wypłaszczenie i chwila odpoczynku. Za plecami najwyższy szczyt Karkonoszy, Snieżka ale organizator nie dał nam szansy zdobycia jej. Trasa biegnie bokiem i schodzimy w dół Czeską stroną. Uwagę naszą przykuwają turyści, jest ich o wiele więcej niż po Polskiej stronie. Okazało się że Czesi mają jakieś święto, są ubrani w jednakowe koszulki i napierają pod górę całymi rodzinami włącznie ze zwierzętami. Na początku fajnie to wyglądało ale z czasem zaczęło denerwować. Ludzi można było liczyć w setki a bezpańsko spuszczone psy zagrażały naszemu zdrowiu. Nie wiadomo jak zareaguje pies kiedy mija się z biegnącym na niego z górki człowiekiem …
Kolejna „górka” i dolina i wbiegliśmy do miejscowości Spindlerowy Młyn gdzie był jeden z punktów żywieniowych. Pomidorowa z gara ze świderkami robiła robotę. Organizatorzy odrobili czerwoną kartkę wystawioną w Karpaczu . Zjadłem dwie miseczki zupy, oczywiście kilka kawałków arbuza i kilka truskawek i w drogę. Kolejne podejście okazało się bardzo wymagające. Na usta cisnęły się niecenzuralne słowa ale nie było wyjścia, trzeba było napierać. Widoki rekompensowały wszystko, było przepięknie. Średnio co kilka kilometrów stawaliśmy i wytrzepywaliśmy kamienie z butów a stup tuty zostały w samochodzie. Oj narzekałem i kląłem w duchu ale nie było wyjścia. Pamiętajcie, kamień jak wpadł do buta to sam nie wypadnie ;)
Ostatnia „górka” i ostatni zbieg to już walka z czasem. Na szybko założyliśmy na ostatnim punkcie żywieniowym team czterdziestolatków. Jakoś tak spontanicznie zgadaliśmy się w pięć osób że wszyscy jesteśmy w M40 i już dalej napieraliśmy razem do celu . Było śmiesznie, cały czas rozmawialiśmy a limit się kurczył nieubłaganie. Z naszych wyliczeń jasno wychodziło że się zmieścimy z zapasem ok. 10 minut ale nie wiedzieliśmy co nas spotka przy zejściu z Chojnika.
Ostatnie 7 km to był niemalże ciągły bieg z krótkimi odpoczynkami w marszu. Na domiar złego zaczęło się ściemniać i trzeba było wyciągnąć ponownie latarki. Ile człowiek ma w sobie ukrytej energii. Kamienie, głazy, ciemność a my biegniemy jak kozice. W nogach po 100 km a my dostaliśmy jakby wiatr w plecy. Ostatni kilometr to już płasko , Sobieszów. W oddali słychać spikera, muzykę i wiwatujących ludzi. Wysuwam się na prowadzenie z naszej czwórki i biegnę ile sił w nogach. Tempo w okolicach 4 minut na kilometr ! Wbiegam na metę , patrzę na zegarek, 19 godzin 55 minut. Plan wykonany choć zamiar był inny. Dekoracja medalem i chwila wytchnienia. Nasz suport team przynosi herbatę, colę, zapiekanki i frytki. Mniam.
Zdobyłem nowe doświadczenie. Nauczyłem się że są „góry” i góry ale żadnych nie można lekceważyć. Bieg bardzo techniczny. Poziom trudności w skali 1-10 oceniam na 11 ;) Dostałem w kość ale w przyszłym roku rozważę start w Chojnik Festiwal i piszę to świadomie dzień po ukończeniu.
29 maja 2016 r.
Miałem tradycyjnie napisać relacje z biegu, jak to już mam w swoim zwyczaju. Nikt jeszcze nie określił czy zwyczaj ten nie jest przypadkiem jednym z tych przyrównywanych do alkoholu, czy palenia papierosów. Może jest to zwykła rutyna, której człowiek po pewnym czasie po prostu ulega i traktuje jak coś normalnego. Nie potrafię tego określić, więc po prostu coś napiszę, a co mi kuźwa szkodzi…
Cały ten tydzień, która właśnie mija, jest pierwszym tygodniem, który w pełni przetrenowałem od końcówki stycznia tego roku. Ale ten czas leci… Wszystko nie wynikało jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać z mojego lenistwa. Jest to efekt kontuzji, która ciągnęła się za mną jak… jak nie wiem co, o! Najkrócej rzecz ujmując, niech ten stan rzeczy, który trwa, zostanie jak najdłużej.
Na 14. Edycję biegu ulicą Piotrkowską zapisałem się pod wpływem presji, ale presji samego siebie. Start w tej imprezie zaliczyłem w poprzednich dwóch latach i uświadomiłem sobie z czasem, że coraz mniej przemawiają do mnie tego typu imprezy, gdzie wedle mojej subiektywnej opinii, bieganie idzie trochę w masówkę. Niech nikt nie zrozumie mnie źle, super, że tyle ludzi uprawia sport i dba o siebie! Chodzi mi bardziej o to podejście do szarych biegaczy. Choć w Łodzi nie jest to jeszcze takie złe, to jednak wolę te biegi kameralne, które mają ten swój niepowtarzalny urok. Piszę to, bo to moja relacja i mogę, a co! Choć faktem jest, że pewnie i tak jeszcze nieraz się wybiorę z Sieradz Biega na tego typu imprezę. Bez sensu, prawda? Wracając do presji. Na bieg zapisało się przeszło piętnaście osób z mojej rodziny biegowej, a gdzie jadą Niebiescy w licznym gronie, czuję wewnętrzny obowiązek bycia z nimi. Więc się zapisała, ciekawa historia, prawda?
Nie był to dla mnie bieg priorytetowy, w którym za wszelką cenę chciałem coś ugrać. Nie trenowałem, dopiero co powracam, a więc był to bieg na zaliczenie. Ale mądra główka jak to ma w swoim zwyczaju pomyślała, że ukręci coś z tego gówna, a nuż widelec… Dupa tam, duchota mnie zabiła. Taa, chciałbym… Po prostu nie byłem przygotowany na to co chciało osiągnąć serce, waleczny skurczybyk! O samym biegu nie będę się rozpisywać, bo nie ma o czym. Zacząłem za mocno, potem zdechłem, a na koniec jeszcze powalczyłem nie wiadomo z czym i zakończyłem z czasem 45:56, czyli bardzo przyzwoitym. Tak, jestem z tego czasu bardzo zadowolony! A jeszcze bardziej z faktu, że byłem ~600 osobom na mecie z bliska 4000 osób, które ukończyły ten bieg!
Jak mówiłem, o samym biegu za dużo nie ma, po prostu był i będzie następny. Na dobitkę dzień po, zaliczyłem 14km treningu i jestem zwyczajnie zmęczony i nic mi się nie chcę. Wyprzedzając szyderstwa, napisałem to w wyniku podświadomości, która zwyczajnie kocha pisać i dzielić się tym z innymi. A wszystko to piszę przy kolejnej porcji kurczaka i ryżu (ziroł monotonia!), by po przymusowej przerwie wrócić jeszcze silniejszym! Zanim padnę pyskiem na klawiaturę wciskając przypadkowe klawisze, chciałbym jeszcze przejść do ‘podsumowania.’
Uwielbiam te nasze wyjazdy w tak licznej obsadzie, tego po prostu nie da się opisać. Z osobami z Sieradz Biega czuję się na nich jak z rodziną, więc dziękuję, że jesteście . Marek, zgodnie z obietnicą, dałeś radę i wygrałeś walkę z okiem! Jak coś to spoko, masz jeszcze drugie! Marcin, podjąłeś rękawice w nierównym starcu z ‘maćkiem’, ale wierzę, że go pokonasz! A już całkiem poważnie, gratulacje dla wszystkich osób aktywnie spędzających czas wolny. Pozdrawiam wszystkich znajomych z którymi miałem okazję się spotkać przed, w trakcie oraz po biegu, oraz tych z którymi takowej okazji nie miałem. Do zobaczenia na kolejnych imprezach!

Jędrek
23 maja 2016 r.
Z każdym kolejnym biegiem stajemy się mądrzejsi, przynajmniej tak nam się względnie wydaje, bo prawda bywa różna. Maraton w Krakowie udowodnił mi wiele, a raczej dzięki niemu udowodniłem coś sam sobie. Minął tydzień, dopiero po tylu dniach jestem w stanie zebrać parę myśli, wspomnieć wydarzenia z tamtego dnia i coś napisać. Przez ten tydzień moje ciało wydaje się już zregenerowane, przynajmniej w jakimś stopniu. Umysł niestety ucierpiał bardziej, a to dlatego, że ten bieg w głównej mierze był właśnie rozgrywany w głowie, która wraz z sercem pokonała ostatnie dziesięć kilometrów trasy.
Na bieg zapisałem się jeszcze w roku ubiegłym, gdy wpisowe było najniższe – studencka logika. Przez ten czas zdążyłem złapać kontuzję i praktycznie w ogóle nie trenować. Tak naprawdę to nawet przestałem myśleć o tym Krakowie, gdzieś z tyłu głowy co jakiś czas przewijała się myśl, ale były to urywki. Gdy za oknem maj pokazywał swoje prawdziwe oblicze, obudziłem się z ręką w nocniku, bez noclegu, bez dojazdu… Na szczęście koniec końców wszystko ułożyło się pomyślnie i zabrałem się z bratem Tomka, kolegi z Sieradz Biega, Łukaszem. Miejscem noclegowym została hala judo Wisły Kraków, coś nowego jak dla mnie.
Po odebraniu pakietów na stadionie Wisły Kraków, zostawiliśmy rzeczy na hali i udaliśmy się na spacer po Starym Mieście. Przy okazji nasze nogi trochę nas poniosły i zrobiliśmy spacerkiem dobre 10 km, tak na rozgrzewkę… Następnie udaliśmy się na docelowe miejsce spania. Podłoga była wyłożona materacami zapaśniczymi, więc noc zapowiadała się obiecująco. Niestety tylko się zapowiadała. Nigdy nie miałem okazji spać w tego typu warunkach w śpiworze. Dookoła stadko chrapiących facetów, leżąc jeden obok drugiego, a za oknem słychać była juwenalia, które na dobre się rozpoczęły nieopodal. Noc przespana jak cholera… Co chwilę się budziłem, a od godziny piątej zaczęły dzwonić budziki jeden za drugim, jakby biegacze szli od rana robić atest trasy…
Sam bieg był dla mnie pójściem na żywioł. Zaczynając od braku objętości treningowej, przez testowanie nowego sprzętu biegowego i formy żywienia, a kończąc na przeczytaniu dzień wcześniej o zasadzie Galloweya i wpleceniu jej w mój plan maratoński. Ot takie założenie na bieg, co ma być to będzie i tyle.
Start został zaplanowany na godzinę dziewiątą w piękny słoneczny poranek w Krakowie dnia 15 maja. Dzień dla mnie ważny z kilku powodów, nie mówiąc już o samym starcie w czwartym maratonie. Dzień ten jest moją pierwszą rocznicą bycia z ukochaną, najlepszy rok w moim życiu, a mam nadzieję, że będzie ich o wiele więcej. Kocham Cię! Drugą ważną sprawą był fakt, że ten bieg postanowiłem pobiec dla Rafała, mojego przyjaciela, który tego dnia był ze mną, czułem to…
Plan był taki, by biec sobie spokojnie tempem w granicach 5 minut 40/50 sekund na kilometr, a co trzy kilometry (czyli jak były rozstawione punkty) przechodzić do dwóch minut szybkiego marszu. Wszystko szło pięknie, biegło mi się cudownie, choć byłem świadom tego, że bieg zaczyna się po 30 kilometrze, więc studziłem swoje emocje. Co 5 km sprawdzając międzyczasy ciągle przez głowę przewijała się myśl o życiówce, lecz starałem się ją dusić w zarodku.
Po dwudziestym kilometrze spotkałem moich dobrych znajomych ze Zduńskiej Woli, z którymi tak mijamy się na różnych biegach. Kamil postanowił wypróbować moją formę biegu na dziś, a Łukasz leciał z przodu, choć co jakiś czas ciągle go doganialiśmy. Gdy bieg się rozpoczął, czyli po granicy 30 kilometrów, postanowiłem trochę przyspieszyć czując wewnętrzną moc. Opuściłem niegrzecznie chłopaków i zacząłem realizować drugą spontaniczną cześć planu. Tempo odcinków biegowych wzrosło o blisko 20 sekund, a odcinki marszu okazały się również szybsze od wcześniejszych. Ostatnie 5-7 kilometrów trasy było niestety pod wiatr, który tego dnia mimo palącego słońca był naprawdę nieznośny. Warto zaznaczyć, że trasa składała się z dwóch pętli, a sama w sobie okazała się dość ciężka z licznymi podbiegami. Ostatnie cztery kilometry pokonałem z klapkami na oczach widząc już ciemność. Czułem jak słabnę, ale mimo wszystko zegarek temu zaprzeczał, wskazując ciągle szybkie tempo. Jeszcze tylko ostatni podbieg koło Wawelu… morderca… zamykam oczy, a raczej zamykają mi się same i resztką sił z tempem zbliżonym w granicach pięciu minut na kilometr wpadam na metę. Nie do końca jestem jeszcze świadom czego dokonałem. Poprawiłem życiówkę o ponad pięć minut! Rafał, dziękuję, byłeś ze mną i na pewno dodałeś mi sił! Nigdy o Tobie nie zapomnę…
Na szyi zawiasa mi złoty medal z uśmiechniętym smokiem, który zaraził mnie i z mojej twarzy również uśmiech nie chce zejść. Jestem w siódmym niebie i chce mi się płakać i krzyczeć ze szczęścia jednocześnie! Jestem usatysfakcjonowanym maratończykiem!
Tydzień minął, emocje jeszcze we mnie tkwią. Były one tak skrajne, że ciężko było mi zebrać myśli i napisać coś składnie. Taki bieg wykańcza bardziej umysłowo niż fizycznie, a ja sam nie mogłem się pozbierać. Wszystko wydaje się na pozór proste i banalne, lecz potem okazuje się to bardzo skomplikowane, a zmęczenie zaczyna się ujawniać dopiero z dniami kolejnymi, ustępując w tym przypadku po tygodniu.
Wracam do żywych, wracam do sił!

Jędrek
12 maja 2016 r.
Miło nam przywitać nową koleżankę - Sylwię :)

Sylwia zaliczyła swój debiut w zawodach biegowych kilka dni temu w II Sieradzkim Crossie Towarzyskim, w którym pokonała 10 km.
Najbliższy start i debiut w biegu ulicznym to XIV Bieg Ulicą Piotrkowską na dystansie 10 km

Serdecznie witamy :)

» więcej   
11 maja 2016 r.
Skąd wziął się pomysł na Sieradzki Cross Towarzyski i czym on w ogóle jest?
Sama formuła biegu jest dość nietypowa i nieczęsto spotykana. Wygrywa osoba, która w ciągu sześciu godzin trwania zawodów pokona największą ilość kilometrów. Najmniejszym wymaganym dystansem do pokonania zaś było dziesięć kilometrów, a sukces ten wieńczył pamiątkowy medal. Formuła ta pozwala jednocześnie na dość zaciętą rywalizację między ultrasami, a jednocześnie pozwala skumulować w jednym miejscu wszystkich miłośników biegania. Jest czas na rozmowy, dzielenie się doświadczeniem oraz to co najważniejsze, czyli czerpanie przyjemności jakim jest bieganie. Odkąd jestem w Stowarzyszeniu, naszym celem była popularyzacja biegania jako najprostszej formy ruchu i to właśnie chcemy odzwierciedlić w Naszych zawodach. Sieradzki Cross Towarzyszki to wydarzenie, które jest od podstaw tworzone z pasją i zamiłowaniem od biegaczy dla biegaczy. Mamy nadzieję, że wszystkim obecnym się podobało i zawitacie do Nas również w kolejnych edycjach!
Z punktu widzenia Organizatora…
Względem edycji poprzedniej… Nie, nie będziemy patrzeć na to co było rok temu. Teraz jest teraz i temu należy się przyjrzeć i na tym skupić. Była to druga już edycja Sieradzkiego Crossu Towarzyskiego i to by było na tyle z nawiązań do poprzedniej edycji.
Na ten dzień przygotowywaliśmy się już na długo przed 8 maja, tak by wszystko było zapięte na ostatni guzik. W końcu mogłem też się poczuć jak prawdziwy organizator biegu, który doskonale wie ile włożył sam w to pracy. Zaczynając od załatwiania spraw finansowych z potencjalnymi patronami biegu, przewożenie poszczególnych części pakietów, a także ich pakowanie, poprzez przygotowania już w dzień imprezy na innych drobniejszych rzeczach kończąc.
W dzień zawodów budzik został nastawiony na godzinę szóstą, wtedy zacząłem żyć już tylko tym dniem. Tak naprawdę to żyłem nim na dobry miesiąc czy też dwa wcześniej, co z resztą mogą potwierdzić moi bliscy.
Punkt godzina siódma wraz z autem pełnym pakietów, melduje się na sieradzkim Mosirze. Moje plecy jeszcze dobrze pamiętają dzień poprzedni, kiedy to te same pakiety były w trakcie zapełniania. Lecz dzisiaj dzień jest wyjątkowy, pozwalam myślom skupić się na rzeczach istotniejszych. Kolejne czynności są niczym nowym, przepakowujemy pakiety, szykujemy trasę wraz przygotowaniem startu oraz mety i chyba co najważniejsze, przygotowujemy się mentalnie na Nasze Święto.
Start zaplanowany został na godzinę jedenastą, na kilka minut przed, w parku zaczyna robić się już gęściej od biegaczy, którzy zjechali do nas z całego regionu, ale też i województwa, a nawet i Polski. Zawieszam sobie na szyi medal, tfu aparat (ostatnio coraz częściej) i przechadzam się tu i ówdzie łapiąc same zadowolone twarze, które chętnie wskakują mi pod obiektyw. Gdzieniegdzie wyłapuje jeszcze uchem opinie o pakietach startowych: „Z pakietami to przesadzili… mega pozytywnie!”, „Ale zaje!@# pakiety!”, „No z pakietami to się naprawdę postarali.” – takie małe samochwalstwo, ale pozwolę sobie na nie dzisiaj jeszcze nieraz. Tak, z pakietów możemy być naprawdę dumni. Zanim przypomnę co się w nich znajdowało, przypomnę jeszcze raz, że impreza odbyła się bez żadnego wpisowego. W pakiecie każdy uczestnik Crossu mógł znaleźć: wodę niegazowaną półlitrową, napój izotoniczny 0,7l, napój/nekta 1l, mleczko spakowe MU!, kubek termiczny/brelok, herbatniki deserowe, ciasteczka familijne, magnez Ale 60szt., długopis/smyczke, zapach do samochodu oraz pare drobniejszych gadżetów. Nieskromne 5+. Dodatkowo pierwsze dwadzieścia osób, które pokonały dystans 13 okrążeń (czyli 26km) dostawały pamiątkową koszulkę techniczną.
Przed samym starem parę złów zabrał jeszcze prezydent Miasta Sieradz Paweł Osiewała, główny patronat naszej imprezy, a następnie przystąpiliśmy do jednego z najważniejszych punktów imprezy, czyli jej otwarcia.. Pierwsze zadanie, które zostało mi przydzielone to odhaczanie uczestników na linii startu/mety, którzy chcieli odpocząć bądź wrócić na trasę. Jednak na samym początku zająłem się fotografowaniem uczestników. Kolejna rzecz, którą ‘samowychwale’ na naszym Crossie to ilość zdjęć oraz czas w jakim zdjęcia te znajdują się do dyspozycji uczestników biegu na naszej stronie. Dla mnie nieskromne 5+. Dajcie nam trochę czasu, a jeszcze ze zdjęciami Was zaskoczymy
W każdej wolniejszej chwili zamieniał się z poszczególnymi członkami mojej Rodziny Biegowej, by oni też mogli przebiec swoje minimalne 10km i zajmowałem się zadaniem odhaczania uczestników, a później również wręczaniem finiszerom medali.
Sześć godzin zawodów zleciało dość szybko. Czas ten spędzony był dość typowo jak na takie wydarzenie, czego objawami są m.in. brak apetytu i lekka nadpobudliwość wszystkich bodźców, które nagle się bardzo wyczulają. Gdy tylko miałem możliwość znajdować się na trasie wśród uczestników, podpytywałem jak się im podoba impreza i słyszałem same superlatywy, znów oczywiście nieznacznie się ‘samochwaląc’.
Ostatnie dziesiątki minut zawodów odbyły się pod znakiem zażartej rywalizacji „pochłaniaczy kilometrów” względem zwycięzcy II Sieradzkiego Crossu. W kategorii open kobiet wygrała Milena Grabska - Grzegorczyk, a w kategorii mężczyzn jej mąż Bartosz, oboje pokonali 66km wyrównując tym samym rekord trasy z roku poprzedniego (jednak bez drugiego wspomnienia z edycji poprzedniej się nie obyło...). Najlepszą biegaczką Ziemi Sieradzkiej została Agnieszka Zagłoba, pokonując 50km, a najlepszym Biegaczem Ziemi Sieradzkiej Marcin Walczuk, który pokonał 60km. Z Marcinem miałem okazję przebiec parę kilometrów zającując mu, ale o tym później. Serdecznie gratulacje dla wszystkich uczestników biegu. Dziękujemy, że przyjechaliście i miejmy nadzieję, że Wam się podobało i jeszcze do nas zawitacie!
Gdy emocje nieznacznie opadły po godzinie siedemnastej, zabraliśmy się do ‘zamykania’ imprezy i sprzątnięcie całego majdanu. Posprzątaliśmy trasę, zgarnęliśmy wszystko co nasze i każdy z nas udał się do domu zmęczony, ale i pełen zadowolenia, że wspólnie osiągnęliśmy pełen sukces i możemy być z siebie naprawdę dumny. Ja jestem i to bardzo!
Jako jeden z uczestników Crossu…
Minimum planu biegowego na dzień trwania zawodów to pokonanie dziesięciu kilometrów, czyli tyle ile potrzeba, by otrzymać pamiątkowy medal. Medal, który jest kolejnym już medalem napawającym mnie dumą, medal który jest wyjątkowy (trzecie już wspomnienie do edycji poprzedniej… choć niedosłowne!). Medal ten ma szczególne znaczenie w moim sercu i w mojej małej ‘karierze’ biegacza.
Pierwsze kółka pokonywałem z moją dziewczyną Karoliną i jej bratem Dominikiem. Mam nadzieję, że dziewczyna chciała sama wziąć udział, bo na pewno jej do tego nie zmuszałem, przysięgam! Początkowo robiliśmy razem jedną rundę, czyli 2km, a następnie ja zajmowałem się obowiązkami organizatorskimi, a Karolina odpoczywała. Początkowo bardzo się o nią martwiłem, gdyż wyglądała nieciekawie, ale jak się później okazało, ona dopiero się rozgrzewała! Zrobiliśmy wspólnie tak cztery okrążenia z przerwami. Zrobiła też parę kółek z bratem i moim przyjacielem Maćkiem. Łącznie pokonała 12km! Niesamowita dziewczyna! Dostała wszystko co najważniejsze: medal, a nawet drugi specjalny ode mnie i zwycięskiego buziaka. Jestem z Ciebie strasznie dumny kochanie! Jej brat Dominik pokonał 24km, ale to pewnie ze względu na to, że miał moje buty i go tak niosły!
Gdy Dominik z Karoliną zabrali się już do domu, ja ponownie zająłem się trochę tym drugim zadaniem na dziś, a nawet ważniejszym. Dopiero na niecałe dwie godziny do końca, postanowiłem trochę pobiegać z Marcinem. Tego dnia zamierzał powalczyć nie tyle co z samym sobą, ale i powalczyć o coś więcej. Przez pierwsze okrążenia dużo rozmawialiśmy, oczywiście o bieganiu, a dopiero na ostatnie dwa okrążenia Marcin postanowił bardziej się skupić włączając stymulującą muzykę. Jak się okazało pomagała mu bardzo, aż zaczął grać na perkusji, wariat! Moim zadaniem było biegnięcie przed nim, nadawanie rytmu i sprawdzanie czy trzyma się tuż za mną. Jak później się okazało moja pomoc była bardziej znacząca niż w ogóle mógłbym sobie zdawać sprawy. To nie było tylko biegnięcie dla samego towarzystwa. Ogromnie mnie cieszy, gdy mogę sprawować taką funkcję i bliska mi osoba zajmuje następnie miejsce na podium, w przypadku Marcina pierwsze w kategorii najlepszego biegacza Ziemi Sieradzkiej, jeszcze raz gratuluje! Znów ‘samochwalstwo’, dzisiaj mi wolno!
II Sieradzki Cross Towarzyski kończę z wynikiem 18km biegania. Zapewnie można do tego dołożyć kolejne dziesięć, które zawierało chodzenie z aparatem, sprawdzanie trasy, bieganie do wydawania pakietów oraz inne – i w cale nie jest to przesadzone. Jestem z siebie bardzo zadowolony, czyli już po raz kolejny! A co tam!
Podsumowując, II Sieradzki Cross Towarzyski to impreza, która pokazuje całe piękno biegowe. Każdy biegacz jest równy, a my skupiamy się właśnie na każdym z osobna. Gdyby nie ‘szary’ biegacz, którym ja też jestem, to żadne zawody nie miałyby najmniejszego sensu. Bieganie staje się kolejnym komercyjnym elementem ludzkiego świata, a zwykły biegacz jest tylko dodatkiem, bez którego jednak impreza by się nie odbyła, a nie mało kto o tym niestety zapomina.
Chciałbym jeszcze raz, tym razem osobiście, podziękować zarówno wszystkim przybyłym biegaczom i biegaczkom za udział w Crossie jak i kibicom, którzy tego dnia przyszli do parku.
- Panu Prezydentowi Pawłowi Osiewale, który objął patronat nad biegiem,
- Partnerom Crossu: Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej WART-MILK z Sieradza, City Fitness Club, firmom: GratydoAuta, Cukry Nyskie, Sklep Medyczny Medyk eRka, Smaczek, Wodomierze,
- sieradzkiemu MOSIR-owi, jego dyrektorowi oraz pracownikom,
- Patronom medialnym - Naszemu Radiu, zwłaszcza w osobie Michała Sieczkowskiego oraz serwisowi internetowemu Sieradzkiebiegi,
- firmie Agros Fortuna, cukierni Delicja z Sieradza, Biedronce, BGŻ BNP Paribas oddział Sieradz,
- komendantowi Straży Miejskiej w Sieradzu, pani dyrektor Szpitala w Sieradzu, Komendantowi powiatowemu Policji w Sieradzu,
- Sławkowi Wilkowi,
- oraz obecnym i zaangażowanym w przygotowania kolegom i koleżankom z Sieradz Biega, dziękuję Wam, że jesteście i to dla mnie zaszczyt móc z Wami biegać!
Jędrek
» blog   
9 maja 2016 r.
Może nieco o idei :)
Pomysł na formułę Crossu - dość nietypowy i niespotykany - wiąże się z celem, jaki postawiliśmy sobie jako Stowarzyszenie - zachęcanie do biegania, głównie Sieradzan i Sieradzanki :) To punkt wyjścia dla idei, jak nam przyświecała i przyświeca.
Sądzę, że "dzięki" tym zawodom wielu z Was przekonało się, że jest w stanie więcej i że granice często są dalej, niż nam się wydaje :)
Połączenie biegu ultra z piknikiem biegowym to zaspokojenie potrzeb zarówno tych, którzy chcą rywalizować o miejsca, ale także - i przede wszystkim - potrzeb tych, którzy chcą się zmierzyć z sobą, dystansem, którego nigdy na klasycznych zawodach czy treningu nie pokonali oraz spędzić czas wśród podobnych sobie pozytywnych ludzi.
W czasach, gdy biegów ulicznych w Polsce jest tysiące, gdy jednocześnie postępuje komercjalizacja biegania, gdzie biegacz, uczestnik często jest dodatkiem do imprezy masowej, a szeroko rozumiane cele marketingowe priorytetem, chcieliśmy pokazać, że można również inaczej.
Mam nadzieję, że ten pomysł Wam się spodobał i że będziecie obecni na III i kolejnych edycjach Crossu, na które zapraszam w imieniu wszystkich nas z GB Sieradz biega

Pozdrawiam
Artur Ciepłucha
prezes GB Sieradz biega
2 maja 2016 r.
Witamy w naszym gronie nowego kolegę - Maćka :)
Maciek biega od 2015 r. i planuje swoje pierwsze starty w II Sieradzkim Crossie Towarzyskim oraz w Biegu Ulicą Piotrkowską w Łodzi
19 kwietnia 2016 r.
Na ten bieg jechałem zmotywowany, z przekonaniem ze dobrze wykonałem plan treningowy i z lekką obawą o kontuzjowane kolano. Pakiet startowy odebrałem już w piątek, musze przyznać - że bogaty, organizatorzy spisali się na medal Emotikon smile.
Wyjazd z Sieradza 6:45 , na miejscu byliśmy po godzinie. Kilka zdjęć już kompletnej drużyny sieradzbiega.pl, kilka żartów i… ruszyliśmy na rozgrzewkę. Pogoda bardzo przyjemna, słoneczna, ciepło, bezwietrznie. Nadeszła chwila by udać się na start, do swoich stref… czułem już jak krew pulsuje w skroniach, szum w uszach… organizm dobrze wiedział co go czeka…
Organizatorzy wymyślili w tym roku by start maratonu i biegu na 10 km odbył się w tym samym czasie lecz z dwóch pasów i w przeciwnych kierunkach… to świetny pomysł.
Spiker zaczął odliczanie, słychać muzykę, jakieś gwizdki, trąbki…, wszyscy uśmiechnięci, ostatnie skłony, ustawienia zegarka, poprawienie spodenek, sprawdzenie sznurowadeł… co jeszcze…co jeszcze….. Godz 9:00 strzał startera i ruszamy, maratończycy i 10k … jak dwa pociągi w przeciwnych kierunkach ale z tego samego peronu :) Uśmiechamy się życząc powodzenia i przybijamy ,,piatki”. Start do tego królewskiego dystansu to szczególny moment, nawet teraz pisząc te słowa czuje to specyficzne ssanie w dołku i podenerwowanie… To 42 kilometry i 195 metrów biegu, to około 3 i pół godziny ciężkiego nieprzerwanego wysiłku, miałem pełną świadomość jaki ciężar wziąłem na siebie…. Sam się dziwie, ze porwałem się na to już drugi raz Emotikon wink ale zrobiłem to z dziką ochotą.
Ruszyliśmy na zwiedzanie Łodzi, pierwsze kilometry śmiało można tak potraktować. Pilnowanie swojego tempa, jakieś pobieżne wymiany zdań z innymi biegaczami. Z grupy Sieradzbiega było nas kilka osób lecz każdy miał inne cele czasowe i rozproszyliśmy się w tłumie. Ja celowałem by tego dnia ,,złamać” 3godz 30min. Zatem pierwsze kilometry pokonywałem w pobliżu peacemakerów z balonikami z napisem 3:30 . Jednak trochę szarpali tempem i zdecydowałem się pilnować tego sam. Pokonywaliśmy kolejne kilometry, kolejne ulice ze specyficzną zabudową tego miasta. Nie sposób było nie zauważyć monumentalnego pałacu Poznańskich przy Manufakturze. Dalej biegliśmy uliczkami sławnych Bałut. Niedzielny, słoneczny poranek zachęcał do spaceru więc dało się zauważyć coraz więcej zainteresowanych łodzian na trasie. Ulicą Północna wróciliśmy w okolice manufaktury i skręt w Piotrkowską przez Plac Wolności. Na tym etapie biegu jest się pełnym świeżości więc podziwiałem secesyjną architekturę tej, chyba najbardziej znanej ulicy-deptaka w Polsce. Pojawiły się pierwsze punkty kibicowania z bębnami, tancerkami, już się robiło ciekawie. Na ulicy Tuwima był pierwszy punkt kontrolny na 10km, akurat przy budynku mojego zakładu pracy nr 28 . Następnie przebiegaliśmy przez teren zabytkowej EC-1, z punktem nawadniania i kibicowania. Następnie długa prosta ulicą Nawrot, i tutaj zauważyłem sporo osób poruszających się chwiejnym krokiem… kurcze, przecież takie widoki powinny się ukazać dopiero po 35 kilometrze… Heh.. to byli amatorzy porannego piwka po sobotnich imprezach i ochoczo kroczyli do wcześnie otwartych sklepów monopolowych. Jeden nawet zdobył się na dopingowanie : ,,eleeegansko szeeefuuunsiu… elegansko” usłyszałem od uśmiechniętego jegomościa z odartym nosem ;) Oczywiście rzuciłem ,,dzięki”. Dalej znowu Piotrkowska , Mickiewicza przy kinie Silver Screen, Galeria Łódzką aż do skrętu w Przedzialnianą tuz przed dawnym szpitalem dziecięcym im. Korczaka. Przed Księżym Młynem był punk kibicowania zorganizowany z udziałem dzieci a wszystko w stylu bajki o Bolku i Lolku, która produkowana była w Łódzkim studio. Słuchajcie, kibicowanie przez dzieciaczki, takie przedszkolaki dostarcza masę emocji, krzyczały, klaskały, każde chciało przybić ,,piątaka”. Widać było u nich stuprocentowa zabawę :) Nie sposób było nie przyspieszyć w tym miejscu… Pilnowałem czasu ale kolejne kilometry pokonywałem trochę za szybko… Kolejne ulice, kilka zakrętów, minęliśmy słynny rynek ,,Górniak”, potem nawrót, półmetek i dłuuuuugi podbieg ul Wólczańską. Dla mnie to było ,,Waterloo”. Tam był początek końca mojego marzenia o poprawieniu życiówki. Oczywiście trzymałem tempo jeszcze kilka kilometrów mijając żwawo hale Expo na al. Politechniki, Secesję… ale musiałem wkładać w to już sporo wysiłku. Na Obywatelskiej zmniejszyłem już tempo czując jak odpływam… To był dopiero 25 kilometr, wiedziałem ze nici z dobrego czasu ale chciałem za wszelką cenę dobiec. Zawieszenie medalu na mecie maratonu jest dla biegacza celem samym w sobie, jest nagrodą, każdy startujący chce go mieć… ja tez chciałem… bardzo. Musiałem szybko zweryfikować plany, czasy, taktykę by o ,w miarę, własnych siłach ukończyć ten maraton. Po kolejnym podbiegu przeszedłem do truchtu, na punkcie odżywiania po prostu się zatrzymałem, napiłem się spokojnie wody, zjadłem kawałek banana, odświeżyłem się i polałem obficie wodą zmywając grubą warstwę soli z twarzy i szyi… Słońce było już wysoko, prażyło mocno, dochodziło południe… Ciężko sobie westchnąłem i ruszyłem dalej, wolniej, dużo wolniej niż zacząłem ten bieg. No cóż, nie dzisiaj czas na życiówkę, nie zawsze mamy formę, dobry dzień, siły… Ale zacisnąłem zęby żeby to ukończyć… Byliśmy już na Retkini, duuuuzżo kibiców na trasie, dużo punktów z wodą i owocami. Bieg już mocno rozciągnięty, poruszałem się w samotności… lubię te długie rozmowy z samym sobą ;) Przecież jestem biegowo zakręcony :) Wolontariusze byli naprawdę pomocni podając do ręki kubki z wodą . Tutaj już się niewiele rozglądałem, biegłem jak koń z klapkami na oczach widząc tylko 20 metrów asfaltu przed sobą odrywając wzrok co jakiś czas na zegarek by sprawdzić tempo i puls. Na duchu podtrzymały mnie zachęty kolegów z grupy, którzy dawno już skończyli bieg na 10 km i przyszli na trasę wspierać nas. Najpierw minąłem Tomka potem Jędrka i Kacpra. Dzięki chłopaki przy okazji… Kiedy minąłem Atlas Arenę do mety pozostała jeszcze 8 kilometrowa pętla… to pętla na szyję ;) Teraz dopiero się zaczynało… Gorzki smak toksyn w ustach z trudem dało się wypłukiwać wodą. Spuchnięte stopy, pęcherze, odbite paznokcie… teraz już wszystko dawało się we znaki i do tego jeszcze poczucie, że nie udało się zrealizować planu… Wiem, wiem… dziś, teraz, wiem ze to wcale nie jest najważniejsze, ale wtedy, podczas ogromnego zmęczenia, kiedy mijasz zataczających się ludzi ( i to nie byli już amatorzy południowego browarka), kiedy co chwile słyszysz karetkę na sygnale, mijają cię motocykle z ratownikiem medycznym, wszędzie widać tylko zmęczone twarze, odwodnione, widać siedzących na krawężnikach, niektórzy wymiotują… ech… wtedy samemu ma się dość. To bardzo trudny odcinek maratonu… ale do przebrnięcia :) Zacząłem się rozglądać za czymś pozytywnym, widziałem parę biegnąca za rekę, jakiąś grupę biegową, kilku ,,wolnych strzelców”… jednych ja wyprzedzałem, inni mnie… Już 40 kilometr, już wyraźnie słychać spikera … Dostałem sił. Dobiegając do mety zobaczyłem Kacpra z kamerka, o cos się mnie pytał, gratulował, podał mi flagę naszej grupy biegowej…
Finiszowanie w środku Atlas Areny jest naprawdę szczególne, budujące nawet wzruszające. Odpowiednia muzyka, bębny (które tak lubię, Safri Duo pewnie wiele wyjaśnia), mnóstwo ludzi, reporterzy. Na mecie baaardzo miło powitał mnie kolega z dawnego klubu Łukasz, reporter maratony.pl, za co serdecznie tu w tym miejscu dziękuję :)
I wreszcie jest TEN MOMENT gdy na mojej szyi zawisł medal finischera Maratonu DOZ, maszeruję do wyjścia, dostaje jakiś woreczek z owocami i napojami… Gdzieś z góry słyszę Artura… powoli wszystko do mnie dociera, czuje grunt pod nogami, czuje że idę a nie biegnę.. Jestem na mecie, szczęśliwy, zadowolony, uśmiechnięty.
Czy to były dobre zawody? Taaaak, bardzo dobre. Kontuzjowane kolano wytrzymało, dobiegłem do mety pomimo opadnięcia z sił z przyzwoitym czasem 3godz 51min 31 sek. Nie ma życiówki ale to nic. Kilkumiesięczne przygotowania w deszczu, mrozie, późnym wieczorem po pracy zamiast wtulonym w fotelu oglądać seriale, nieraz jednak w słońcu i o pięknej pogodzie. To właśnie te przygotowania są najważniejsze, to wtedy wykuwamy swój charakter, samozaparcie i chęć dążenia do celu. Czy ludzki organizm ma jakieś granice? Ma, oczywiście że ma…. Ale jaka jest satysfakcja kiedy je przekroczymy… :)
Pozdrawiam, Piotrek

» blog Piotrka   
19 kwietnia 2016 r.
Na imprezie DOZ Maraton Łódzki pojawiam się trzeci rok z rzędu w przeplatanej formule. Debiutowałem w biegu na 10km, rok później w maratonie i teraz powróciłem do biegu towarzyszącego. Miał to być ten punkt docelowy, miejsce w którym miał zostać zrealizowany cały plan, ale cytując Siarę Siarzewskiego „… i cały misterny plan też w pizdu.” Z faktem, że ten rok zaczął się źle już zdążyłem się pogodzić, czego zapewne nie widać w moich tekstach pełnych lamentów i pisania, „że nie tak miało być…” Ale… właśnie, ale! Szukajmy tych pozytywnych aspektów!
Do Łodzi wybieramy się tuż przed godziną siódmą w piękny słoneczny poranek, gdy nasze rodziny i pewnie większa połowa miasta jeszcze śpi albo przynajmniej zaczyna parzyć sobie kawę bądź herbatę. Zajeżdżamy praktycznie pod samą atlas arenę, mamy miejsca w pierwszych rzędach. Nic tylko czekać na wystrzał startu i zdążymy spokojnie wystartować spod samego samochodu! Ale najpierw idziemy pod główne wejście spotkać się całą grupą Sieradz Biega. W Łodzi zjawiamy się w licznej grupie 11 osób. Część z nas biegnie dystans maratoński, a reszta bieg towarzyszący. Ja na szczęście byłem w tej drugiej grupie Minuty upływają pod znakiem żartów, śmiechów i rozmawiania na temat wszystkiego co związane z bieganiem – pogoda, plan na bieg, kupa… i inne  Wspólne zdjęcie i rozchodzimy się w swoje strony, by się przebrać i rozgrzać.
Ja planów i założeń na bieg nie miałem praktycznie żadnych. No może poza tym żeby bieg ukończyć w pełni zadowolony i zdrowy. Teraz przejdę znów na chwilę do lamentów… Niestety ból nogi jest jak temat Smoleńska, wraca ciągle niechciany. Sinusoida chyba nie ma końca. Już na rozgrzewce czuję jak mam ciężkie nogi. Świadomość, że mam przebiec dziesięć kilometrów napawa mnie przerażeniem. Nawet nie pamiętam kiedy taki dystans ostatnio przebiegłem na treningu (sic!). Głupotą zapewne jest, że w ogóle biegam jak i pewnie to, że teraz to piszę… Ale nie potrafię już dłużej siedzieć i nic nie robić, tym bardziej jak bieg został opłacony… Robię wszystko z umiarem i mam tylko nadzieję, że tego nie pożałuję.
Równo o godzinie dziewiątej startujemy. Uczestnicy biegu na 10km i maratończycy mijają się jak tysiące samochodów po przeciwnych pasach autostrady. Staram się jeszcze chwilę poukładać myśli przybijając piątki z maratończykami, ale ta sielanka za chwilę się kończy i zaczyna się bieg właściwy. Pierwszy kilometr zacząłem w tempie 5 min/km i takie tempo sobie założyłem, choć nie był to ścisły plan, którego miałem się trzymać za wszelką cenę, co z resztą potem wyszło samo. Przez kolejne kilometry nieco zwalniałem, choć były to sekundy. Niewidoczne gołym okiem podbiegi okazały się dla mnie lekko mówiąc dość uciążliwe. Równie ‘uciążliwa’ była pogoda. W tym roku jeszcze nie startowałem na żadnych zawodach z tak dobrą i tak złą pogodą. Dobrze, że miałem tylko do pokonania 10km  Po kilku minutach ból nogi zniknął, mięsień się rozgrzał, ale dobrze wiedziałem, że powróci zapewne po biegu. Na ostatnim kilometrze znacznie przyspieszyłem, niestety ale poniosły mnie bębny, które uwielbiam w trakcie takich imprez! Ależ dają zastrzyk energii! I jeszcze ten charakterystyczny zbieg wprost do ciemnej jamy Atlas Areny, to lubię! Wbiegam z wynikiem 53 minut i 5 sekund, powiedzmy że jest okej
Zaraz po wbiegnięciu i odebraniu medalu poszedłem przed Atlas Arenę w nadziei, że spotkam swoich, tak też było. Wymieniliśmy parę zdań o biegu, jak nam poszło, a następnie znów rozeszliśmy się do samochodów. Jednak zamiast się przebrać, mieliśmy z Kacprem już wcześniej zaplanowaną resztę czasu. Wzięliśmy aparat, kamerkę, flagę i poszliśmy zobaczyć jak biegnie elita. Czekaliśmy na nich na 36km. Przelecieli obok nawet nie wiem kiedy, to były dosłownie sekundy… Kacper poleciał z nimi kilkaset metrów z kamerą i ledwo dawał im radę, tak zapierdzielali. Następnie ustawiliśmy się przed 37 kilometrem i na 41, gdyż trasa się niejako pokrywała. Zaczęliśmy wypatrywać chłopaków z grupy. Najpierw wypatrzyłem Artura, który nie wyglądał na zadowolonego, ale jeszcze by nas nie pogonił, że robimy mu zdjęcia. Następnie pojawił się Piotrek, uśmiechnięty, zadowolony…  Gdy chłopaki wracali, sytuacja dużo się nie zmieniła. Artur już mógłby nas pogonić, lecz nie miał sił, a Piotrek był dalej uśmiechnięty, Kacper dał mu flagę i przebiegł się z nim jeszcze chwilę. Swoją drogą niezły trening, przebiegliśmy 10km, staliśmy na nogach kolejne kilka godzin i jeszcze z dodatkowymi kilogramami w postaci sprzętu cyfrowego, towarzyszyliśmy chłopakom z grupy i znajomym, dodając im resztki otuchy.
Wszyscy ukończyli bieg mniej lub bardziej zadowoleni, to jest najważniejsze! Nawet jak nie jesteś w pełni usatysfakcjonowany z wyniku, to potrafisz znaleźć sens tego co robisz i docenić ile kilometrów jesteś w stanie przebiec. Przyznajmy sobie szczerze, pogoda nie sprzyjała biegaczom na życiówki. Tym bardziej serdeczne gratulacje dla wszystkich którzy ten bieg ukończyli, jesteście wielcy! Miło było Was widzieć i Wam dopingować, do zobaczenia na trasach!
Jędrek

» blog Jędrka   
10 kwietnia 2016 r.
Przed łódzki maratonem - kilka słów od Piotrka
Witam :) Jakiś czas nie pisałem... trochę to może lenistwo ;) a trochę lekkie sfrustrowanie trwającą kontuzją. Pauzowałem od początku grudnia 2015 do lutego b.r. Uszkodzenie więzadła rzepki czyli popularne ,,kolano skoczka" nie pozwalało mi biegać. Z dużą ostrożnością wyszedłem potruchtać z początkiem lutego. Trochę bolało ale można było biec i... tak zostało do dziś. Pierwsze dwa tygodnie ,,jak po kruchym lodzie", potem wszedłem w plan treningowy w systemie 5tr/tydzień, który realizowałem w ubiegłym roku przed maratonem we Wrocławiu. Plany były zupełnie inne, rozpocząłem już w listopadzie szkołę p. Skarzyńskiego ale się posypało.
Ostatnie tygodnie dość pozytywnie mnie nastroiły, realizowane środki treningowe przynosiły poprawę wydolności, tempo na interwałach coraz lepsze, puls pięknie spadł... tylko kolano nadal pobolewa ale nie ma tragedii.
Za tydzień maraton w Łodzi... Jak go pobiec?... Długo się zastanawiałem i zdecydowałem o tzw. Negative split, czyli po prostu zacząć spokojnie i sukcesywnie przyspieszać. W jaki czas celuję... hmmm sam jeszcze nie wiem, decyzje podejmę pewnie w ostatniej chwili. Trudno cokolwiek prognozować, 2-miesięczna przerwa zrobiła spora dziurę w moich przygotowaniach i na wiele nie można liczyć. Ale łatwo skóry nie odda :)
Nadchodzący tydzień to już tylko praca i spokojne treningi, odpowiednie odżywianie, dbanie o sen... W czwartek idę jeszcze na nocna zmianę ale powinienem zdążyć to odespać :) Troszeczkę już czuję ,,głupawkę" przedmaratońską, lecz staram się traktować to z dystansem...
Pozdrawiam i do zobaczenia na biegowych ścieżkach. Może z kimś z Was przybije ,,piątkę" na ulicach Łodzi za tydzień :)
Piotrek
» blog   
6 kwietnia 2016 r.
Zapraszamy na trening otwarty w sobotę, 9 kwietnia o godz. 10 w sieradzkim parku koło stadionu MOSIR

Pobiegamy na okrążeniu (2 km), na którym odbędzie się II Sieradzki Cross Towarzyski :)
5 kwietnia 2016 r.
Żeby być super biegaczem, nie trzeba co zawody celować w pobicie rekordu życiowego i zajmować czołowych miejsc. Tak samo nie trzeba być super biegaczem, by pisać bloga o swojej pasji. Można biegać czasowo przeciętnie, pisać o tym, czerpać radość i zarażać nią innych.Po blisko dwóch miesiącach bez regularnych treningów, spowodowanych problemami zdrowotnymi, chyba w końcu zacząłem wychodzić na prostą. Chyba, bo muszę mieć pewność, że mogę wskoczyć w systematyczne treningi. Jeszcze chwilę ‘poraczkuję’, a jak będę utrzymywać równowagę, to powrócę do ulubionej formy przemieszczania się. Do Pabianic wybieram się z grupą Sieradz Biega drugi raz. Rok temu startowałem na dystansie półmaratońskim, a w tym zdecydowałem się na 5km. Miał być to sprawdzian przed celem głównym, czyli Łodzią za dwa tygodnie.Niestety jak już pisałem plany uległy zmianie i te 5km były dobrym sprawdzianem, ale mojego ciała, czy jest już zdatne do szybszego biegania. Planów czasowych brak, po prostu ukończyć bieg w dość żwawym tempie, które określiłem na okolice pięciu minut na kilometr. Na starcie blisko 1200 uczestników obu biegów, przez co jest nieco ciasno, aczkolwiek spodziewałem się czegoś gorszego zaraz po wystartowaniu. Pierwsze dwa kilometry pokonałem w podobnym tempie około 4:50/km, następnie bieg na 5km odbijał w prawo, a półmaratończycy lecieli inną trasą. Chyba zabrakło tablic informujących o kolejnych kilometrach, bo po drugim do samej mety już takowych nie było, a szkoda. Po wbiegnięciu na stadion na zegarku już miałem 5km, więc byłem lekko zdziwiony widokiem, że trzeba jeszcze przebiec ¾ długości bieżni. Na metę wpadam z czasem 25:39 przy dystansie 5,3km. Wiadomo, to jest tylko GPS, pomylić się może, ale takie informacje słyszałem również od osób, które wygrywały bieg bądź w swoich kategoriach. Organizator niestety w wynikach nie wiedząc czemu podał czasy brutto, przez co różnica wynosiła prawie jedną minutą na moją niekorzyść. Ogólnie bieg i kolejny wyjazd z niebieską ekipą uznaję za bardzo udany. Przede wszystkim zdrowie, które zaczyna powracać i zapowiada się obiecująco (nie zapeszajmy). Pogoda, która była fantastyczna jak na wiosnę przystało. Po biegu postanowiłem się lekko schłodzić i porozciągać. Potem już tylko siedząc na trybunach wypatrzyłem kolejnych biegaczy i biegaczki Sieradz Biega, wybiegałem im naprzeciw i rozmawialiśmy. Po tak udanym dniu wszyscy udajemy się na zasłużony odpoczynek do domu.Teraz czas na zrzucanie wagi, która się przypałętała przez te dni bez aktywności… :)
Jędrek
» blog Jędrka   
1 kwietnia 2016 r.
Witamy nowego biegacza naszej Grupy :)

Witek biega od 2015 roku, zaliczył 4 starty na 10 km. W barwach Grupy zadebiutuje już za 2 dni w VI Pabianickim Półmaratonie

Serdecznie witamy :)
28 marca 2016 r.
Informujemy, że wyczerpany zostało limit 200 osób na liście startowej.
Postanowiliśmy utworzyć listę rezerwową
Osoby z listy rezerwowej uzupełnią limit 200 startujących w sytuacji, gdy w wyniku weryfikacji 28-29.04 zwolnią się miejsca.
Zdecyduje kolejność zgłoszeń, jakie napłyną po zamknięciu listy.
8 marca 2016 r.
Już od dzisiaj ruszają zapisy na II Sieradzki Cross Towarzyski. Limit to 200 osób. Decyduje kolejność zapisów. Zapraszamy :)
» zapisz się    » regulamin   
2 marca 2016 r.
Witamy w naszej Grupie nowego biegacza :)

Zbyszek biega od 2014 roku, ma za sobą ponad 20 startów na dystansach od 5 km do półmaratonu. W roku 2016 planuje zadebiutować w maratonie (Orlen maraton)

Serdecznie witamy :)

1 marca 2016 r.
Po raz drugi miałem okazję wziąć udział w biegu, który na celu miał upamiętnienie Żołnierzy Wyklętych (1 marca - Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych). W Polsce była to już czwarta edycja tego biegu, a druga edycja, która odbywała się w pobliskiej miejscowości, Warta.
Zapisując się na ten bieg kilka tygodni temu, kierowałem się myślą o pierwszym mocniejszym sprawdzianie przed celem głównym, czyli Łodzią w kwietniu. Niestety plany uległy nieco zmianie przez problemy zdrowotne i sprawy kontuzjogenne. Jeszcze tydzień temu byłem pewien, że pojadę do Warty w celach rekreacyjnych (o idei biegu już nie wspominając). W niedzielę o godzinie 11 wyruszam wraz ze swoją najwierniejszą fanką w postaci mojej mamy, zabieram też ze sobą kolegę z grupy, Kubę.
Na miejscu spotykamy resztę ekipy, odbieramy pakiety, czyli taki biegowy już standard. O godzinie 12 zaczynam rozgrzewkę. Ze względu na wcześniejsze dwutygodniowe nie bieganie, postanowiłem rozgrzać się naprawdę dobrze. Już nie mówię o tym, że tak to powinno wyglądać zawsze... 10-15 minut truchtu, dynamiczne rozciąganie i można zdejmować odzież wierzchnią i wręczyć ją na przetrzymanie mamie. Wstępne założenia były takie: dobrze się bawić, biec około 5min/km i nie zrobić sobie krzywdy. Dwa założenia udało się zrealizować. Jeden niestety okazał się chybiony...
Mowa o tempie. Czułem się naprawdę dobrze, a jak się okazało po biegu, czułem się jeszcze lepiej niż w ogóle mogłem sobie zdawać z tego sprawy, ale nie wyprzedzajmy faktów. Pierwszy kilometr pokonuje w czasie 4 minut i 13 sekund, 'o kurde... nie dociągnę...', dodatkowo czekały nad dwa spore podbiegi koło cmentarza, do tego te dwa podbiegi były dwuczęściowe. Pierwszy zaczynał się łagodnie, ale był dość długi, zaraz po skręcie w prawo było do pokonania kilkadziesiąt metrów ładnego pochylenia, które następnie się spłaszczało i znów dawało nieźle popalić. Na szczęście każdy porządny podbieg, kończy się porządnym zbiegiem, czyli coś co lubię i gdzie zawsze daję radę wyprzedzić parę osób. Tempo średnie wyniosło 4:35, czyli 'troszeczkę' lepiej od zakładanego. A ostatnie 100 metrów pokonane w tempie 3:10 ! Uwielbiam te mocne finisze!
Wracając do samopoczucia i zdrowia. Zaraz jak skończyłem, chwilę porozmawiałem i podzieliłem się pierwszymi wrażeniami z kolegami i z mamą, poszedłem się troszeczkę schłodzić w truchcie. Następnie porządnie się porozciągałem. Czułem się fantastycznie. Nie tylko miałem rewelacyjne samopoczucie, ale i zdrowotnie czułem się naprawdę silnie. Nic mnie nie bolało i nie boli (odpukać!). Teraz pozostaje tylko spokojnie wkręcać się na obroty, dalej ćwiczyć poza biegowo i nie zrobić sobie krzywdy.
Troszeczkę o idei biegu i Żołnierzach Wyklętych
Ideą imprezy jest oddanie hołdu żołnierzom polskiego pochodzenia antykomunistycznego i antysowieckiego działającego w latach 1944-1963 w obrębie przedwojennych granic RP oraz popularyzacja wiedzy na ten temat.
Biegi rozgrywają się na dystansach 10km, 5km i 1963r. Ten ostatni nawiązuje do daty śmierci ostatniego partyzanta podziemia niepodległościowego, Józefa Franczaka ps. Lalek, który zginął 21 października, po 24-letniej działalności w konspiracji.
W każdym mieście biegom towarzyszą rozmaite wydarzenia, jak rodzinne gry terenowe, pokazy grup rekonstrukcyjnych czy wystawy plenerowe. Impreza jest przeznaczona dla osób w każdym wieku.
Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych został ustanowiony jako święto państwowe przez Sejm RP w 2011 roku. Jest to święto honorujące i upamiętniające żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego, którzy nie zgadzając się na pojałtański ład, z bronią w ręku walczyli o wolną i niepodległą Polskę z sowieckim okupantem.
Rok temu trafiłem na koszulkę Józefa Franczaka ps. Lalek. W tym roku dostałem koszulkę z podobizną Zygmunta Szendzielarza ps. Łupaszka, więc przybliżę nieco jego osobę.
Zasłynął brawurowymi akcjami zbrojnymi. Urodził się 12 marca 1910r. w Stryju. Jako oficer WP uczestniczył w kampanii wrześniowej, za którą został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari. W konspiracji ZWK-AK na terenie Wilna, do końca sierpnia 1943. dowodził 5 Brygadą Wileńską AK. Zgodnie z rozkazami DSZ we wrześniu 1945 brygadę zdemobilizowano. W warunkach sowieckiej okupacji Łupaszka odtworzył ją na terenach rozciągających się od Białostocczyzny po Bory Tucholskie. Był jednym z najwybitniejszych dowódców antykomunistycznej partyzantki, Aresztowany 30 czerwca 1948r. wyrokiem komunistycznego sądu z 30 listopada 1950r. Został stracony 8 lutego 1951r. w więzieniu MBP przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Jego szczątki odnaleziono wiosną 2013r. w kwaterze "Ł" Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie.


Jędrek
» blog Jędrka   
4 lutego 2016 r.
Informujemy, że II Sieradzki Cross Towarzyski odbędzie się w niedzielę - 8 maja 2016 r. :)
» strona biegu   
31 stycznia 2016 r.
Minął kolejny - drugi - rok działalności Stowarzyszenia. Czas na nieco statystyk i informacji :)
Liczba członków naszego Stowarzyszenia wynosi 33
Biegacze Grupy wystartowali łącznie w 91 zawodach biegowych w kraju i zagranicą.
Łączna suma wszystkich startów członków Grupy to 223
Statystyki obejmują starty w barwach Stowarzyszenia w 2015 r. oraz osoby będące członkami Grupy na dzień 31.12.2015

I. Starty
Kuba Antosik
kategoria M16
a) liczba startów: 12
b) debiuty: 5 km (II Bieg Warcki) 10 km (XIII Bieg Ulicą Piotrkowską), półmaraton (XI Międzynarodowy Kościański Półmaraton)
c) rekordy życiowe poprawione na dystansach: 10 km (5 razy)
d) najlepsze wyniki 2015:
- 5 km (II Bieg Warcki) - 21.35
- 10 km (35 Bieg Warciański) - 47.50
- półmaraton (XI Międzynarodowy Kościański Półmaraton) - 1.51.08
więcej o Kubie: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=42

Jędrek Bartnicki
kategoria M20
a) liczba startów: 18
b) debiuty: maraton (V Łódź Maraton ), bieg ultra (3 x Śnieżka = 1 Mont Blanc, 54 km)
c) rekordy życiowe poprawione na dystansach: 5 km (1) 10 km (2), półmaratonu (1), maratonu (1)
d) najlepsze wyniki 2015:
- 5 km (XXV Bieg Powstania Warszawskiego,) - 21.33
- 10 km (XIII Bieg Ulicą Piotrkowską, 10 km) - 44.06
- półmaraton (III Nocny Półmaraton Wrocław) - 1.38.43
- maraton (XXXIII Wrocław Maraton) - 4.13.38
więcej o Jędrku: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=24

Rafał Błaszczyk
kategoria M40
a) liczba startów: 10
b) najlepsze wyniki 2015:
- 10 km (V Bieg Fabrykanta) - 46.56
- półmaraton (XXXIV Łowicki Półmaraton Jesieni) - 1.43.58
Ponadto m.in. start w XI Bieg Wigilijny od Zmierzchu do Świtu w Kaliszu i pokonanie 46 km
więcej o Rafale: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=6

Artur Ciepłucha
kategoria M40
a) liczba startów: 15
b) rekordy życiowe poprawione na dystansach: 10 km (2), półmaratonu (1), maratonu (1)
c) najlepsze wyniki 2015:
- 10 km (35 Bieg Warciański) - 39.54
- półmaraton (III Nocny Półmaraton Wrocław) - 1.28.35
- maraton (42. Maraton Dębno) - 3.14.53
Ponadto m.in. start w XI Bieg Wigilijny od Zmierzchu do Świtu w Kaliszu i pokonanie 52 km
więcej o Arturze: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=4

Wiesław Florczak
kategoria M60
a) liczba startów: 3
b) najlepsze wyniki 2015;
- 10 km (I Zduńskowolska Dycha) - 48.58
- maraton (37 Maraton Warszawski) - 4.13.41
więcej o Wieśku: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=25

Jacek Gnysiński
kategoria M50
a) liczba startów: 11
b) najlepsze wyniki 2015:
- 5 km (V Złoczewski Bieg Po Węgiel) - 20.02
- 10 km (II Kępiński Bieg Uliczny o Puchar Burmistrza Miasta i Gminy Kępno) - 44.01
- półmaraton (V Pabianicki Półmaraton) - 1.37.23
- maraton (37 Maraton Warszawski) - 4.07.49
więcej o Jacku (http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=5)

Żaneta Gościmska
kategoria K30
a) liczba startów: 7
b) rekordy życiowe poprawione na dystansach: półmaratonu (2)
c) najlepsze wyniki 2015:
- 10 km (XXXI Uliczny Bieg Sylwestrowy) - 47.58
- półmaraton (III Nocny Półmaraton Wrocław) - 1.44.45
Ponadto, start w I Sieradzkim Crossie Towarzyskim i pokonanie 50 km
więcej o Żanecie: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=34

Piotr Gościmski
kategoria: M30
a) liczba startów: 2
b) rekordy życiowe poprawione na dystansach: 10 km (1), półmaratonu (1)
c) najlepsze wyniki 2015:
- 10 km (Wrocławska Dycha 2015) - czas: 55.23
- półmaraton (III Nocny Półmaraton Wrocław) - czas: 2.08.42
więcej i Piotrku: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=37

Zbigniew Jasianek
kategoria: M50
a) liczba startów: 2
b) najlepsze wyniki 2015:
- 13, 8 km (XXI Barbórkowy Bieg Skalnika) - 1.29.14
więcej o Zbyszku: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=13

Tomek Jasiewicz
kategoria: M30
a) liczba startów: 8
b) rekordy życiowe poprawione na dystansach: 5 km (1)
c) najlepsze wyniki 2015:
- 5 km (II Bieg Warcki) - 19.22
- półmaraton (V Pabianicki Półmaraton) - 1.32.54
- maraton (42. Maraton Dębno) - 3.14.08
więcej o Tomku: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=15

Tomek Kłos
kategoria: M30
a) liczba startów: 12
b) najlepsze wyniki 2015:
- 5 km (Parkrun Łódź) - 21.08
- 10 km (XIII Bieg Ulicą Piotrkowską) - 42.33
- półmaraton (III Nocny Półmaraton Wrocław) - 1.39.57
- maraton (XXXIII Wrocław Maraton) - 4.47.34
więcej o Tomku: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=18

Sebastian Kłys
kategoria: M30
a) liczba startów: 17
b) rekordy życiowe poprawione na dystansach: 5 km (1), 10 km (3), 15 km (1), półmaratonie (2), maratonie (1)
c) najlepsze wyniki 2015:
- 5 km (II Bieg Warcki) - 20.42
- 10 km (IX Ogólnopolski Ekologiczny Bieg Do Gorących Źródeł) - 42.25
- 15 km (XIX Bełchatowska Piętnastka) - 1.06.35
- półmaraton (XI Międzynarodowy Kościański Półmaraton) - 1.36.59
- maraton (37 Maraton Warszawski) - 3.51.31
więcej o Sebastianie: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=26

Piotr Konieczny
kategoria: M40
a) liczba startów: 2
więcej o Piotrze: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=23

Magda Kuras-Smolnik
kategoria: K30
a) liczba startów: 8
b) rekordy życiowe poprawione na dystansach: 10 km (1), półmaratonie (1), maratonie (1)
c) najlepsze wyniki 2015:
- 10 km (V Bieg Fabrykanta) - 57.09
- półmaraton (III Nocny Półmaraton Wrocław) - 2.08.21
- maraton (V Łódź Maraton) - 4.52.36
więcej o Magdzie: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=32

Kamila Latus
kategoria: K20
a) liczba startów: 8
b) debiut: triathlon 1/4 IM (Volvo Triathlon Series, Brodnica)
c) rekordy życiowe poprawione na dystansach: 10 km (1)
d) najlepsze wyniki 2015:
- 10 km (Bieg Urodzinowy Gdyni) - 1.00.44
- półmaraton (VIII Bieg Piastowski Półmaraton Kryszwica - Innowrocław) - 2.30.01
więcej o Kamili: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=36

Marcin Maślak
kategoria: M30
a) liczba startów: 4
b) debiut: 5 km (City Trail Łódź)
c) rekordy życiowe poprawione na dystansach: 5 km (1)
d) najlepsze wyniki 2015:
- 5 km (City Trail Łódź) - 23.31
więcej o Marcinie: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=50

Witek Molski
kategoria M30
a) liczba startów: 5
b) debiut: 10 km (V Łódź Maraton)
c) rekordy życiowe poprawione na dystansach: półmaraton (1)
d) najlepsze wyniki 2015:
- 10 km (V Łódź Maraton) - 1.10.07
- półmaraton (I Nocny Piotrkowski Półmaraton Wielu Kultur) - 2.43.01
więcej o Witku: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=35

Szymon Obałka
kategoria M60
a) liczba startów: 11
b) debiut: 2000 z przeszkodami (Mistrzostwa Polski Weteranów w Lekkiej Atletyce, Toruń)
c) rekordy życiowe poprawione na dystansach: 300 m pł (1)
d) najlepsze wyniki 2015:
- 200 m (Halowe Mistrzostwa Europy Weteranów w Lekkiej Atletyce w Toruniu) - 0.31.77
- 300 mpł (Mistrzostwa Polski Weteranów w Lekkiej Atletyce, Toruń) - 1.03.62
- 400 m (Halowe Mistrzostwa Europy Weteranów w Lekkiej Atletyce w Toruniu) - 1.12.00
- 2000 m zp (Mistrzostwa Polski Weteranów w Lekkiej Atletyce, Toruń) 13.37.70
- 5 km (II Bieg Warcki) - 28.56
- 10 km (I Wieluński Bieg Pokoju i Pojednania) - 1.10.15
więcej o Szymonie: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=7

Krzysiek Olejniczak
kategoria: M20
a) liczba startów: 5
b) najlepsze wyniki 2015:
- 10 km (V Łódź Maraton) - 56.24
- półmaraton (I Nocny Piotrkowski Półmaraton Wielu Kultur) - 2.10.41
więcej o Krzyśku: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=31

Wojciech Piekarczyk
kategoria M50
a) liczba startów: 10
b) najlepsze wyniki 2015:
- 10 km (II Kępiński Bieg Uliczny o Puchar Burmistrza Miasta i Gminy Kępno) - 38.46
- półmaraton (XIX Mistrzostwa Polski Weteranów w Półmaratonie) - 1.24.14
więcej o Wojciechu: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=2


Ola Tasarz-Spętana
kategoria K30
a) liczba startów: 6
b) debiut: 10 km (V Łódź Maraton), półmaraton (I Nocny Piotrkowski Półmaraton Wielu Kultur)
c) najlepsze wyniki 2015:
- 10 km (V Łódź Maraton) - 56.25
- półmaraton (I Nocny Piotrkowski Półmaraton Wielu Kultur) - 2.10.44
więcej o Oli: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=43

Marcin Walczuk
kategoria M30
a) liczba startów: 13
b) debiut: biegi ultra i górskie (Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich, K-B-L 110 km, Ultramaraton, Szlakiem Orlich Gniazd, Kraków - Częstochowa, 164 km)
c) rekordy życiowe poprawione na dystansach: 10 km (1), półmaratonu (1), maratonu (1)
d) najlepsze wyniki 2015:
- 10 km (II Łódzki Bieg Niepodległości) - 42.22
- półmaraton (V Pabianicki Półmaraton) - 1.35.43
- maraton (42. Maraton Dębno) - 3.30.12
więcej o Marcinie: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=20

Piotr Włochacz
kategoria: M30
a) liczba startów: 2
więcej o Piotrze: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=33

Mariusz Wieła
kategoria: M30
a) liczba startów: 21
b) rekordy życiowe poprawione na dystansach: 5 km (1), półmaratonu (1)
c) najlepsze wyniki 2015:
- 5 km (II Bieg Warcki) - 18.42
- 10 km (I Zduńskowolska Dycha, XXXV Bieg Ptolemeusza) - 40.08
- półmaraton (Bois de Vincennes) - 1.31.37
- maraton (XXX Los Angeles Marathon) - 3.46.52
Ponadto, liczne starty ulta, m.in: Ultra Trail du Mont Blanc TDS 119 km czy II Gwint Ultra Cross, 161 km
więcej o Mario: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=11

Piotr Wróblewski
kategoria M40
a) liczba startów: 11
b) debiuty: 5 km (II Bieg Warcki), półmaraton (X Półmaraton Warszawski), maraton (XXXIII Wrocław Maraton)
c) rekordy życiowe poprawione na dystansach: półmaratonu (1)
d) najlepsze wyniki 2015:
- 5 km (II Bieg Warcki) - 19.46
- 10 km (35 Bieg Warciański) - 39.29
- półmaraton (III Nocny Półmaraton Wrocław) - 1.34.34
- maraton (XXXIII Wrocław Maraton) - 3.40.12
więcej o Piotrku: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=44

Kacper Żórawski
kategoria M16
a) liczba startów: 10
b) debiuty: maraton (V Łódź Maraton ), bieg ultra (3 x Śnieżka = 1 Mont Blanc (54 km)
c) rekordy życiowe poprawione na dystansach: 10 km (2), maratonu (1)
d) najlepsze wyniki 2015
- 5 km (XXV Bieg Powstania Warszawskiego) - 20.09
- 10 km (35 Bieg Warciański) - 42.50
- maraton (37 Maraton Warszawski) - 4.23.07
Ponadto m.in. start w XI Bieg Wigilijny od Zmierzchu do Świtu w Kaliszu i pokonanie 46 km
więcej o Kacprze: http://sieradzbiega.pl/osoby.php?id=38

II. Miejsca na podium
- Szymon Obałka - 3 miejsce w kategorii M60 na dystansie 400 m - 28.02.2015, Halowe Mistrzostwa Polski Weteranów w Lekkiej Atletyce w Toruniu
- Wojciech Piekarczyk - 3 miejsce M60 - 29.03.2015, V Pabianicki Półmaraton
- Wojciech Piekarczyk - 1 miejsce M60 - 19.04.2015, V Łódź Maraton
- Mariusz Wieła - 3 miejsce open i 2 kat. męż. - 25.04.2015, I Sieradzki Cross Towarzyski
- Żaneta Gościmska - 2 miejsce kat. kob. - 25.04.2015, I Sieradzki Cross Towarzyski
- Wojciech Piekarczyk - 2 miejsce M60 - 01.05.2015, II Kępiński Bieg Uliczny o Puchar Burmistrza Miasta i Gminy Kępno
- Wojciech Piekarczyk - 3 miejsce M60 -07.06.2015, XIX Mistrzostwa Polski Weteranów w Półmaratonie
- Piotr Wróblewski - 2 miejsce kat. oldboye, 14.06.2015, XXXII Ogólnopolskie Biegi Przełajowe im. Elżbiety Katolikowej, 1500 m
- Wojciech Piekarczyk - 1 miejsce M60 - 14.06.2015, IX Grodziski Półmaraton Słowaka
- Wiesław Florczak - 3 miejsce M60 - 21.06.2015, I Zduńskowolska Dycha
- Szymon Obałka - 3 miejsce M60 na dystansie 2000 m zp - 26.06.2015, Mistrzostwa Polski Weteranów w Lekkiej Atletyce, Toruń
- Sebastian Kłys - 3 miejsce open - 11.07.2015, Parkrun Jelenia Góra, 5 km
- Wojciech Piekarczyk - 1 miejsce M60 - 18.07.2015, X Dobrodzieńska Dycha
- Jacek Gnysiński - 2 miejsce M50 - 23.08.2015, I Bieg Uliczny Górka Żerkowska, 10 km
- Wojciech Piekarczyk - 1 miejsce M60 - 30.08.2015, I Wieluński Bieg Pokoju i Pojednania, 10 km
- Wojciech Piekarczyk - 1 miejsce M60 - 20.09.2015, XXXIV Łowicki Półmaraton Jesieni
- Wojciech Piekarczyk - 1 miejsce M60 - 04.10.2015, XXXV Bieg Ptolemeusza, 10 km
- Kuba Antosik - 3 miejsce M16 - 04.10.2015, XXXV Bieg Ptolemeusza, 10 km
- Grupa Biegowa Sieradz biega - 2 miejsce drużynowo - 11.10.2015, 55 Biegi Ulicami Sieradza 4,8 km

III. Sztafety/drużyny
- 68 miejsce - III Nocny Półmaraton Wrocław, w składzie: Artur Ciepłucha, Piotrek Wróblewski, Jędrek Bartnicki, Tomek Kłos
- 16 miejsce - V Sztafetowy Maraton Szakala, w składzie: Mario Wieła, Monika Radziszewska, Artur Ciepłucha, Tomasz Kłos, Żaneta Gościmska, Krzysiek Olejniczak, Piotrek Wróblewski
- 33 miejsce - V Sztafetowy Maraton Szakala, w składzie: Jacek Gnysiński, Magda Kuras-Smolnik, Marcin Walczuk, Piotrek Konieczny, Ola Tasarz-Spętana, Piotr Włochacz, Rafał Błaszczyk
- 2 miejsce - 55 Biegi Ulicami Sieradza 4,8 km, w składzie: Mario Wieła, Tomek Jasiewicz, Piotrek Wróblewski, Artur Ciepłucha
- 4 miejsce - 35 Bieg Warciański, 10 km, w składzie: Piotrek Wróblewski, Artur Ciepłucha, Kacper Żórawski, Jacek Gnysiński, Jędrek Bartnicki

IV. Sieradzki Cross Towarzyski

W roku 2015 zadebiutowaliśmy jako organizatorzy zawodów. 25 kwietnia 2015 r. odbył się I Sieradzki Cross Towarzyski
Udział wzięło w nim 143 uczestników
wszystko o biegu, w tym wyniki i zdjęcia: http://sieradzkicross.pl/

V. Podsumowanie
Drugi rok działalności Stowarzyszenia to rok pracowity i z licznymi sukcesami. A były nimi przede wszystkim: satysfakcja z biegania, z postępów, z rekordów życiowych, z miejsc na podium, z możliwości wspólnego trenowania i startowania. Z tego, że byliśmy widoczni w zawodach biegowych w kraju i zagranicą, że dorzuciliśmy swoją cegiełkę do rozwoju amatorskiego biegania w Sieradzu i okolicach.
Cieszy również I Sieradzki Cross Towarzyski, tym bardziej, że - jak słusznie przypuszczaliśmy - nietypowa formuła biegu okazała się atrakcyjna dla uczestników. Mamy 2016 r. i większość z nas buduje już formę na wiosnę, część z nas leczy jeszcze nieliczne kontuzje, cześć ma w planach debiuty na różnych dystansach. Pracujemy też nad II Sieradzkim Crossem Towarzyskim.

Życzę zdrowia i satysfakcji z biegania w 2016 r.
Artur Ciepłucha
prezes Stowarzyszenia Grupa biegowa "Sieradz biega"
22 stycznia 2016 r.
Organizowany przez nasze Stowarzyszenie I Sieradzki Cross Towarzyski został nominowany w kategorii "Sportowa impreza roku" w Plebiscycie 7 Wspaniałych :)

Jeśli uważacie, że nasze zawody zasługują na miano "Sportowej imprezy roku" wyślijcie smsa/smsy o treści:

NASZE.IMPREZA 2

pod numer 71601 (koszt wysłania SMS wynosi 1,23 zł brutto)

Głosować można od 4 stycznia do 31 stycznia
19 stycznia 2016 r.
Długo się zbierałem żeby coś napisać, wyjście na trening jest łatwiejsze niż sklecenie kilku zdań ;) a tak serio to nie było czasu, chęci, pomysłu.
2015 rok to rok życiówek, nowych dystansów, nowych biegowych znajomości i wreszcie rok, przepracowany sumiennie zgodnie z planem. Rok gdzie przestałem truchtać a zacząłem biegać co zaprocentowało . Plan który realizowałem ( Daniels ) przygotowywał mnie do startu w maratonie w Dębnie i sprawdzał dwa tygodnie wcześniej, w półmaratonie w Pabianicach. Pobiegłem na rekord życiowy i ten wynik uświadomił mi że w Dębnie mogę powalczyć o lepszy czas niż zakładałem. Chciałem pobiec w okolicach 3’45 a wyszło o 15 minut lepiej. Kolejne starty w maratonach to nabieganie kilometrów treningowo jako baza do dłuższych dystansów…
2015 to ultra rok. Pierwsze moje starty na dystansie ponad królewskim. Zacząłem w maju od 55 km crossem w Wielkopolsce, w lipcu zahaczyłem Kotlinę Kłodzką i Góry Stołowe na dystansie 110 km by na jesieni przemierzyć Jurę Krakowsko- Częstochowską drepcząc 168 km.
Czerwiec to kontuzja biodra ale nauka nie idzie w las. Jak boli to znak że trzeba przestać biegać i odpocząć co uczyniłem. Dwa tygodnie przerwy dobrze mi zrobiło.
Zakończenie roku to dwa starty na dystansie 10 km w Łodzi, święto Niepodległości i bieg Sylwestrowy. Nie lubię ścigać się na tak krótkich dystansach ale brakowało mi już tej adrenaliny co dają zawody i pobiegłem z przeziębieniem poprawiając przy okazji swój rekord.
2015 rok to udział w zawodach :
- trzy starty na dystansie 10 km z rekordem życiowym 42’22
- dwa starty w półmaratonach z rekordem życiowym 1’35’43
- cztery starty w maratonach z rekordem życiowym 3’30’12
- trzy starty na dystansie ultramaratońskim ( 55, 110 i 164 km )
W roku 2015 pożegnałem się z grupą wiekową „senior” M30 i przeskoczyłem do „masters” czyli M40.
Co w 2016 roku? Kontynuacja tego co zacząłem czyli kilka startów ultra maratońskich w górach i „ po płaskim” , większe zaangażowanie w ćwiczenia ogólnorozwojowe 
Marcin Walczuk
» profil   
18 stycznia 2016 r.
Z dniem 31 grudnia 2015 roku została zaktualizowana lista Klubu 100 maratonów, czyli osób które przebiegły sto maratonów lub więcej. Obecnie na liście znajduje się 108 osób, w tym siedem kobiet. Największa liczba przebiegniętych maratonów to... 675!
Na liście znajduje się członek Stowarzyszenie Grupa Biegowa "Sieradz biega" Jacek Gnysiński z dorobkiem 101 maratonów :)
» szczegóły   
8 stycznia 2016 r.
Kiedy w ubiegłym roku, mniej więcej o tej porze, robiłem podsumowanie i planowałem swój sportowy 2015 rok, to miałem przed sobą całą masę wątpliwości i pytań, na które nie znałem odpowiedzi. Przede wszystkim, jaki będzie powrót do biegania po ciężkiej kontuzji, jak ułożyć trening i kiedy decydować się na ponowne starty. Odpowiedź najważniejsza, którą przyniósł miniony rok: nie musiałem zakończyć swojej przygody z bieganiem. Treningowo-startowo umiarkowany i ostrożny. Kilka półmaratonów, kilka startów na 10 kilometrów, Sztafetowy Maraton Szakala i wreszcie na koniec 46 kilometrów w Biegu Wigilijnym „Od Zmierzchu Do Świtu”. Planując starty brałem pod uwagę przede wszystkim biegi, w których jeszcze do tej pory nie uczestniczyłem – m.in. łódzkie: Bieg Ulicą Piotrkowską, Bieg Fabrykanta, Półmaraton Szakala. O poprawianiu dotychczasowych rekordów oczywiście nie mogło być mowy (i nawet myśli), ale sezonowe czasy: 1:43:58 w półmaratonie i 46:56 na 10 km zaspokoiły ambicję powrotu.
W nowym 2016 roku ostrożność i umiarkowanie będą wskazane nadal. Nie pozbawiam się jednak pragnienia (rzecz ludzka) powrotu do biegania półmaratonów w czasie poniżej 1:40:00. Żałuję, że wspólnie z Tomkiem nie wystartuję w Biegu Rzeźnika, grudniowe losowanie nie było dla nas łaskawe. Swoją drogą zastanawia mnie rosnąca hermetyzacja tego biegu.
Teraz trochę ogólniej. „Sieradz biega” (dosłownie, bo zawodnicy grupy to mieszkańcy tylko Sieradza i jego okolic) po dwóch latach jest widoczny. Uprawiamy jedną z najbardziej zindywidualizowanych dyscyplin, a mimo to wspólnie trenujemy. Choć najczęściej ta wspólnota to zaledwie 2,3,4 osoby, bo każdy z nas (no może prawie każdy) ma swój plan treningowy i nigdy lub bardzo rzadko będzie on identyczny z planami innych.
Kilka lat temu pewien biegacz z elity długodystansowców powiedział w wywiadzie, że dziwi się tym biegającym i męczącym się tłumom i jeśli dobrze pamiętam to jego zdziwienie potęgował fakt, że nikt tym tłumom za bieganie nie płaci. Mnie tak dziwiło jego zdziwienie, że kiedy postanowiliśmy jako Grupa zorganizować zawody, to podstawą było założenie, że elitą będzie każdy uczestnik. Uważam, że zorganizowany przez nas, Grupę „Sieradz biega”, I Sieradzki Cross Towarzyski to ogromny sukces. Co jasne i oczywiste nie byłoby go bez życzliwości władz miasta, hojności partnerów i sponsorów, ale przede wszystkim bez naszych pomysłów i pracy. O tym, że zrobiliśmy to dobrze świadczą głosy i opinie zawodników, a wszystkie uwagi, które usłyszałem będą wskazówką, co w następnej edycji należy zmienić i poprawić.
Na cały nowy rok, każdemu osobno i wszystkim razem, życzę osiągnięcia sportowych (i nie tylko) celów, nowych rekordów, uniknięcia kontuzji, i takiej satysfakcji z bycia w tej Grupie, jaką ja sam odczuwam.
Rafał.

P.S. Anno, mamo Jędrka, pisz i publikuj u nas częściej.
6 stycznia 2016 r.

Nasze szeregi zasila nowy biegacz
Na koncie dotychczas ma 5 startów, w tym 2 biegi na 10 km. W bawarach Grupy Grzesiek zadebiutuje 24 stycznia w City Trail na dystansie 5 km

Witamy
» więcej   
4 stycznia 2016 r.
Mijają nieco ponad dwa lata odkąd zacząłem biegać, dwa lata pełne wzlotów i upadków, pełne przygód i doświadczeń. Dwa lata, które były cudowne i będę je równie dobrze wspominał.
Co tak naprawdę się zmieniło od poprzedniego podsumowania? Zdobywam coraz więcej doświadczenia, uczę się nie tylko na własnych błędach, ale i na dostrzeganych przez siebie biegowych aspektach. Bieganie stało się nie tylko moją pasją, ale i nieodłącznym elementem życia. Pokonuję wyznaczanie przez siebie kolejne bariery, które na pierwszy rzut oka mogłyby wydawać się nie do przejścia i jednocześnie wyznaczam nowe. Potrafię ocenić kiedy należy wzmocnić i przyspieszyć, a kiedy jednak wypadałoby zwolnić i uspokoić się nieco. Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jestem już dojrzałym biegaczem, który wie co robi. Biegaczem, który biega świadomie, wie po co biegnie i jaki ma wyznaczony cel. Założyłem również własnego bloga i stronę www.jedrekbiega.pl, która jest kolejnym etapem samodoskonalenia. Spełniam się już nie tylko jako biegacz, ale również jako osoba lubiąca pisać. Połączenie tych dwóch elementów sprawia, że czuję się jeszcze bardziej szczęśliwy, a fakt, że mogę się tym dzielić z innymi ludźmi, jest jeszcze bardziej motywujący. Przez ten kolejny rok pokonywania kilometrów, doświadczałem chwil, które pozostaną w mojej głowie i sercu na zawsze, jak np. pierwszy maraton. Bywały też, niestety, te chwile gorsze kiedy to dopadała mnie kontuzja bądź jakiś lekki uraz uniemożliwiający bieganie. Nie wspominam tutaj celowo o ‘nieudanych’ startach, bo zwyczajnie takich nie miałem, każdy ukończyłem w całości i to jest najważniejsze.
Dwa tysiące piętnasty rok w liczbach, czyli ulubione statystyki. W roku dwa tysiące piętnastym pokonałem 1540km (60km mniej niż w 2014) pokonując tym samym barierę trzech tysięcy kilometrów od momentu, kiedy pierwszy raz wyszedłem pobiegać (obecnie 3222). Wystartowałem w dziewiętnastu zawodach: jeden ultra maraton (57km, Śnieżka), jeden bieg 24km (I Sieradzki Cross Towarzyski), trzy maratony, trzy półmaratony, sześć startów na dystansie dziesięciu kilometrów, pięć na dystansie pięciu kilometrów. Poprawiłem swoje osobiste rekordy życiowe na każdym z dystansów: 5km – 21:33 w XXV Biegu Powstania Warszawskiego, 10km – 44:06 w XIII Biegu Ulicą Piotrkowską, półmaraton – 1:38:42 w III Nocnym Półmaratonie Wrocławskim, maraton – 4:13:38 w XXXIII Wrocław Maratonie.
Poprzedni rok kończyłem z kolegą z grupy, Kacprem w parku, pokonując półmaraton Before Sunrise Trail Sieradz. Wtedy to jeszcze większość z nas wiedziała co to jest śnieg… Rok 2015 zakończyłem w tym samym miejscu, w którym zacząłem swoją biegową przygodę, czyli Bieg Sylwestrowy w Łodzi, gdzie wystartowałem w stroju więźnia.
Chciałbym podziękować tradycyjnie tym, którzy wspierają mnie od samego początku, tym którzy zaczęli wspierać mnie z czasem, tym którzy przybywają i odchodzą. Dziękuję mojej dziewczynie, która nie dość, że akceptuje moje biegowy ‘wybryki’, to jeszcze cholernie mocno mnie w tym wspiera i motywuje. Dziękuję wszystkim bliskim za cierpliwość. Za to, że znoszą moje weekendowe nieobecności, ciągłe wyjścia na treningi, planowane zawody i za… wydatki z którymi łączy się bieganie. Życzę wszystkim w tym Nowym Roku dużo zdrowia, kolejnych przebytych kilometrów i pokonywania własnych rekordów. Sobie natomiast życzę zbliżenia się do granicy czterdziestu minut na 10km, co jest głównym celem oraz dobrej zabawy w dalszym zdobywaniu Korony Maratonów.
Do zobaczenia na ścieżkach biegowych!
Jędrek
» profil   
3 stycznia 2016 r.
Długo nie mogłem się zebrać do napisania streszczenia minionego roku... Dzis od rana chodziło mi to po głowie...
Zrobiłem sobie popołudniową kawę, usiadłem do laptopa... w głowie pustka.. Podszedłem do okna, styczniowe słońce w ten mroźny dzień chyliło się już nisko.... zamyśliłem się.....
Spodobało mi się, ....więc zamyśliłem się jeszcze raz :). przed oczami stanęły mi wieczorne wybiegania latem, w Grecji... o zachodzie słońca, wśród sadów pomarańczy, wśród oleandrów i odgłosu wszechobecnych cykad.... Taaak napiszę dziś to podsumowanie...
To był dobry rok jeśli chodzi o bieganie, zresztą ogólnie tez ok ale pozostanę przy bieganiu :) Rok wypełniony pracą nad poprawą wyników, konkretne plany treningowe wykonywane sumiennie pod konkretne dystanse. Posypały się rekordy życiowe, ustaliłem tez mniej więcej na co mnie stać, jakie dystanse ,,mi leżą" , czego mi brakuje. Niestety rok kończę kontuzją, która wykluczyła mnie z trenowania na ponad miesiąc i trwa nadal...
Zaliczyłem debiut w Maratonie z niezłym, myślę, czasem 3h40min,12 sek. Pobiegłem tez trzy półmaratony, debiut w Warszawie z zadowalającym czasem 1,38,09, i nocny bieg po magicznym Wrocławiu z czasem 1,34,34. Ostatni w Kościanie oznaczam jako porażkę nie tyle czasową 1,36,00 co taktyczną..
Dwa starty na 10 km w Łodzi dobry wynik 41,41 i Bieg Warciański w Kole z wynikiem, który mnie najbardziej zadowolił w minionym roku 39 min 29 sek. Było jeszcze kilka startów na różnych dystansach ale nie bede rozkminiać :)Tyle jeśli chodzi o wyniki... Jednak najlepsze co pozostało mi po minionym roku to wspomnienia z biegowych tras.. wiosenne wybiegania po okolicy Sieradza... obserwowałem jak przyroda budzi się do życia. Codziennie te same trasy, codziennie obserwowałem jak zmieniają się pola, łąki, lasy. Wsłuchiwałem się w ten szum owadów, odgłosy ptaków... Kiedy przystawałem gdzieś w polach za miastem by zaczerpnąć oddechu, przykucałem i obserwowałem mrówki... pracowały ciężko i sumiennie... Uświadamiałem sobie wtedy, że jestem na ICH terenie... W oddali dobiegał odgłos ciężarówek sunących gęsiego gdzies w Polskę.. i to mnie wyrywało ze świata przyrody :)
Potem lato, upalne dni. Bieganie wieczorami kiedy było troszkę chłodniej.. Ścieżki na pagórkowatych terenach magicznej Warmii, wśród jezior i lasów, bieganie w Grecji z żoną, po przedmieściach zwiedzanych miast. Gdzieś zerwałem kilka fig :), gdzieś nas pogoniły psy, gdzieś mijaliśmy rolnika z wozem i zaprzężonym osiołkiem...
Jesień... ustabilizowane temperatury, mocne treningi na wynik kończący sezon... wyjazdy z żoną do okolicznej Rudy by pobiegać po górkach....
To piękne, niezapomniane chwile... I co najważniejsze, to nieistotne czy jesteś mistrzem świata na 10 km, czy po prostu niedzielnym truchtaczem... każdy jednakowo może mieć takie wspomnienia związane z bieganiem. Bo nie tempo i życiówki są najważniejsze (chociaż bardzo cieszą) tylko przyjemność z biegania i obserwacji otaczającego świata... Polecam...:) i do zobaczenia na trasie.
Piotrek
3 stycznia 2016 r.
Witamy w naszej Grupie nowego biegacza.
Marek ma za sobą trzy starty na dystansie 10 km i jeden start na 5 km.
W barwach Grupy zadebiutuje w zawodach w Łodzi w ramach City Trail 29 stycznia. W planach m.in. start w Nocnym Półmaratonie we Wrocławiu i 14 Biegu Ulicą Piotrkowską na 10 km
» więcej   
2 stycznia 2016 r.
Minął 2015 r. Drugi w kategorii M-40. Co za dziarska kategoria! Nie ma lekko :)
Czwarty pełny biegowy sezon za mną. Co najważniejsze - minął w zdrowiu, bez kontuzji. O dziwo - postęp trwa. Fajne to amatorskie bieganie - można się rozwijać mimo upływu wieku :) Co z niego zapamiętałem?
Maratony
Wczesnowiosenny start w Dębnie. Mój pierwszy tam bieg i rekord życiowy. Dużo słyszałem o tym, że bieg ten podupada. Nic podobnego. Plotki o śmierci Dębna są przedwczesne. Świetne zawody, szybka trasa i klimat, którego brakuje coraz bardziej komercyjnym dużym maratonom w Polsce. Jesienny Wrocław to małe rozczarowanie. Nie tyle biegiem i startem poniżej oczekiwań, co pogodą. 25-26 stopni to za dużo, by walczyć o wynik. Z Wrocławiem rozstaje się na dłużej, jak idzie o maratony :)
Półmaratony
Z 4 startów w 2015 r. najmilej będę wspominał Chester i Wrocław. Chester to pierwszy mój zagraniczny start w życiu. Trudna, pofałdowana trasa, angielski klimat i krajobrazy. Było warto. Nie raz zapewne tam jeszcze zajrzę. Wrocław - nocny bieg ze startem o 21 - rekord życiowy o tak dziwnej porze dnia (nocy?) i roku. Tu - w przeciwieństwie do maratonu - mam zamiar startować rokrocznie. Co prawda w 2016 r. start będzie o 22, ale co tam - może jakoś dam radę :)
10 km
W 2015 r. zaliczyłem najwięcej startów na 10 km. Aż 6. Jakoś tak wyszło, a jest to mój najmniej ulubiony dystans w amatorskim bieganiu. Niemniej ten dystans przyniósł wynik, który uznaje za największe osiągnięcie mijającego roku - w Kole udało się złamać 40 minut :) Miło wspominam również start w Uniejowie.
Inne
Na koniec roku, co staje się tradycją, wybrałem się do Kalisza na Bieg Wigilijny. Udało się przebiec 52 km - to najdłuższy dystans, jaki pokonałem do tej pory. Niemniej - nie jest to to, co mnie kręci i w ultra na pewno nie wejdę :) To jednak nieco inna dyscyplina sportu. Był jeszcze bieg na 5 km w Sieradzu, a w zasadzie na 4,8 km, ale ciężko mi coś dobrego o nim napisać :)
Stowarzyszenie
Mija kolejny rok biegania i trenowania w towarzystwie koleżanek i kolegów z GB Sieradz biega. I tak sobie myślę, że wyniki wynikami, ale chyba największą wartością jest to, że miałem okazję poznać i mieć wśród znajomych tak wielu normalnych, pozytywnych ludzi, na których można zawsze liczyć.
Cieszy mnie również organizacja przez naszą Grupę pierwszych zawodów biegowych - Crossu Towarzyskiego. To było duże przeżycie. Stres, obawy przed, ale i radość i satysfakcja po zawodach. W 2016 r. znów będziemy robić wszystko, by uczestnicy kolejnej edycji wyjechali z Sieradza zadowoleni. W czasach komercyjnych biegów, gdzie często najważniejsza jest garstka biegaczy z elity (najczęściej "wyrobników" biegowych biegających, gdzie popadnie dla nagród finansowych) i sponsorzy oraz szeroko rozumiany sportowy marketing, zaś amatorzy to "dodatek" i źródło finansowania tego marketingu - warto robić bieg tylko dla biegaczy z formułą odbiegającą od tego, co znamy ze zdecydowanej większości biegów.
Statystyki
2015 r. to 14 startów (m.in. 2 maratony, 4 półmaratony, 6 startów na 10 km) i ok. 3500 km w nogach na treningach. To wartości bardzo podobne do 2015 r. Udało się pobić życiówki na 10 km, w półmaratonie i maratonie. Rok więc jak najbardziej udany.
Jakie plany na 2016 ?
po 1 - robić wszystko, by nie nabawić się kontuzji :)
po 2 - spróbować poprawić wyniki,
po 3 - nadal dobrze bawić się bieganiem
Wszystkiego dobrego w 2016 r. !
Artur
» profil   
1 stycznia 2016 r.
Dokładnie dwa lata temu w tym samym miejscu, na Biegu Sylwestrowym, wystartowałem w swoich pierwszych biegowych zawodach. Miło wrócić tu po dwóch latach i zamknąć kolejny rok, jedyne co się zmieniło to brak śniegu. Tym razem postanowiłem sprawić trochę uśmiechu innym i przy okazji samemu dobrze się bawić. Wymyśliłem więc z mamą, że przebiorę się w strój więźnia. Dzień przed zawodami w późnych godzinach nocnych, mama zrobiła mi z kartonu czapkę, a ja wydrukowałem list gończy, który przyczepiłem na plecach. Przez pośpiech zapomniałem jeszcze wziąć kuli ze styropianowej bombki. Przebrałem się przy samochodzie przy dziesięciostopniowym mrozie, a chłopaki grzali dupska w aucie! W końcu byłem zbiegiem, gonił mnie czas… Porozmawialiśmy chwilę ze znajomymi, których spotkaliśmy na linii startu i wystartowaliśmy, a ja raczej zacząłem uciekać. Ludzie się uśmiechali, zaczepiali i śmiali się – cel został zrealizowany! Tempo początkowo było bardo rekreacyjne, na wąskich ścieżkach leśnych nie było mowy o skutecznym wyprzedzaniu. Dopiero na drugiej pętli nieco się przerzedziło, a ja zacząłem biec szybciej. Na mecie medal wręcza mi mój dobry kumpel Rafał, to dopiero obustronny zaszczyt! Następnie idziemy z chłopakami do samochodu, tym razem wszyscy przebrali się na dworze.
Wszystkiego dobrego w nowym roku!
Jędrek
» blog Jędrka   
1 stycznia 2016 r.

Było bieganie, szampan i kąpiel w Warcie :)
Dziękujemy wszystkim za przybycie
» zdjęcia